środa, 19 września 2012

# 144 . Louis . część 1 .

Obiecywany Lou ;D Miłego czytania.
--------
- Naprawdę, dam radę. Nie musisz po mnie przyjeżdżać - powtórzyłam już chyba po raz setny w ciągu tych dziesięciu minut.
- No dobrze. Ale jak coś się będzie działo, to natychmiast dzwoń.
- Jasne - obiecałam i, zanim zdążyła zmienić zdanie, rozłączyłam się.
Jednak po kilku minutach zaczęłam tego żałować. Był zimny, grudniowy wieczór. Jedynym oświetleniem, a i tak marnym, były latarnie rozstawione co trzydzieści metrów. Na niebie nie było ani jednej gwiazdy, chmury zasłoniły księżyc, co wskazywało na zaćmienie.
Wracałam właśnie z urodzin mojego najlepszego przyjaciela, którego dom, na moje nieszczęście, mieścił się na obrzeżach miasta. Sama mieszkałam niewiele dalej, bo tylko kilka kilometrów dalej, dlatego postanowiłam wrócić do domu pieszo.
Mogłam przynajmniej się nie rozłączać z mamą, przeszło mi przez myśl. Wtedy przynajmniej droga minęłaby mi o wiele szybciej i sprawniej. Wlokłam się noga za nogą, a ja z każdą chwilą byłam coraz bardziej niespokojna. Niby cisza i spokój dookoła, ale mój słuch się wyostrzył, przez co wszystkie szmery dobiegające zza pobliskich drzew, które mijałam, zdawałam się słyszeć sto razy wyraźniej.
- To tylko twoja wyobraźnia - próbowałam się uspokoić, mówiąc do siebie na głos, ale wszystkie te próby szły na marne. Moje nerwy były całe w strzępach. Opatuliłam się szczelniej płaszczem, gdyż o tej porze było już zimno. Naciągnęłam jeszcze bardziej czapkę na uszy.
- Cholera, gdzie one są - mruknęłam, gdy usilnie poszukiwałam rękawiczek w kieszeniach palta.
Nagle usłyszałam za sobą warkot silnika. Odwróciłam się. Wprost na mnie jechało auto. Jedyne co widziałam to jarzące się bielą reflektory, w których świetle stałam. Pojazd przybliżał się z każdą chwilą. W panice rozejrzałam się dookoła siebie. Przesunęłam się jeszcze bardziej w stronę pobocza, ale instynktownie przeczuwałam, że nie mam żadnej drogi ucieczki. Widziałam twarz kierowcy, który próbował zapanować nad kierownicą, lecz śliska droga jeszcze bardziej mu to uniemożliwiała. To był koniec.
Zauważył mnie. Widziałam, jak jego twarz ściąga się ze strachu. Zauważyłam jego towarzyszkę, która także siedziała z przodu na miejscu pasażera. Otwierała usta, wyglądała jakby krzyczała. Oboje byli brunetami, nie wiem czemu zwróciłam na to uwagę. Stałam, jak sparaliżowana, czekając na rychłą śmierć. Dzieliło nas kilkanaście metrów. Wtedy dziewczyna chwyciła kierownicę i zaczęła nią obracać w lewo, byle dalej ode mnie. Auto minęło mnie o centymetry, ledwo uderzając tyłem o moją sylwetkę, przez co upadłam na twardy, zimny, pokryty lodem beton, ale nic mi sie nie stało.
Samochód uderzył w drzewo. Cały przód został zmasakrowany, wgnieciony, maska przednia się otworzyła i zaczął wydobywać się z niej dym. Nadal leżałam na ziemi, podparta łokciami. Mijały sekundy, które wlokły się jak godziny, ale nikt nie wysiadał z pojazdu. Przez jedną okropną chwilę pomyślałam: umarli. Zginęli, bym ja nie zginęła.
Natychmiast wstałam i podbiegłam bliżej zaglądając przez szybę od strony kierowcy, a raczej odłamki szkła, którą wybiła gałąź. Oboje byli nieprzytomni, ale wyglądało na to, że żyli. Pasy w pewnym stopniu zamortyzowały wypadek.
Chwyciłam po komórkę, wykręcając numer pogotowia. Nie było czasu. Dym coraz bardziej się rozprzestrzeniał, narastał, gryząc mnie w gardle. Odpięłam pasy chłopakowi. Zaczęłam wyciągać go z auta. Ciągnęłam go za ramiona po szosie na drugą stronę jezdni. Mozolnie, prawie pół minutypóżniej już położyłam go na trawie w bezpiecznej odległości od samochodu i, mimo iż padałam z wysiłku, wróciłam po dziewczynę. W końcu w pewnym sensie to dzięki niej teraz ja ratowałam ich, a nie na odwrót.
Z nią poszło mi łatwiej, gdyż była trochę lżejsza od swego towarzysza, ale i tak byłam już wycieńczona.
Usłyszałam w oddali dźwięk syreny. Ułożyłam brunetkę, gdy otworzyła oczy. Jej powieki były na wpółotwarte.
- Już dobrze - odezwałam się i padłam ze zmęczenia na trawę.
*
- Stan całej trójki jest stabilny. To naprawdę wielkie szczęście, że nic im się nie stało, co w pewnym stopniu jest zasługą tej dziewczyny. Uratowała ich.
Dopiero gdy usłyszałam, że drzwi się zamknęły, otwarłam oczy. Byłam w szpitalu, to niewątpliwie. Biały sufit, biała pościel, jakieś dożylne kroplówki podłączone rurkami do moich rąk. Nagle usłyszałam jakieś ciche westchnienie. Obróciłam głowę w lewo. Na drugim łóżku leżała dziewczyna. Ta dziewczyna, którą wyciągałam z auta wraz z chłopakiem. Leżała na plecach, wgapiając się w sufit. Po chwili i ja uczyniłam to samo i, nadal nie odwracając wzroku, odezwałam się:
- Jak się czujesz?
Zamrugała zdziwiona, patrząc na mnie, ale powróciła do swojej wcześniejszej pozycji i odezwała się obojętnym głosem:
- W porządku. A ty? - Spytała po chwili zawahania.
- Chyba też. A co z... Tym chłopakiem, który był z tobą?
- Leży w sali obok. Z rozmów lekarzy wywnioskowałam, że już się przebudza.
Pokiwałam głową.
- To dobrze.
Zapadła cisza, której przez kilka minut żadna z nas nie przerywała. Dopiero po dziesięciu minutach otworzyły się drzwi.
- Witam. Jak się panie czują?
- Dobrze - odparła dziewczyna. Dziwne, że nawet nie wiedziałam jak ma na imię. Pielęgniarka, która towarzyszyła lekarzowi, podeszła do mnie, wpisując coś na karcie. Sprawdziła moją kroplówkę i oznajmiła:
- Wydaje mi się, że już jutro będziesz mogła wrócić do domu. Miałaś ogromne szczęście. Po wypadku zostaną ci tylko siniaki.
- Niech pani nie przesadza. Mi się nic nie stało, niech pani lepiej powie co z chłopakiem.
- Wszystko dobrze. Przebudza się. Miał szczęście, tak samo jak ty, że był na miejscu ktoś, kto wam pomógł.
- Nie rozumiem. Jak to ktoś miałby pomóc mi? - Zmarszczyłam brwi. Pielęgniarka i lekarz także zmarszczyli czoło. 
- Pani Calder - wskazał na brunetkę leżącą obok mnie - zadzwoniła po karetkę oraz wyciągnęła z auta pana Tomlinsona, a panią - tu wskazał na mnie - odciągnęła z drogi na pobocze. - Wyjaśnił mi lekarz, widocznie zdezorientowany. Już miałam zaprotestować, gdy odezwała się Calder.
- Ja jej to wyjaśnię. Widocznie nic nie pamięta.
- A... - wydałam z siebie zduszony dźwięk, jednak zamilkłam, gdyż lekarz pokiwał głową, widocznie się z nią zgadzając, dał znak pielęgniarce i oboje wyszli. Kiedy drzwi się za nimi zatrzasnęły, natychmiast przystąpiłam do ataku na dziewczynę.
- O co w tym chodzi? Przecież dobrze wiesz, jak było - oparłam się łokciami na pościeli i odwróciłam w jej stronę. Westchnęła, ale nadal się nie odzywała. Wpatrywała się w sufit, aż zaczęłam tracić nadzieję, że się odezwie.
- Powiesz mi przynajmniej, jak masz na imię? - Odezwałam się.
- Eleanor. Eleanor Calder. Chłopak z którym jechałam autem to Louis Tomlinson - mój chłopak. Jechaliśmy do domu, wracaliśmy od znajomych, ale mogę ci przysiąc, że Louis nie pił. Był całkowicie trzeźwy, kiedy jechał. Droga była śliska, było ciemno, sama zresztą wiesz, jak to było - jej głos stał się rozpaczliwy, spojrzała na mnie i zobaczyłam w jej oczach wzbierające się łzy. Przerwałam jej.
- Wiem, jak było. W ostatniej chwili skręciłaś, dzięki czemu nie potrąciliście mnie. Ale dlaczego? Dlaczego lekarze sądzą, że to ty uratowałaś nas? - Spojrzałam na nią z wyczekiwaniem. Ponownie westchnęła.
- Ty i Louis straciliście przytomność po tym, jak... No, wiesz... Jak omal cię nie potrąciliśmy. A lekarze wywnioskowali, że to ja byłam tą przytomną, która Lou wyciągnęła z auta, a ciebie z szosy.
- Więc dlaczego nie powiedziałaś im prawdy? - Zdenerwowałam się.
- Nie wiem. Oboje byliście nieprzytomni, kiedy przyjechała karetka, a ja byłam świadoma.
- No, wiesz... Przetaszczyć dwie dorosłe osoby z jednej strony szosy na drugą nie jest wcale takie proste, jak się może wydawać - wtrąciłam kąśliwie przenosząc wzrok na ścianę, byle tylko nie patrzeć na Eleanor.
- Lekarze uznali mnie za bohaterkę, nadali mi miano, które powinnaś dostać ty. – jej głos się załamał, co było chyba oznaką skruchy. Jednak ja nadal uparcie nie patrzyłam na nią, udając zainteresowanie widokiem za oknem.
- Naprawdę nie chciałam tego. Musisz mi uwierzyć – mogłam przysiąc, że w tym momencie z jej oczu popłynęły łzy. W każdym bądź razie po kilku sekundach usłyszałam, jak hałaśliwie wydmuchuje nos w chusteczkę. – Przepraszam. – wyszeptała.
Westchnęłam.
- Już dobrze – odwróciłam się w jej stronę, a moja twarz złagodniała. – Wierzę ci. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie zaprzeczyłaś. Chyba byłaś potem przytomna, kiedy zabrali nas do szpitala?
Kiwnęła głową, ocierając oczy wierzchem dłoni.
- Więc czemu?
- Nie wiem. Chciałam coś powiedzieć, ale mnie nie słuchali, więc dałam sobie spokój. Nawet nie zaczynałam nic tłumaczyć.
- Ale przecież musieli się ciebie pytać o to, jak to naprawdę było, nie? – spojrzałam na nią podejrzliwie. To wszystko po prostu nie układało się w jedną całość.
- No tak, ale zrozum, że sama nie wiedziałam, co mam powiedzieć, więc w końcu przytaknęłam. Zresztą co to za różnica kto kogo uratował? Najważniejsze, że wszyscy są cali i zdrowi, nie?
Posłała mi uśmiech. Nie wiedząc co o tym myśleć, nie uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Po prostu znów przewróciłam się na bok, wpatrując się w okno. Dla mnie to miało znaczenie, kto kogo uratował.
~by Julia


17 komentarzy:

  1. Świetne <3 Już nie moge sie doczekać nastepnej częsci!! Ciekawe dlaczego Eleonor skłamała...

    OdpowiedzUsuń
  2. Super!!!
    Jeśli chcecie tu macie mój tt:
    Wiki-1D fan
    @WikiProchal

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wika to ja olka.. Ty moja małpeczko! ;))

      Usuń
  3. świetny , czekam na część.2 ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. świetny czekam na kolejną część!
    Kinga :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekam na następną część ! :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudeńko jestem bardzo ciekawa jak to się potoczy:) a El naprawde dziwnie postapiła zaintrygowałaś mnie tym....:) Nina:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Eleanor zrobiła to pewnie, dlatego żeby Lou był jej wdzięczny, a nie tej drugiej ;)) p.s. świetny imagin czekam na kolejną część ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Awww... Uwielbiam twoje imaginy są poprostu cudne.. czekam na następną część ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. świetny imagin <3
    czekam na następną część z niecierpliwością :)

    OdpowiedzUsuń
  10. dalej jutro 2czesc super jest

    OdpowiedzUsuń
  11. dalej jutro 2czesc super jest

    OdpowiedzUsuń
  12. Świetny jak każdy

    OdpowiedzUsuń
  13. to lubie jak jest u Was więce Lou :D a imagin jest świetny naprawde <3

    OdpowiedzUsuń
  14. piękny...
    brak słów po prostu.
    Zazdroszczę talentu.
    Mam taką prośbę, odwiedzicie tego bloga? ---> http://szalonepisarki-imaginy.blogspot.com/
    nie jest on tak świetny jak ten, ale bardzo o to proszę
    i dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  15. Wow! Pisz next! Pisz ciąg dalszy! Pleaseeeeeee! <3

    OdpowiedzUsuń