wtorek, 7 maja 2013

# 233. Louis.


- A pamiętasz, kiedy…
kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy?
To było wczesną jesienią, słońce wisiało wysoko nad horyzontem. Otworzyłam drzwi szkoły, a ty je popchnąłeś. Chciałeś wyjść, ja natomiast miałam w planach odwiedzenie sekretariatu. Nerwowo ustępowaliśmy sobie drogi, chcąc, by to drugie przeszło pierwsze. Zakończyło się to wybuchem śmiechu i wyminięciem się w dużo bardziej wyważony sposób.
- Jestem Louis – przedstawiłeś się, wyciągając ku mnie dłoń, którą ujęłam i szczerząc się w szerokim uśmiechu.
- [T.I.] – odrzekłam, odwzajemniając gest.
- Jesteś nowa, tak?  - zapytałeś, chowając ręce do kieszeni spranych spodni.
Pamiętasz, kiedy chodziłam za tobą krok w krok, pytając o nauczycieli, uczniów, pracowników szkoły? Gdy bałam się, że nie przypadnę ludziom do gustu, będą mną pomiatać? Wtedy mnie pocieszyłeś, nie pozwoliłeś mi tak myśleć, bo nie sądziłeś, że ktoś tak nieszkodliwy jak ja mógłby komukolwiek ‘zaleźć za skórę’.
… kiedy spędzaliśmy ze sobą czas?
- O 4 u mnie! – krzyknąłeś, wbiegając do swojego domu.
Zaraz po lekcjach gnałam do mieszkania, prędko odrabiałam lekcje, pochłaniałam obiad i biegłam na spotkanie z tobą. Nie wyobrażałam sobie popołudnia bez twojego towarzystwa, byłeś jak mój brat, którego los mi poskąpił. Mimo, że na dworze dokuczał mróz, biegaliśmy po parku, rzucaliśmy się w fałdy śniegu, zdobiąc je odciskami naszych ciał i śmiejąc się z całokształtu dzieła. Później przeklinaliśmy ten szczeniaki pomysł, jako że śnieg topniał na nas, pozostawiając nasze ubrania przemoczone.
Ale było wspaniale. Było wspaniale spędzać z tobą godziny, dni, miesiące, lata.
… kiedy byliśmy obok siebie w trudnych chwilach?
Do tej pory pamiętam zapach miętowej herbaty, który roznosił się po całym moim mieszkaniu, kiedy leżałam w salonie pod płachtami kołdry, drżąc z zimna. W telewizji leciała jakaś durna telenowela, którą przekładał na nasz język lektor, a jego głos zaczynał mi już porządnie działać na nerwy. Biegałeś pomiędzy kuchnią a salonem, kursując z nową gorącą herbatą, przynosząc mi termometr, leki, nowe okłady na gorące czoło. Z tobą nawet choroba była niestraszna, którą, na marginesie, nabywałam dzięki twoim, o zgrozo, genialnym pomysłom. Wiedziałeś, że nie lubiłam siedzieć bezczynnie i nawet z czterdziestostopniową gorączką zajmowałeś mnie grą w ‘Bingo’.  Ledwie mówiłam, gdyż moje gardło dawało mi się porządnie we znaki, jednak potrafiłam wydrzeć się na ciebie, kiedy oszukiwałeś grając w karty.
… kiedy pomagaliśmy sobie nawet z błahymi problemami?
- Nigdy nie polubię matmy – jęczałeś, rzucając długopisami, gdy dokuczał ci układ równań.
Siedziałam z tobą wieczorami, tłumacząc ułamki, funkcje, czy twierdzenie Pitagorasa, co zaskutkowało dobrą, końcoworoczną oceną z tego przedmiotu. Rozbawiałeś mnie, kiedy by się upewnić sprawdzałeś, ile to 1+1, gdy w wypracowaniu z angielskiego celowo przekręcałeś słówka, chcąc wyrwać mnie z otępienia, bawiąc się w grę słowną. Udowodniłeś, że nadajesz na tych samych falach co ja, co jest nie lada wyczynem.
… kiedy działałeś mi na nerwy?
- Nie idę z tobą do żadnego kina – cedziłam dobitnie słowo po słowie i obserwując, jak na twoją twarz wpływa grymas rozczarowania.
Miewałam dni, które potrafiłam przesiedzieć na parapecie w swoim pokoju, słuchając muzyki, nie odzywając się do nikogo. Często chciałeś się wtedy ze mną rozerwać, proponując kino, kręgle, nawet centrum handlowe. Wszystko, byleby nie siedzieć w czterech ścianach.
… kiedy wspierałam cię w twoich decyzjach?
If ever there was a doubt
My love she leans into me
This most assuredly counts
She says most assuredly*
Twój głos toczył się echem po moim mieszkaniu, kiedy robiłam herbatę. Żartowałeś, że wybierzesz się do XFactora, zrobisz międzynarodową karierę, weźmiesz mnie ze sobą, kiedy pojedziesz na światowe turnee…
- A dlaczego nie? – spytałam któregoś wieczora, dopijając herbatę.
Nieomal rozlałeś resztę swojej, słysząc moje pytanie.
Nie wierzyłeś w swoje możliwości, kto wie, może nie chciałeś w nie uwierzyć. Wałkowaliśmy ten temat wiele razy, za każdym razem powtarzałam to samo, a ty za każdym razem mnie wyśmiewałeś. Śpiewałeś dla mnie, dla siebie, dla swojej rodziny. Mówiłam ci, żebyś się otworzył. Nie chciałeś.
Do czasu.
… kiedy pomogłam spełnić ci twoje marzenia?
- No idź – szepnęłam, popychając cię w stronę sceny, mocno zaciskając kciuki. Zauważyłam, jak twoje pięści bezwiednie zacisnęły się na mikrofonie podanym przez jednego z mężczyzn odpowiadających za obsługę techniczną. – Wierzę w ciebie.
Spojrzałeś na mnie z obawą, mocno zestresowany. Stanąłeś w wyznaczonym polu na środku sceny, przedstawiłeś się komisji i odprężyłeś się, kiedy z głośników zaczęła płynąć delikatna melodia. Śpiewałeś, zapominając, że stoisz przed tysiącem ludzi. Byłeś w swoim niebie.
… kiedy mnie zostawiłeś?
Pierwsze tygodnie spędzone w XFactorze, coraz rzadsze telefony… Zapomniałeś o mnie. Stałam się dla ciebie starą znajomą, kimś, kto nie był na tyle prestiżowy, by mógł zadawać się z Louisem Tomlinsonem, będącym u szczytu kariery. Pamiętasz? Byłam na każde twoje zawołanie. Przychodziłam do ciebie nawet o 3 w nocy, tłumaczyłam lekcje, pocieszałam, byłam jak siostra.
- Ale tego już nie ma. Nie ma naszej przyjaźni, wspólnie spędzonego czasu. To minęło.
Nie zmieniłam wyrazu twarzy. Odwróciłam się tylko na pięcie i zostawiłam cię pośrodku placu. Tego nie ma. Twój proszący wyraz twarzy tego nie zmieni, oczy pełne bólu już na mnie nie działają. Ja czułam ten ból przez ponad dwa, długie lata. Te chwile nie wrócą. Odszedłeś z własnej woli.
“Tak bardzo się boję, że przyjdzie dzień, gdy już Ciebie nie zobaczę,
że znikniesz jak każdy, kto był dla mnie ważny.”
* The Fray – Look After You


~ by Klara.

poniedziałek, 6 maja 2013

# 232. Zayn. część 4.

Spakowałam swoje rzeczy, wrzucając wszystko do jednej walizki i nie zawracając sobie głowy, by poskładać ubrania. Rodzicom zostawiłam kartkę, że wyjeżdżam do Londynu i zamieszkam w naszym domu. Pewnie i tak się nie przejmą. Zamówiłam bilet na najszybszy lot do Londynu. Nie chciałam tu zostawać. Miałam dość spore oszczędności, liczyłam też, że rodzice się dołożą do mojej edukacji gimnastycznej, którą miałam zamiar kontynuować. Postanowiłam, że nie pójdę do szkoły, by pożegnać się z panią Brooks. Bałam się, że wtedy mogłabym pęknąć. Dać za wygraną, że poddałabym się i została. A to była ostatnia rzecz, na którą mogłam sobie teraz pozwolić.
Wyszłam z domu, kierując się do taksówki zaparkowanej przy naszej posesji. Mój telefon był wyłączony, więc żadne sygnały o tym, że ktoś się martwił nie docierały do mnie. Taksówkarz wkładał moje liczne walizki do bagażnika, kiedy usłyszałam krzyki:
- [T.I.]! Nie możesz! – obejrzałam się za siebie i zobaczyłam Zayn’a. Nie, nie, nie tylko nie to. Tylko nie on.
- Możemy odjeżdżać? – zwróciłam się do kierowcy, wsiadając do samochodu. Już miałam zamknąć drzwi, gdy poczułam silne szarpnięcie  i ręka Mulata nie pozwoliła mi wykonać tego banalnego ruchu.
- Zayn, nie proszę. Nie utrudniaj mi tego – spojrzałam na Niego błagalnie, a w jego oczach dostrzegłam smutek.   
Zawiodłam po raz kolejny.
- Nie wygłupiaj się, zostajesz. Nie jedziesz nigdzie – powiedział twardo i spróbował wyciągnąć mnie z auta. Wyrwałam się i zatrzasnęłam drzwi. Otworzyłam okno i szepnęłam ciche:
- Kocham cię Zayn.
Taksówka ruszyła z piskiem opon. Podniosłam się na siedzeniu i odwróciłam w tył. Mulat uderzył ręką w mur domu, stojącego niedaleko. Upadł na kolana i schował twarz w dłonie.
Znowu ranię. Ranię tych, których kocham.
Wyszłam z taksówki i ruszyłam w stronę wejścia na lotnisko. Odebrałam zamówiony bilet i przedostałam się przez tłum podróżnych do bramek. Miła stewardessa przystemplowała świstek papieru i pokazała palcem na drzwi, które prowadziły do samolotu. Słyszałam kroki za sobą, odwróciłam się, by sprawdzić kto to. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam starszą kobietę, mającą na oko z 60 lat. Uśmiechnęła się w moją stronę. Odwzajemniłam  niewyraźnie gest i odwróciłam się tyłem. Weszłam do samolotu. Kolejna młodziutka stewardessa pokazała mi moje miejsce, które od razu zajęłam. Podała mi wodę, jakieś przekąski i słuchawki, dzięki którym mogłam słuchać muzyki, nie zakłócając spokoju innych. Spojrzałam na nią z wdzięcznością.  Niedługo później na miejscu obok usiadła ta sama kobieta, którą widziałam w ślimaku prowadzącym do samolotu. Usadowiła się wygodnie w fotelu i wyciągnęła  książkę, którą z zapałem zaczęła czytać. Wzbiliśmy się  w górę i już po chwili szybowaliśmy w powietrzu, niesieni  przez ogromny samolot. Wyciągnęłam telefon, który uruchomiłam i weszłam w skrzynkę odbiorczą. W niej było 28 nieodebranych wiadomości. Westchnęłam ciężko. Otworzyłam pierwszą lepszą i zaczęłam czytać
Czemu uciekasz? Nie rób tego, proszę. Za bardzo cię pokochałem, by teraz odpuścić. Znajdę cię. Kocham cię, Zayn.
Niema łza spłynęła po moim policzku. Bolało. Jak cholera.  Nie chciałam go zostawiać, nie chciałam. Ale wierzę, że tak będzie lepiej. Znajdzie sobie jakąś dziewczynę, którą pokocha i która będzie na niego zasługiwała.  Bo ja na pewno nie zasługiwałam. To nigdy nie powinno mieć miejsca. Nigdy nie powinnam obdarzyć go czuciem większym niż nienawiść.
 Nigdy.
Kolejne łzy spływały po moich policzkach. Nie zatrzymywałam ich, nie chciałam, by przestały lecieć. Potrzebowałam ich słonego smaku na moich ustach, piekącego bólu na  policzkach, spływających po moich ustach kropel, dających namacalne uczucie ulgi. Nie potrafię. Nie chcę. Nie umiem. Boję się.
Czego? Nienawiści.
- Kochanie wszystko dobrze? – usłyszałam zmartwiony głos kobiety siedzącej obok mnie.
- Tak. W jak najlepszym porządku – wykrzywiłam usta w małym grymasie, który miał przypominać uśmiech, ale chyba mi nie wyszedł, bo kobieta patrzyła na mnie z politowaniem.
- Sprawy sercowe? – zagadnęła niby od niechcenia.
- Tak – moja odpowiedź znów zaliczała się do kilku sylab, wypowiedzianych przez potoki łez.
- Chłopak nie był tego wart – spojrzała na mnie pokrzepiająco.
- Ja nie byłam warta jego – wyjąkałam i zaniosłam się jeszcze większym płaczem.
- Słoneczko, wszystko będzie dobrze – zapewniła mnie, chociaż nie miała pojęcia w jakim bagnie jestem – Jeśli kochasz go, a on kocha ciebie ułoży się. Pamiętaj prawdziwa miłość przetrwa wszystko.
Jej słowa dały mi otuchy, których potrzebowałam. Może nie było to coś specjalnego, ale moje oczy przestały krwawić  z bólu. Ciało ogarnęły zimne dreszcze, a głowa spoczęła  na zagłówku fotela.  Ogarnęło mnie uczucie stanu nieważkości i myślami przeniosłam się do wnętrza swojej duszy.  Moje myśli krążyły w otchłani pełnej linii, kresek i innych dziwnych zjawisk. Czułam jak zagłębiam się sama w sobie, odkrywam strony których jeszcze dotąd nie znałam. Moje serce wybija równy, miarowy rytm, który dopełnia spokojny oddech. Zszargane nerwy zagoiły się, ale blizny zostały.
- Halo, proszę pani – poczułam  ukłucie w bok, otworzyłam leniwie jedno oko, potem drugie. Kiedy odzyskałam ostrość widzenia, uniosłam głowę wyżej i dostrzegłam młodą dziewczynę stojącą nad moją głową. Nie wiedziałam gdzie jestem, głowa bolała mnie niemiłosiernie. W końcu przypomniałam sobie wszystko i ślamazarnym ruchem wstałam z wygodnego fotela.  Odebrałam od stewardessy mój bagaż i ruszyłam w stronę postoju taksówek. Zatrzymałam jedną i pokazałam adres domu, w którego stronę zaczął kierować się mężczyzna. Kiedy zauważyłam fasady dużej willi, zatrzymałam kierowcę, zapłaciłam i ruszyłam w stronę wielkich drzwi. Tyle wspomnień. Pamiętam, kiedy byłam mała i przyjeżdżałam tutaj z niańkami, by trochę się pobawić, oderwać się od rzeczywistości. Co to były za czasy.  Nie było problemów, wszystko było takie łatwe i paradoksalne.  Weszłam do środka i rzuciłam walizkę w kąt. Pobiegłam do kuchni, by się czegoś napić. Usiadłam na barowym stołku i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że zaczynam nowe życie. Że przeszłość jest teraz za mną. Łatwo powiedzieć.
Nie zapomnę o przeszłości, zbyt wiele w niej straciłam. Zbyt wiele.
* 3 miesiące później*
Londyn.  Jak się tu czuję? Inaczej. Lepiej. Nie do końca.
Każdy mój dzień wypełniały treningi. Rodzice kiedy dowiedzieli się o mojej przeprowadzce najpierw się zdenerwowali, przyjechali do mnie i zrobili niezłą awanturę. Dopiero później doszliśmy do porozumienia. Oni zrozumieli moje problemy, ja otworzyłam się przed nimi. Idealnie? Otóż nie. Zayn nie odpuszcza. Nęka moich rodziców ciągłymi odwiedzinami, telefonami. Boję się o niego.  A co jeśli zwariował i rodzice w końcu powiedzą mu gdzie jestem? Jeśli nie wytrzymają presji? 
Moje rany goją się powoli. Niektóre z nich zagoiły się już dawno, inne są wciąż otwarte, a każde ich ponowne naruszenie boli. Wszystko skręca mnie w żołądku, kiedy o nim słyszę. Tęsknota boli.
Moja nowa trenerka znalazła sposób, bym choć trochę przestała zadręczać się myślami. Postanowiła zwiększyć częstotliwość moich treningów. Pewnie znowu dziwicie się o czym mówię.
Kiedy przyjechałam do Londynu postanowiłam, że nie będę chodzić do szkoły. Poszukałam trochę w Internecie i znalazłam szkołę gimnastyczną, w której trenuje była mistrzyni olimpijska. Postanowiłam, że spróbuję. Poszłam na eliminacje,  które przebiegły pomyślnie i dostałam się do szkoły.  Potem trenowałam w grupie juniorek, przeszłam na wyższy szczebel i tak dostałam się pod czujne oko mojej obecnej trenerki. Teraz trenuję sama i przygotowuję się na Olimpiadę.
*5 miesięcy później*
Weszłam do wielkiej hali. Pani w czarnym garniturze pokazała mi gdzie mam wejść. Ruszyłam do ogromnej szatni, w której się przebrałam i wyszłam na halę. Przy stołkach sędziowskich czekała już na mnie trenerka. Dała mi kopa w tyłek na szczęście i kazała iść na matę.
Weszłam na ogromną, kwadratową matę i czekałam na muzykę. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej.
W takich momentach chcesz wiedzieć, że ktoś jest z ciebie dumny. Że jednak jesteś potrzebny na tym świecie. Że bez ciebie brakuje jakiegoś ogniwa, brakuje osoby, która mogłaby cię zastąpić. Jesteś ty, świat i szansa, którą możesz wykorzystać. Możesz, ale nie musisz. Ona została ci dana. Dana wiele razy, ale nie każdą wykorzystałeś, nie każdą spostrzegłeś. Nie każdą. Teraz masz szansę.
Moje ciało wygięło się, gdy usłyszałam pierwsze takty piosenki. Wykonałam pierwszą akrobację, wróciłam do pozycji wyjściowej. Moje ruchy były płynne, dopracowane, starałam się włożyć w to jak najwięcej serce, pokazać, że dla mnie to nie tylko sport. To życie. To sposób na życie. Piosenka zwalniała tempo, a ja zakończyłam układ podwójnym saltem i pozycją wyjściową.  Zeszłam z maty lekko otumaniona. Podeszłam do trenerki, która mnie uściskała, a potem ruszyłam do doku,  w którym siedzieli moi rodzice. Podeszłam do mamy i przytuliłam ją. To samo zrobiłam z tatą.
- [T.I.] - usłyszałam cichy szept za plecami. Znałam ten głos. Wiedziałam do kogo należy. Odwróciłam się czując jego wzrok na sobie.
Wolno obróciłam się  przodem do chłopaka. Jego oczy przewiercały moje ciało na wylot. Robiły niewidzialne dziury w mojej świadomości, nie pozwalając racjonalnie myśleć.
Rzuciłam się na chłopaka i z całej siły go przytuliłam. Wziął mnie w swoje silne ramiona i tulił do swojego torsu. Biło od niego ciepło i emanował niezwykłym spokojem, ale jego serce mówiło samo za siebie. Chyba podobnie jak moje. Odsunęłam się na chwilę od niego, by móc spojrzeć w te przepiękne oczęta. Po raz kolejny zatopiłam się w ich czekoladowej barwie, niezmąconej żadnymi plamkami. Widziałam w nich iskierki radości, poprzeplatane z malutkimi kropelkami łez.
- Ty płaczesz? – zapytałam go niepewnie, ale nie dostałam odpowiedzi. Zamiast tego chłopak wbił się w moje usta z wielką delikatnością. Obchodził się z nimi jak ze szkłem. Był delikatny, ale stanowczy, czuły i namiętny, spokojny. Byłam spragniona jego idealnych malinowych ust, które wręcz perfekcyjnie pasowały do moich. Byłam spragniona jego czułości, tego jak mnie przytulał, tego jak się śmiał. Brakowało mi jego idealnych włosów, lekkiego zarostu, którym drapał mnie przy pocałunku. Byłam spragniona jego. Spragniona jego miłości.
,Nie kochaj moc­no, bo przyj­dzie niena­wiść, nie niena­widź moc­no, bo przyj­dzie miłość.



 ~ by Agata.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

# 231. Zayn. część 3.

*Zayn*
Ta dziewczyna byłą tak strasznie wredna i pewna siebie. Jak mogła dać mi trefnego papierosa? Jej arogancja, brak szacunku i jakiejkolwiek kultury były przejawem tego, jak bardzo nienawidziła ludzi. Ale bądźmy szczerzy. Czy ja nie jestem taki sam? Widzę minę mojej mamy, gdyby [T.I.] przyszła do naszego domu. Pewnie przywitałoby ją miłe : „O! Damska wersja Zayn’a!”
Miała mnie oprowadzać po szkole. Pff. Bo ludzie myślą, że nie dam sobie rady. To będzie przedsmak zwycięstwa.  Zwycięstwa nad tą dziewczyną.  
Po 4 pierwszych lekcjach wyszedłem z Sali i ruszyłem na spotkanie z [T.I.]. Czekałem na nią w holu jakieś 15 minut, gdy się w końcu pojawiła.
- O! Widzę, że królowa raczyła się zjawić – uśmiechnąłem się sztucznie.
*[T.I.]*
- Uważaj żeby królowa nie zrzuciła cię w przepaść – odszczeknęłam się temu debilowi i ruszyłam w odwrotną stronę.
- Chwilę! Gdzie ty idziesz? – dobiegł mnie jego głos, już lekko zdenerwowany.
- Oprowadzać cię po szkole.
- A może tak będziesz oprowadzać mnie a nie swój plecak? – ten dupek zaczynał mnie coraz bardziej irytować.  W jednej chwili znalazłam się koło niego, chwyciłam go za koszulkę i przysunęłam do siebie.
- Pamiętaj. Ja mówię raz, nie czekam na nic, nie jestem grzeczna i mi się nie podskakuje. Zrozumiałeś słonko? – nadal trzymałam go za kołnierz. Chłopak wykonał jeden niespodziewany ruch, położył swoje ręce na mojej talii, tym samym uwalniając się z uścisku, przysunął swoje usta do moich i wpił się w nie zachłannie. Zdziwiona oddałam pocałunek. Miał sprawne usta, lekko spierzchnięte, które z zachłannością coraz mocniej i czulej. Tak chyba czulej wbijały się w moje. Odsunęłam się od niego, gdy zdałam sobie sprawę z tego co robię. Chłopak spojrzał na mnie ze zdziwieniem, a ja go spoliczkowałam.
- Co ty wyprawiasz?! – wydarłam się na niego.
- Całuję cię? Chyba nie powiesz, że ci się nie podobało co? – na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
- Jesteś bezczelny – wykrzyczałam mu prosto w twarz.
- Gram twoją bronią. Kochana to jest wojna, nie tanie romansidło – spojrzał na mnie z pogardą. Znowu go spoliczkowałam. Nikt nie wykorzystał mnie jeszcze tak perfidnie jak on.
- Co ty robisz? – złapał nie za ręce i po raz kolejny przyciągnął do siebie. Jego uścisk był tak mocny, że nie mogłam się wyrwać. Biłam go, kopałam, ale on jak trzymał mnie tak trzymał. Jego żelazny uścisk bolał.
- Zayn, puść – dukałam przez łzy, które sączyły się z moich oczu, spowodowane bólem.
- Nie. Mnie też bolało. Siłował się ze mną.
- Proszę – w końcu się poddałam i przestałam z nim walczyć. Chłopak wypuścił mnie z uścisku i spojrzał na mnie z politowaniem. Miał rację.
Byłam zimną suką, pozbawioną uczuć.
Podeszłam do ściany i walnęłam w nią z pięści. Zabolało. Ale ten ból ukoił moje zszargane nerwy, które dzisiaj dawały o sobie znać jak nigdy. Ja jednak byłam głupia. Taka pozostałam. Stoczyłam się po ścianie i upadłam na zimną podłogę. Nie chciałam okazywać słabości, ale to było po raz kolejny silniejsze ode mnie. Znowu chciałam pokazać, że jestem silna, ale nie potrafiłam. W końcu podniosłam głowę i spojrzałam na Zayn’a. patrzył na mnie w osłupieniu. Chyba nie będę w stanie dalej go oprowadzać czy chociażby robić kolejnych numerów.
- Ja… ja… muszę… iść… - wydukałam i wybiegłam ze szkoły, nie bacząc na krzyki chłopaka.  Biegłam przed siebie jak najdalej. Byle żeby nikt mnie nie widział. Najpierw ruszyłam do ukochanego parku, ale zastałam tam dość nieadekwatny widok. Całująca się para. Nie będę przeszkadzać. Pobiegłam dalej chcąc za wszelką cenę zostawić za sobą przeszłość i wrócić do teraźniejszości. Uciekałam sama przed sobą. Nagle zadzwonił mój telefon. Odebrałam niepewnie, nie wiedząc kto odezwie się w słuchawce:
- Tak? –spytałam mojego rozmówcę.
- [T.N.] gdzie ty się do cholery podziewasz?! – z początku wydarł się na mnie mój trener.
- Koło parku. O co chodzi? – mój chłodny jak skała ton od razu sprowadził go na ziemię.
- Zapieprzaj mi na trening. Już! Za 10 minut chcę cię widzieć pod salą! – wydał rozkaz i rozłączył się.
- Pierdol się stary dziadzie – mruknęłam pod nosem i ruszyłam na halę treningową. Znowu musiałam zapieprzać jak koń. Znowu treningi. Ale tak naprawdę tylko one w pełni działały na mój stres. Muzyka mnie nie uspokajała, nie widziałam w niej żadnej przyjemności. Owszem lubiłam słuchać muzyki, piosenek, ale nie sprawiało mi to przyjemności. Dopiero na morderczych treningach, pełnych przekleństw, wyzwisk, wylanego potu, braku szacunku i ogromu prób i upadków nauczyłam się żyć. Nauczyłam się, że w życiu nie ma litości. Jeśli ktoś chce cię zlać, to zleje cię prędzej czy później. Będzie czekał na odpowiedni moment, by uderzyć i żeby bolało jak najbardziej. Nie masy wpływu na to czy da ci w zęby, czy kopnie w brzuch. Ty możesz się spodziewać bólu, a nie litości. Nikt nie powiedział, że życie będzie łatwe.  Nie oczekiwałam, że takie będzie.
Weszłam do ogromnej hali i szłam ciemnym korytarzem. Cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Poszłam do szatni, by się przebrać. Założyłam czarne legginsy,  czarny top do ćwiczeń i ochraniacze wspomagające stawy skokowe. Na stopy nałożyłam baletki i wyszłam na salę treningową. Rozgrzewkę zaczęłam od kilkunastu kółek, a skończyłam na sprintach i ćwiczeniach rozciągających.
- O! Widzę, że jednak przyszłaś – powitał mnie trener z szelmowskim uśmiechem na twarzy.
- Nie mogłabym opuścić treningu. Mam swoje zasady. Nie pamiętasz? – zwróciłam się do niego z jadem w oczach.
- Pamiętam aż za dobrze. Wskakuj na drążek – wskazał na przedmiot gimnastyczny, a ja posłusznie wykonałam jego polecenie. Na początek wykonywałam drobne obroty, które później przerodziły się w wysokie wyskoki i pętle. Musiałam odpocząć. Kiedy tylko zeskoczyłam z drążka ruszyłam do szatni, nawet nie zatrzymując się na wyjaśnienia.
Od czego zaczęła się moja przygoda z gimnastyką akrobatyczną, wyczynową i sportową? Dobre pytanie. Właściwie to nie znam odpowiedzi. Wszystko zaczęło się, gdy skończyłam 8 lat. Wtedy moi ukochani rodzice, których ciągle nie ma w domu, odkryli we mnie potencjał sportowca i zaprowadzili do szkoły gimnastycznej. Tam przyjęli mnie ciepło. Co tu dużo mówić, kiedy byłam już w zaawansowanej grupie, odbyły się eliminacje do międzynarodowych zawodów w gimnastyce artystycznej. Załapałam się do grupy reprezentującej Anglię. Pojechaliśmy do Ameryki, gdzie odbywały się takowe zawody. Moje koleżanki dały świetne występy, a kiedy ja miałam wejść na podest, po prostu nie wytrzymałam psychicznie. Byłam za słaba. Wybiegłam z hali i nigdy więcej nie wróciłam do tej dyscypliny. No cóż, było o mnie głośno. I zaczęło się wszystko sypać. Wyrzucili mnie ze szkoły, zabrali stypendium i obsmarowali  w gazetach. Później przedawkowałam, poznałam panią Brooks, ale tą historię już znacie i wróciłam do sportu. Dzięki niej. Pomogła  mi przełamać barierę. Dużo jej zawdzięczam.
No, dosyć tego wspominania. Czas wrócić do ćwiczeń. Weszłam dziarskim krokiem na halę i wskoczyłam na matę. Wykonałam parę salt, obrotów, zakończyłam już doskonalę wyuczoną pozą i usłyszałam czyjeś brawa. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby nie fakt, że mój zapyziały trener nie ma w zwyczaju klaskać. Obróciłam wolno głowę i zobaczyłam Zayn’a. od razu do niego podbiegłam i hardo spytałam:
- Co ty tutaj robisz?
-  Przyszedłem przeprosić – uśmiechnął się do mnie życzliwie. Życzliwie? Tak on się uśmiechnął. Życzliwie! Odwzajemniłam niewymuszony uśmiech i rzekłam:
- Teraz jest twój czas. Zamieniam się w słuch – moja wypowiedź nie była zimna czy chłodna. Była po prostu normalna. Widzicie? Tak działa na mnie gimnastyka.
- No to ten, no przepraszam – uśmiechnął się i wziął mnie w objęcia. Zdziwiona przytuliłam się do niego. Jego zachowanie było bardzo dziwne. Odsunęłam się od torsu chłopaka i spojrzałam w górę, ponieważ był ode mnie wyższy. I to był błąd. Zatopiłam się w jego pięknych brązowych jak czekolada oczach. Nasze twarze ponownie się zbliżały, któryś raz już tego dnia. W końcu poczułam smak jego ust na swoich. Położyłam ręce na jego karku, tym samym pogłębiając pocałunek. Chłopak wyraźnie zdziwiony nie przestał mnie całować.  W tamtym momencie nie wiedziałam co robię. To było silniejsze ode mnie. Chyba  wpadłam. Uśmiechnęłam się przez pocałunek.  Zayn najwyraźniej to poczuł, bo wykonał taki sam ruch.
Tak bardzo nie chciałam się od niego odsuwać, ale musiałam. Nie mogę się znów do kogoś przywiązać. Odejście tej osoby znów będzie bolesne, a tym razem już tego nie przeżyję.
- Zayn my nie możemy – powiedziałam do chłopaka  ze smutkiem wyrysowanym na mojej bladej od emocji twarzy. W jego oczach zobaczyłam smutek, pomieszany ze zrezygnowaniem. Zawiódł się na mnie. To kolejna osoba którą zawiodłam. To takie uczucie, którego nie da się opisać, które jest silniejsze. To jak widzisz, że zawiodłeś, że dałeś ciała. To jeszcze gorsze niż spoliczkowanie. Policzek się zagoi, przestanie boleć, a rana w umyśle, sercu zostanie już na zawsze.
- Przepraszam, ja nie mogę. Nie chcę znowu zawieść – spojrzałam w jego pełne bólu oczy i uciekłam. Kolejny raz.
Uciekam od problemów, nie chcę się przyznać, że jestem słaba. Nie chcę ranić ludzi na których mi zależy. Bo chyba mi na nim zależy, prawda? Chyba go kocham.
Pobiegłam do domu i zaczęłam pakować walizki. Mój telefon dzwonił nieprzerwanie, ale nie odebrałam ani jednego połączenia i nie odczytałam żadnej wiadomości. Przełamałabym się, okazała swoją słabość.
Szybko zakupiłam bilety przez Internet na lot do Londynu.
Jestem tchórzem. Wiem to, ale ja już taka zostanę na zawsze. Za bardzo boję się zaufać, a potem zranić. Jestem tchórzem.

~by Agata.