Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niall. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2013

# 234. Niall.

Pamiętam…
Jeszcze te kilka ostatnich chwil spędzonych w Twoim towarzystwie. Pamiętam dokładnie każdą minutę. Widzę Twoje podkrążone oczy, a Twoja tęczówki nie dają takiego blasku, nie widzę w nich radosnych iskierek.
Mówią, że oczy są odzwierciedleniem naszej duszy.
Jeśli to prawda, to byłeś wrakiem. Twoja egzystencja nie była pusta, pozbawiona jakichkolwiek dóbr. Byłeś wartościowym, niezniszczonym człowiekiem. Miałeś przyjaciół, rodzinę, mnie. Wierzę, że byłeś dla mnie idealny. Nadal jesteś. Kochanie ja nadal trzymam Cię w sercu. Nadal rozpamiętuję Twoją stratę. Nadal czuję ból. Nadal nie umiem się pogodzić z tym, co zaszło.
Jak co dzień w Londynie padał deszcz. Wróciłam z pracy, rozłożyłam mokre ubrania na ciepłym kaloryferze i położyłam się na wygodnej sofie. Po chwili podniosłam się z niej i usiadłam na parapecie.  Spoglądałam tęsknie w okno. Wypatrywałam Twojej sylwetki, pośród ludzi spieszących się do domów i zasłaniających swoje głowy gazetami, tym samym próbując uchronić się przed kroplami deszczu. Oparłam głowę o ścianę i westchnęłam z rezygnacją. Kolejny raz się spóźniałeś. Nie miałam Ci tego za złe. Wiedziałam jak wiele poświęceń wymaga Twoja praca. Usłyszałam trzask drzwi. Momentalnie uniosłam się w górę i wyprostowałam jak struna. Spojrzałam w stronę, z której dochodził hałas. Stałeś tam Ty, cały mokry i czerwony ze złości. Wolno do Ciebie podeszłam i przytuliłam Cię. Nie zwracałam uwagi na to, że pomoczysz mi suche ubrania. Potrzebowałeś mojej bliskości. Zadarłam głowę w górę i spojrzałam w Twoje błękitne oczy.
- Co się stało? – zapytałam z troską i pogłaskałam Cię delikatnie po policzku.
- Wyjeżdżamy w trasę – burknąłeś w moją stronę i z Twojego policzka spłynęła jedna łza, a za nią potoki świeżych, których nie hamowałeś. Spojrzałam na Ciebie ze smutkiem w oczach. Wiedziałam, że nie chcesz jechać, że najchętniej zostałbyś tutaj, w Londynie. Nie potrzebowałeś mi tego mówić, Twoje oczy zdradzały wszystko.
- Będzie dobrze – pocieszyłam Cię. Przenieśliśmy się z rozmową do kuchni. Usiadłeś na stołku i ukryłeś twarz w dłoniach.
- [T.I.]!  nic nie będzie dobrze! – wykrzyknąłeś wściekły – wyjeżdżamy jutro. O 10 mamy samolot.
Spojrzałam na Ciebie z niedowierzaniem i osunęłam się po ścianie. Nie rozumiałam czemu chcą mi Cię zabrać tak nagle. Czemu nie powiedzieli mi nic wcześniej? Czemu to ukrywali? Wyszłam z kuchni i wróciłam do salonu. Zajęłam moje stałe  miejsce i tak jak przed Twoim przyjściem usiadłam na parapecie.
- Przepraszam – usłyszałam Twój cichy szept nad moim uchem. Odwróciłam się wolno w Twoją stronę i złożyłam długi pocałunek na Twoich ustach.
-  To w końcu Twoja praca- rzekłam i poszłam na górę.
Jeszcze czuję smak Twoich ust na moich. Czuję ich delikatną fakturę, miękkość, pełny kształt. Uwielbiałam Twoje długie pocałunki, którymi pokazywałeś jak bardzo Ci na mnie zależało.
- Zadzwonisz? – spytałam się i zaglądnęłam w Twoje oczy. Widziałam w nich ból.
- Obiecuję -  uśmiechnąłeś się blado i po raz ostatni mnie pocałowałeś. Wylewałam potoki łez, moczyłam Twoją świeżą koszulkę i na końcu patrzyłam jak odchodzisz w stronę hali odlotów. Bałam się o Ciebie.
Wróciłam do domu rozkojarzona i zmęczona. Poszłam się umyć. Zrobiłam sobie kolację i usiadłam w salonie, na kanapie. Włączyłam telewizor. Przełączałam kanały aż w końcu natrafiłam na wiadomości. Kiedy usłyszałam ich treść zemdliło mnie. Prezenter opowiadał  o młodym, brytyjsko –irlandzkim boys bandzie , którego samolot rozbił się niedaleko lotniska we Frankfurcie. Jedzenie, które przed chwilą zjadłam podskoczyło mi do gardła. Cały czas tliła się we mnie nadzieja, że to tylko nieudolny żart. Dopiero, gdy mój telefon się r0zdzwonił, przekonałam się, że to nie żart. Po odebraniu pierwszego połączenia i rozmowie z moja przyjaciółką aparat wypadł z mojej ręki, a ja zaniosłam się szlochem. Pobiegłam na górę i szybko wpakowałam do małej walizki najpotrzebniejsze rzeczy.  Cały czas nie docierało do mnie co się tak naprawdę stał. Strzępki informacji, bałagan i mętlik w głowie. Samolot, 12:37 , katastrofa, Frankfurt, śmigłowiec, szpital, Londyn, sala operacyjna. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam do najbliższego i największego szpitala w Londynie. Wybiegłam jak poparzona z auta i sprintem dobiegłam do Twojej Sali.
Jeszcze mam ten obraz. Nadal Cię widzę. Takiego smutnego, chorego, poranionego, pod tą aparaturą, tysiącem kabli i urządzeń. Tak bardzo chciałam się z Tobą zamienić. Skrócić Twoje cierpienie. Gdybym mogła przejęłabym je na siebie.
Pielęgniarka wskazała mi Twoją salę. Po chwili już tam byłam. Trzymałam Cię za rękę. Na chwilę otworzyłeś oczy, wtedy zauważyłam jaki zmęczony i wycieńczony jesteś. Odgarnęłam Twoje jasne włosy z czoła i spojrzałam na Ciebie. Uścisnąłeś lekko moją dłoń i wyszeptałeś:
- Kocham Cię.
Twoje piękne oczy powoli się zamykały. Aparatura zaczęła piszczeć, lekarze przybiegli do Sali, wyprosili mnie z niej. Słyszałam krzyk pielęgniarek, sanitariuszy. Po chwili lekarz wyszedł z Sali i smutnym głosem oznajmił mi:
- Bardzo mi przykro – wypowiedział tą znaną regułkę i odszedł zostawiając mnie samą. To były ułamki sekund, kiedy straciłam wszystko.  Patrzyłam tępym wzrokiem w białą ścianę, i osuwałam się powoli na podłogę.  Schowałam twarz, podkuliłam nogi i pozwoliłam łzom  cieknąć.
Jeszcze widzę Ciebie jak przez mgłę. Chciałabym wrócić do tych momentów, kiedy mnie denerwowałeś, albo kiedy próbowałeś tej swojej miny zbitego psa, by wyłudzić ode mnie kanapkę. Niall, Niall.
Twój pogrzeb. Nie chciałabym go pamiętać, nie chciałabym go nawet wspominać. Moje wspomnienia są tak niewyraźne, jak rysunek namalowany przez pięcioletnie dziecko.
Weszłam do Kościoła, ubrana na czarno. Z bukietem czerwonych róż. Takie jak kochałeś. Pamiętam jak mi powtarzałeś, że na swoim pogrzebie chciałbyś mieć właśnie takie kwiaty. Wtedy śmiała się z Ciebie. Pamiętasz? Nie wierzyłam, że umrzesz wcześniej ode mnie. To stwierdzenie było tak paradoksalne.
Z kamienną twarzą usiadłam w ławce, koło Twojej mamy. Kobieta ledwo się trzymała. Wstrząsały nią spazmatyczne drgawki i nieopanowany szloch. Na środku Kościoła stała Twoja trumna, w której leżałeś. Była otwarta, tak, by każdy mógł się z Tobą pożegnać. Podeszłam wolno do brązowej trumny. Byłeś ubrany w czarny garnitur, w ręce trzymałeś czerwoną różę. Pochyliłam się nad Tobą, spojrzałam na Ciebie. Miałeś zamknięte oczy, Twoje usta były sine, a ciało zimne jak kamień. I dopiero wtedy do mnie dotarło. Że już nigdy się nie zaśmiejesz, nigdy już nie spojrzę w te Twoje piękne, błękitne jak bezchmurne niebo oczy. Nigdy nie dotknę Twoich idealnych włosów, a moje wargi nigdy już nie złączą się z Twoimi. Z moich oczu zaczęły wyciekać łzy, kapały na mój płaszcz. Nie mogłam ich powstrzymać. Twój brat odciągnął mnie od trumny. Nie mogłam pogodzić się z Twoim odejściem, byłam jak otumaniona. Patrzyłam na ołtarz i starałam się w nim doszukać czegoś, co zwróciłoby moją uwagę. Zadzwoniły dzwonki, tym samym wybijając mnie z transu. Ksiądz odmówił modlitwę, przeprowadził mszę. Nadszedł czas. Od tyłu weszli jacyś mężczyźni  w czarnych szatach. Podnieśli wieko i powoli ustawili je na trumnie. Patrzyłam na nich oszołomiona. Chciałam do nich podbiec, powiedzieć, że Ty się zaraz obudzisz. Chciałam ich prosić, żeby mi Cię nie zabierali. Po raz kolejny zatrzymał mnie Twój brat. Jego żona wzięła mnie w objęcia i tuliła  jak małe dziecko. Wyszliśmy z Kościoła, a gdy tylko Twoja trumna przekroczyła próg Kościoła z nieba lunął deszcz. Przez myśl przemknęło mi zdanie, które wypowiadała moja mam za każdym razem, gdy ktoś umierał. Ktoś ważny. „ Pan Bóg płacze kochanie.” Może to i racja?  Szłam za Księdzem i przez cały czas pochodu mój wzrok był wbity w trumnę. W Twoją trumnę. Ułożyli ją na podeście i powoli spuszczali do wcześniej wykopanego dołu. Chciałam krzyczeć. Krzyczeć, że są głupi, że Ty tutaj jesteś, że przecież Ty zaraz wstaniesz i rzucisz mi się w ramiona. Ale to i tak nic by nie dało. Twoja trumna została ułożona w grobie. Rzuciłam bukiet róż do dołu. Tęsknym wzrokiem patrzyłam w tamtą stronę. Wiesz jaką miałam ochotę wskoczyć tam do Ciebie? Jak bardzo pragnęłam znaleźć się koło Ciebie?
Jeszcze czuję smak Twoich ust, ostatni pocałunek jak przez mgłę. Czuję Twoje silne ramiona otulające mnie, gdy było zimno. W których czułam się bezpiecznie. W których chciałam budzić się codziennie, zasypiać i umierać. Chciałam słyszeć Twój delikatny głos usypiający mnie jak najpiękniejsza kołysanka. Chciałam byś już zawsze grał mi na gitarze i obdarowywał mnie swoją miłością. Nie wiem dlaczego, ale zawsze myślałam, że będziemy nieśmiertelni. Że nic nie będzie w stanie nas rozdzielić. Dzisiaj przypominam sobie słowa Księdza:
Dzieci! Śmierć niczego nie zmienia. To okres przejściowy. Każdy ma zadanie, tutaj na Ziemi.  Każdy musi je wypełnić. Jeśli to zrobi będzie spełniony, jeśli nie, Bóg daje mu kolejną szansę. Nie lękajcie się. Pomyślcie, że nasi bliscy, którzy odeszli na tą drugą stronę, czują się lepiej. Człowiek chce wiedzieć wszystko, znać odpowiedź na każde pytanie. Śmierć jest niewytłumaczona, dlatego tak bardzo jej się boimy. Nie jesteśmy nieśmiertelni, ale jaki sens miałoby życie, gdyby kończyło się wraz ze śmiercią? Jaki? Żadnego. Dlatego życie na Ziemi to tak naprawdę przedsmak życia. Życia wiecznego.  Zapamiętajcie. Cokolwiek by się działo, nie smućcie się. Bądźcie silni, nie dajcie się przestraszyć. Śmierć chce Was zniszczyć, bo wie, że w starciu z dobrem nie ma szans. Nie pozwólcie jej wygrać.
Miał rację. Dzisiaj, kiedy codziennie przychodzę na Twój grób, kochanie,  potrafię siedzieć godzinami, płakać i użalać się nad losem. Ale zawsze zanim pójdę do domu, dziękuję Bogu, że pozwolił mi poznać czym jest prawdziwa miłość, jak bardzo w życiu jest ważna i dziękuję losowi, że na mojej drodze postawił Ciebie.
Na zawsze w moim sercu, Niall. Kocham Cię, [T.I.]
______________________________________________
Na dzisiaj żegnam się z Wami na 3 tygodnie. Za tydzień wyjeżdżam na wycieczkę do Londynu, więc to jasne, że nie będę miała czasu napisać czegokolwiek, a do tego dochodzi jeszcze szkoła i oceny, które wyglądają cóż  nie za ładnie. Jeszcze jedna prośba. Czy jest tutaj jakaś uzdolniona i kochana dziewczyna albo nawet więcej, która mogłaby zrobić mi szablon i nagłówek do mojego opowiadania. Z Harrym zaznaczam:) Zgłaszajcie się tutaj : agacia1805@gmail.com



~by Agata.

wtorek, 16 kwietnia 2013

# 228. Niall.

Jest mi źle z tym, że Was zaniedbuję. ; / Przepraszam za to, obiecuję, ze od maja biorę się solidnie za robotę, jeśli tylko nauczyciele okażą się ludźmi i dadzą nam odrobinę luzu.

Co do imagina.. Takie krótkie, nijakie nic. Mam nadzieję, że wybaczycie. Chciałam po prostu coś dodać, bo jest mi źle, że tak rzadko tutaj wchodzę. ; (


Zima za oknem rozszalała się na dobre. Białe płatki wirowały na wietrze, tworząc potworną zamieć, a kreska rtęci w termometrze widniejąca poniżej -10 stopni Celsjusza nie przekonywała do długich spacerów.
Mimo wszystko jednak wciągnęłam na siebie stare, znoszone dżinsy i pierwsze lepsze buty, które wyjęłam z obszernej szafy w przedpokoju, a na wierzch sweterka narzuciłam kurtkę, po czym chwyciłam uszykowaną wcześniej torbę i wyszłam na mroźne powietrze.
Prawda jest taka, że w nosie miałam wszelkie konsekwencje mojego czynu, skąpy strój, brak poinformowania bliskich o moim rychłym wyjściu. Właściwie, byli już do tego w pewnym stopniu przyzwyczajeni. Szłam po oblodzonym chodniku, który znałam już na pamięć, w głowie mając całkowitą pustkę. Wiatr wdzierał się pomiędzy płachty mojej kurtki, jednak nie zaprzątałam sobie głowy jej zapięciem. Dostrzegłam bowiem znajomy mur i kawałek żelaznej bramy, dalej tkwiłam jak w transie.
Pchnęłam zziębnięty pręt bramy i weszłam do środka. Balansowałam pomiędzy ogromnymi zaspami nawianego śniegu, jednak mimo to już przemarzłam. Minęłam znajome sosny, które przykryte były grubą warstwą śniegu, po czym skręciłam w prawo i dalej brnęłam już po lekko odgarniętym chodniku.
Wszystkie nagrobki przykryte były śnieżnobiałą pierzynką, widać było tylko niektóre płyty, które ktoś obmiótł z nadmiaru śniegu. Przyglądałam się grobom, czując w sobie wszechogarniającą pustkę. Właściwie od miesiąca nie czułam praktycznie nic. Byłam wrakiem człowieka, samym ciałem, bo poszkodowana, okaleczona, zraniona i zrozpaczona dusza uleciała gdzieś donikąd, skąd już na pewno nie wróci.
Zboczyłam z utwardzonej dróżki na mniej ubitą, lekko błotnistą ścieżkę prowadzącą do ów miejsca. Z każdym krokiem ogarniała mnie panika, ból, a moje sumienie odgrywało marsz żałobny. Ale przecież to nie była moja wina, nic nie mogłam zrobić.. Tak musiało być…
Zatrzymałam się przed niewielkim nagrobkiem. Wyjęłam miotełkę i obmiotłam dolną płytę, po czym ręką odzianą w rękawiczkę przetarłam pionową tablicę, przesuwając palcami po wgłębieniach układających się w kilka tak bolących mnie słów:
„Tutaj leży Amelia. Na zawsze w naszych sercach.”
Niżej widniała data narodzin i śmierci, a pod nią cztery, wykaligrafowane słowa:
„Spoczywaj w pokoju, aniołku.”
Zacisnęłam wargi i resztkami sił powstrzymałam się przed płaczem. Przygryzłam język niemal do krwi – czułam już w ustach jej metaliczny smak. Osunęłam się na ławeczkę tuż przy nagrobku i wpatrywałam się w złote napisy odbijające się na tle białego marmuru.
- Bóg tak szybko nam cię odebrał… - szepnęłam, a moje słowa porwał wiatr.
Nie przyszłam tu siedzieć bezczynnie. Nie po to tu przesiadywałam od dwudziestu czterech dni, dzień w dzień o tej samej porze, o godzinie, w której Amelka odeszła z tego świata. Wyjęłam z torby znicz, zziębniętymi palcami odpaliłam jedną z zapałek i prędko przyłożyłam ją do knota, by ten się zajął świetlistym płomieniem. Wykopałam w śniegu dołek i postawiłam w nim ciężki przedmiot, który wyróżniał się pomiędzy innymi, przeźroczystymi szklanymi obudowami,  czerwoną barwą.
Przełknęłam ślinę i uklęknęłam przed nagrobkiem córeczki, składając ręce do modlitwy i powtarzając tą historię dzień w dzień, prosząc Boga o miejsce dla mojego aniołka w niebie, ale i również o siłę dla mnie i mojego męża.
Panie, dopomóż. Była z nami tylko dwa miesiące. Dwa krótkie, pamiętne miesiące, kiedy napełniała dom radością, kolorem, szczęściem… Jej ubranka rozrzucone po całym salonie, grzejące się mleko, jej płacz, gdy domagała się posiłku czy przewinięcia… Dwa krótkie miesiące dały mi nadzieję, że wreszcie będzie dobrze. Spędzałam z nią każdą chwilę, każdą minutę, czy to w dzień, czy w nocy. Nie pozwalałam nikomu jej dotknąć w obawie, że kruszynka zacznie płakać. Kochałam ją ponad wszystko. Nadal kocham, wiesz, Boże? Wiem, że była Ci potrzebna, tam, w niebie, skoro nam ją odebrałeś, jednak wierzę, że pomożesz nam się podnieść. Daj jej szczęście, skoro ja nie byłam godna, by być matką dłużej i dać jej wszystkiego, czego mogłam dać, czego zapragnęła. Zastąp jej mnie i Nialla. Pomóż mu, wiem, że to przeżywa. Dopomóż nam, Panie, bo nie wiem, jak długo będę w stanie to wytrzymać…
Rozpłakałam się tak, jak co dzień. Moje kolana były już całkowicie nasiąknięte śnieżnym błotem, jednak nadal tkwiłam przed pomnikiem, skupiona na złotych literach.  Amelia Horan. Żyła pięćdziesiąt dziewięć dni.
Dosłyszałam za sobą skrzypienie śniegu i rytmiczne kroki. Nie musiałam się odwracać, byłam pewna, że to mój mąż.
- Powiesz mi, dlaczego ona? Powiesz mi, dlaczego to nie ja odeszłam, lecz Bóg zabrał niespełna dwumiesięczną dziewczynkę? – spytałam go szeptem, pochylając się nad pomnikiem i pozwalając, by łzy spływały z moich policzków wprost na wypolerowaną powierzchnię marmuru, gdzie niemal natychmiast zamarzały.
Niall podniósł mnie z ziemi i zamknął w szczelnym uścisku. Podejrzewałam, ze też płakał.
- Nie wiem, [T.I.]. Ale jestem pewien, że jest teraz szczęśliwa – szepnął mi do ucha, a ja zacisnęłam ręce na kołnierzykach jego kurtki i powtarzałam szeptem pytania, które nigdy nie otrzymały odpowiedzi. Nie wiem, czy sprawiało mi to ulgę, czy pomagało w jakiś sposób przyzwyczaić się do straty kruszynki.
- Zdajesz sobie sprawę, jak za nią tęsknię? – spytałam. – Wiesz, jak jest mi jej brak?
- Na pewno nie mniej, niż mnie – odszepnął, przytulając mnie. – [T.I.], trzeba iść naprzód. Ona patrzy teraz na ciebie i jestem pewien, że chce ci powiedzieć, żebyś się tak nie martwiła, bo jest w miejscu, gdzie już nic nie może się jej stać, gdzie nic jej nie grozi. Jest bezpieczna. szczęśliwa, roześmiana. Pokaż jej, że też umiesz taka być. Pokaż, że potrafisz być silna.
Dla niej.




~by Klara.

wtorek, 2 kwietnia 2013

# 225. Niall.

Mówisz, że mam pozostać sobą, więc dlaczego oczekujesz ode mnie rzeczy niemożliwych? Czyżbyś zaliczał mnie do tych ludzi, którzy nie potrafią walczyć o siebie?
Szłam korytarzem, pełnym ludzi. Jeden potrącał drugiego, a ja czułam się jak sardynka. Dosłownie. Kiedy już doszłam do mojej szafki, poczułam się bardziej pewnie. Nie lubiłam tego miejsca, nie lubiłam tej szkoły, tych uczniów, tych nauczycieli, tego tłoku i wszystkiego co jest z nimi związane.  Na pozór uśmiechnięta pełna wigoru. Wzorowa uczennica, najlepsza cheerleaderka (nie wiem jak to się pisze)  w szkole. Ale to tylko maska. Maska powierzchowności i udawanego szczęścia.  Miałam dosyć.
Zaczynała się już kolejna lekcja, gdy zdyszana wbiegłam do klasy.
- Witamy pannę [T.I.]. Nareszcie możemy zacząć lekcje – zdenerwowana usiadłam na krześle, a głos nauczycielki jeszcze długo buczał w moich uszach.
- Przepraszam – szepnęłam cicho i spojrzałam na mojego sąsiada. Okazał się nim blondyn, Niall.
- Hej – powiedział mi na ucho.
- Panie Horan! Umówić się na randkę możecie po lekcjach! – nauczycielka głośno krzyknęła, a po klasie poniósł się stłumiony śmiech.
Hej. Lepiej żebyśmy jednak nie rozmawiali, bo ta zrzęda nas ukarze. :)<3
Podłożyłam chłopakowi kartkę pod nos i się uśmiechnęłam.  Wyciągnęłam podręcznik, który jak dotąd zalegał w mojej torbie  i otworzyłam go na podanej stronie. Gdyby nie to, że jestem wielką niezdarą (co staram się skrzętnie ukrywać)  i już po chwili zbierałam moje rzeczy z podłogi. Książki, piórnik wszystko na niej leżało, a ja bezskutecznie i jak najszybciej się dało, próbowałam je pozbierać. Nade mną pojawiły się nieznajome ręce, które w mgnieniu oka pomogły mi uporządkować. Na ziemi pozostała tylko mała książeczka. Tylko nie to. Ręce nieznajomego zaczęły niebezpiecznie zbliżać się w jej kierunku. W końcu złapały moją zgubę i podniosły ją wyżej. Stałam jak sparaliżowana. Wiedziałam co się za chwile stanie. Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Mój ulubiony tomik poezji spoczął bezpiecznie w moich rękach, a już po chwili ułożony w torbie. Spojrzałam na mojego wybawcę którym okazał się  Niall. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością i usiedliśmy w ławce.
- Na piątek macie przygotować referat o życiu roślin. Podzielę was na grupy według ławek.  Anne z Jenny, Julia z Zayn’em, Ned z Harry’m, Ted z Angeliną, a [T.I.] z Niall’em. Do widzenia! – ostatnie słowa powiedziała z przekąsem i wyszła z klasy, uprzednio zamykając ją kluczem.
- Wychodzi na to, że będziemy musieli się spotkać – z zamyślenia wyrwał mnie zdenerwowany głos Niall’a idącego obok mnie szkolnym korytarzem.
- Chyba tak. Właściwie to nawet musimy, nie mamy wyjścia. To może u mnie w środę, co? – zaproponowałam niepewnie.
- Jasne. Mam nadzieję, że nie sprawię problemu – uśmiechnął się do mnie szczerze., a jego oczy zabłyszczały.
- Pewnie, że nie. Ale teraz wybacz, ale czeka mnie spotkanie drugiego stopnia z ukochaną matematyką.
- Dobra. Leć! – krzyknął mi na odchodne i poszedł w swoją stronę. Nasza rozmowa była normalna. Nie było w niej złośliwości czy pogardy, z którą spotykałam w moim otoczeniu. To była walka szczurów, jeden chciał być lepszy od drugiego, nie patrzył czy może kogoś zranić, liczyło się własne szczęście. Byli apatyczni, irracjonalni, wręcz głupi, czasami wredni, ich życie było pozbawione wartości. Traktowali innych z pogardą, bo myśleli, że jeżeli są elitą, to wszystko im się należy. Wiem, pomyślicie, że jestem nie fair, bo też do nich należę. Może to i racja, ale nigdy nie czułam się  w pełni z nimi związana. W ich życiu brakowało czegoś, czego ja szukałam w swoim. Uważana byłam za przywódczynię elity. Nie wiem jakim cudem. Ale wiem, że w szkole chodzą o mnie różne pogłoski. Jaka to wredna nie jestem, jak się mszczę na innych i takie podobne. I choć wiem, że to tylko  głupie plotki wyssane z palca, to nadal boli. A może rzeczywiście taka jestem? Może inni mają rację?
Do domu wróciłam około godziny 15. Jak na porządną córkę przystało obrałam ziemniaki i poszłam na górę. W moim pokoju jak zawsze panował porządek i jasne promienie słoneczne wpadały przez duże okno. Otworzyłam je na oścież i wdychałam świeże powietrze. Potem je zamknęłam i przebrałam się w dres.  Rodzice byli w pracy, więc miałam cały dom dla siebie. Szybko zrobiłam bieżące lekcje i usiadłam przed komputerem. Sprawdziłam pocztę. Jak zwykle kilkadziesiąt zaproszeń na mocno zakrapiane imprezy i jedna od jakiegoś nieznajomego nadawcy. Już wiedziałam co to za wiadomość. Niedawno zarejestrowałam się na portalu społecznościowym, gdzie można znaleźć fajne osoby. Posługiwałam się tam nickiem : swagger_jagger. Można było występować tam pod pseudonimem i nie trzeba było podawać swoich danych.  Kilka dni temu zaczęłam rozmowę z jednym chłopakiem. Jego Nick był równie zadziwiający co mój: memories_coming. Konwersowaliśmy ze sobą codziennie. Można rzec, że z każdym dniem otwierałam się, pokazywałam kim naprawdę jestem. Niczego nie ukrywałam, byłam po prostu sobą. Chłopak rzekomo mieszkał w naszym mieście, ba! Nawet uczęszczał do naszej szkoły. I był w moim wieku. Powoli w myślach wykluczałam kolejnych kandydatów. Żaden z nich nie pasował mi do opisu wrażliwego, skrytego w sobie, nieśmiałego chłopaka, który uwielbia śpiewać i grać w piłkę. Jedyną wskazówką była piłka nożna, którą chłopak tak bardzo kochał. Jednak nasza szkoła była jedną z tych, w której uprawianie tego sportu przez chłopaków było normą. Niestety. I wszyscy byli dobrzy. Pudło.
Swagger_jagger : Powiedz mi, kim jesteś?
Memories_coming: Ja już wiem, kim ty jesteś.
Swagger_jagger: Jak to możliwe? Przecież nie powiedziałam ci mojego imienia.
Memories_coming: Nie jestem głupi, [T.I.].
Swagger_jagger: Przepraszam muszę kończyć. Pa :c
Memories_coming: Nie chciałem cię urazić…
Tylko tyle zdążyłam przeczytać, przed zamknięciem laptopa. Ten chłopak znał mnie tak dobrze. Wiedział kim jestem.  Znał mnie. Boję się. A co jeśli komuś pokaże nasze rozmowy? To jemu zdradzałam moje największe sekrety, był dla mnie jak najlepszy przyjaciel, jak wsparcie. To przy nim ściągałam maskę zołzy i stawałam się sobą. Jeśli to obróci się przeciwko mnie? Jeśli on mnie zniszczy? Nie jestem pusta, chce się uwolnić od tej chorej grupy, ale nie teraz. Póki co jestem na to za słaba. Nie mogę dopuścić do tego, żebym stała się ich wrogiem numer jeden.  Ich hasło jest zbyt jasne: Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Tak, albo z nimi albo bez.  Albo mam życie, albo nie. Prosty wybór? Otóż nie!
Pobiegłam szybko do łazienki, by się umyć i wskoczyć do mojego ukochanego łóżka. Będąc już pod kołdrą, przymknęłam oczy i o dziwo zasnęłam. Miałam sen, głupi sen. Spadałam w przepaść, ciemną przepaść której nie było dna. Obudziłam się zlana potem. Spojrzałam na zegarek i z ulgą stwierdziłam, że mogę już wstać. Świtało. Szybko się umyłam, ubrałam, spięłam włosy, a  w drodze złapałam jabłko ze stołu i wybiegłam z domu. Marszem ruszyłam do szkoły, w ten piękny środowy poranek. Dzisiaj miałam trening, więc przygotowana i ubrana w strój od razu weszłam do Sali gimnastycznej.  Moje ukochane koleżanki już na mnie czekały. Przywitały mnie ciepłymi uśmiechami, co w ich wykonaniu oznacza nie lada wyczyn. Odwzajemniłam gest i zaczęłyśmy rozgrzewkę. Nie trwała ona długo, ponieważ do Sali wkroczyła drużyna piłkarska. Spojrzałyśmy na nich krzywo i dalej ćwiczyłyśmy. Przypadkowe spotkanie nie zapowiadało się dobrze.
- Teraz my zajmiemy salę drogie panie – odezwał się Ted.
- Niestety jeśli Bozia oczu nie dała, to ja nie dam. My ćwiczymy jakbyś nie zauważył – odszczeknęła się Anne.
- No co ty nie powiesz. Nie wydaje mi się. Pójdziecie z własnej woli czy z drobną pomocą? – zapytał złośliwie. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć bo wyręczyła mnie Jenny:
- Słuchaj. Nie mam zamiaru się z tobą wykłócać – szturchnęła go palcem w klatkę piersiową – więc zabierz ten swój wielki tyłek i idź ćwiczyć na dwór z tą bandą goryli. A jak nie to pogadamy u pani dyrektor. Chyba nie chciałbyś zostać zawieszony za groźby, co? – odszczeknęła się złośliwie dziewczyna. Zmieszany Ted zwołał chłopaków i wyszli z Sali. Spojrzałam na dziewczyny. Przybijały sobie piątkę. One to miały gadane.
Po ciężkim, aczkolwiek miłym treningu poszłyśmy na lekcje. Jak zwykle kiedy szłyśmy korytarzem, młodsze klasy odsuwały się instynktownie, nie chcąc wejść nam w drogę. Bali się nas. To było straszne.  Przecież to były jeszcze dzieci. Jak widać nawet ich nie oszczędziły. Obelgi i cięte riposty jakie zadawała moja „świta”  były naprawdę mocne i bardzo raniące. Pomimo, że nigdy nikogo  nie obraziłam, to i tak byłam ich przywódczynią. Nie rozumiałam ich toku myślenia. Były zbyt zakręcone.
- [T.I.]!Idziesz? – usłyszałam przed sobą głos Anne.
- Tak, już idę. Co mamy teraz? – zapytałam wyrwana z otępienia.
- Matematykę.
- Świetnie – krzywo się uśmiechnęłam i dogoniłam dziewczynę.
Lekcje jak zwykle minęły nudno. Matematyka, angielski, fizyka, chemia, biologia i muzyka. Po tej ostatniej wróciłam do domu, by przygotować się na przyjście Niall’a. W salonie ustawiłam książki dotyczące życia roślin, ich struktury i tych podobnych. Na stole położyłam dwa kartony soku i szklanki, laptopa,  kilka półmisków z żelkami, ciastkami  i innymi łakociami. Kończyłam przygotowanie, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Cześć. Wejdź – zaprosiłam blondyna do domu i wskazaniem ręki zaprowadziłam do salonu.
- Ładnie tutaj masz.
- Dzięki. To co robimy? – wzrokiem zjechałam po kilku książkach i przewróciłam oczami.
- Wypadałoby coś napisać – uśmiechnął się i zabrał za wertowanie niezliczonej liczby kartek arcyciekawej książki. Po jakichś piętnastu minutach zajmującej lektury ziewnął przeciągle.
- Chcesz kawy? – spojrzałam na pół-przytomnego chłopaka.
- Byłabyś moim wybawcą. Te książki są tak nudne, że to się nie dzieje.
-  Komu ty to mówisz. Prawie usnęłam – odpowiedziałam mu już z kuchni.
Kiedy zaparzałam kawę, na swoich biodrach poczułam czyjeś ręce.
- Yhm Niall? Co ty robisz? – odwróciłam się przodem do blondyna, który długo się nie zastanawiając pocałował mnie. Odwzajemniłam ten odważny jak i zarazem ciepły gest. Kiedy się już od siebie oderwaliśmy, wpatrywałam się w niego oszołomiona.
- Co to miało znaczyć? – zapytałam z wahaniem w głosie.
- Ja jestem Memories_coming.  To ze mną pisałaś przez tyle czasu. To ciebie pokochałem.
- Czekaj, czekaj. Jesteś Memorie_coming. Ale jak to możliwe, że wiedziałeś kim jestem?
- Pamiętasz jak podniosłem tomik poezji? – pokręciłam głową na znak, że pamiętałam – zawsze mówiłaś, że uwielbiasz poezje – uśmiechnął się czarująco, ukazując szereg krzywiutkich i zarazem słodkich ząbków.
Podeszłam do niego bliżej i przytuliłam chłopaka. Później podniosłam głowę i zachłannie wpiłam się w jego usta, pragnąc bliskości chłopaka, który pokazał mi, że kocha mnie taką jaką jestem.

~by Agata.

czwartek, 14 lutego 2013

# 209 . Niall .


 Niespodzianka ode mnie ;) Prosiłabym każdego, kto to przeczyta o skomentowanie, przynajmniej czy Wam się podoba czy nie. W końcu to niespodzianka, więc chcę wiedzieć, czy podołałam.
To koniec. To końcowy przystanek. Ale nie mogę się uwolnić. Nie mogę tak po prostu od ciebie odejść. Twoje szepty nadal rozbrzmiewają w mojej głowie echem.

Ten jeden ostatni raz. Pozwól mi.

Ścisnęłam go mocniej za rękę, gotowa na kolejny tłum piszczących dziewczyn. Dziewczyn, które były ładniejsze ode mnie, szczuplejsze. Więc czemu on nadal tu ze mną tkwił?, zadawałam sobie ciągłe pytanie, które często nocami nie pozwalało mi zasnąć. Nie byłam ani bogata, ani piękna. Więc czemu? Jakieś korzyści? Przecież nie robię dla niego nic nadzwyczajnego, oprócz tego, że po prostu tu jestem i że zawsze może na mnie liczyć. Auto się zatrzymało, spojrzałam na Nialla, wzmacniając jeszcze raz nasz uścisk splecionych dłoni. Kiwnął tylko lekko głową, całując szybko w usta. Ktoś otworzył nam drzwi, a my wyszliśmy z chłopakami z tyłu. Pisk od razu nas otoczył z każdej strony, ale barierki mocno nas odgradzały. Niall machał ręką, uśmiechał się, starałam się robić to samo. Odkąd zostałam dziewczyną Nialla, chciałam żeby fanki mnie polubiły, i to chyba mi się udało. Choć moja samoocena jeszcze bardziej podupadała. Czułam się brzydka, widząc tyle twarz tak ładnych dziewczyn wokół mnie, które uśmiechały się do mojego chłopaka, a on chętnie odwzajemniał te uśmiechy.

On był młody, przystojny, bogaty. Miał wszystko. Pieniądze, przyjaciół, rodzinę, sławę, urodę. Więc czemu ja? Czułam się jak Bestia. Bestia przy tym Pięknym.

Chciałam odejść, podjąć za niego tą decyzję. Czułam, ze go blokuję. Trzymam jak na smyczy. Ale nie potrafię. Nie potrafię od ciebie odejść. Nigdy nie dałeś mi do zrozumienia, bym mogła myśleć tak o sobie. To ja. Ja sama wyrabiam sobie taką opinię na swój temat i nie potrafię się jej pozbyć.

Ten jeden ostatni raz. Pozwól mi.

*
Byłam sama w domu, czekając na Nialla. Wlewałam właśnie wodę do czajnika na herbatę. Chwyciłam zapałki, zapalając jedną i podpalając kuchenkę. Postawiłam czajnik, obracając się, by zgasić zapałkę i wyrzucić do kosza, kiedy ręką zahaczyłam o czajnik, który spadł na podłogę, rozlewając dookoła wodę. Zapałka, nadal niezgaszona wypadła mi z ręki, spadając na podłogę i podpalając jakiś skrawek materiału, który leżał na ziemi. Ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie i nawet woda, która wylała się na podłodze, nie zdołała go zgasić. Otrząsnęłam się z szoku i zaczęłam działać. Jeśli chcę przeżyć, muszę. Jeśli chcę jeszcze kiedykolwiek zobaczyć Nialla, muszę. Niall. On jest w drodze. Uciekłam z kuchni drugim wejściem do salonu, a przez niego do przedpokoju. Chciałam chwycić drzwi i uciec, ale uniemożliwiła mi to ściana ognia blokujące wejście. Pobiegłam do drugiego pokoju po telefon, wzywając straż pożarną.

- Pomoc już jedzie – usłyszałam od kobiety przyjmującej zawiadomienia. Nie mogłam już nic zrobić. Zostałam uwięziona. Przycupnęłam pod ścianą, czekając na ratunek.
*cztery minuty później*

Niall POV

Skręciłem ostatni raz i moim oczom już okazało się moje sąsiedztwo. Jednak coś było nie tak. Zajechałem pod dom, a moim oczom ukazała się straż pożarna, nasz dom stał w płomieniach. Wyszedłem z auta, i natychmiast podszedł do mnie jeden ze strażaków gaszących ogień.

- To pana dom?

- Tak.

- Może nam pan wyjaśnić, jak doszło do pożaru?

- Nie wiem. Nie było mnie tam, nie ja dzwoniłem… - urwałem, uświadamiając sobie okropną prawdę. – [T.I]!

Wyrwałem się z uścisku strażaka, który próbował mnie zatrzymać, gdy tylko poderwałem się do biegu. Chwyciłem w biegu jakąś kurtkę ochronną i wbiegłem do domu. Było tam gorąco, jak w piekle, ognie lizały moje ciało, gdy przebiegłem przez płomienie, które odgradzały wejście do mieszkania.

-[T.I]! [T.I]! – krzyczałem przeraźliwie, co chwila kaszląc, gdyż gryzący dom drapał moje płuca i nozdrza. Sprawdzałem po kolei każde pomieszczenie, kiedy usłyszałem ciche kaszlnięcie dobiegające z salonu. Była tam [T.I]. Leżała skulona w rogu, słaba, wycieńczona, co chwila kaszląc przez gryzący dym. Podbiegłem do niej i wziąłem na ręce, wracając z powrotem.

- Przepraszam – wyszeptała tylko. Po kilkunastu sekundach, które mijały jak wieczność, wyszliśmy w zimną noc, nabierając łapczywie tlenu. Położyłem ją na trawie w bezpiecznej odległości, obawiając się wybuchów z okna. Jak na zawołanie, z wnętrz buchnął dym, rozsadzając okno w kuchni.

Położyłem się obok niej i odpłynąłem.

*

Przejrzałam się w lustrze, delikatnie dotykając szram i lekkich poparzeń, które zostawił po sobie pożar. Czułam się jeszcze mniej atrakcyjna.

- [T.I], wszystko w porządku? – spytał Niall, stając za mną i kładąc mi dłoń na ramieniu. – Boli cię?

Potrząsnęłam głową, poczułam jak łzy wzbierają pod moimi powiekami, co nie uszło uwadze mojego chłopaka.

- O co chodzi? – spytał zmartwiony, odgarniając mi kosmyk z oczu.

- Jestem jeszcze mniej atrakcyjna niż wcześniej. Czemu ze mną jesteś? Jest tyle fanek, które… - nie dał mi dokończyć, gdyż obrócił mnie przodem do siebie i mocno przytulił.

- Dla mnie jesteś idealna. - po tych słowach zaczął mi cicho nucić swoją solówkę z „Little Things”

Nigdy nie będziesz kochać siebie w połowie tak mocno jak ja kocham ciebie
Nigdy nie będziesz traktować siebie odpowiednio, kochanie
Ale chcę, by tak było
Jeśli pokażę ci, że jestem przy tobie
Może będziesz kochać siebie tak jak ja kocham ciebie

Kompletnie się rozkleiłam, gdy zrozumiałam, jaki mam skarb przy sobie. Przytuliłam go jeszcze mocniej, nie chcąc już nigdy wypuszczać.
~by Julia

wtorek, 15 stycznia 2013

# 194 . Niall .

Dziś kolej Natalii, lecz wystąpiły u niej pewne problemy techniczne, dlatego ją zastępuję.
Przepraszam... Miałam napisać coś realistycznego, prawdopodobnego, a wyszło <znów> coś, czego należy się wstydzić. 
Imagin został napisany na podstawie pewnego pomysłu podsuniętego mi przez film pt.: "Listy do M.". 
Odrobine spóźniona tematyka. Przepraszam za 'naiwną miłość', choć ja wierzę w zauroczenia od pierwszego wejrzenia. ; )


Dzwonek wydał z siebie dobrze mi znany dźwięk, kiedy pchnąłem drzwi i wszedłem do ciepłego, przytulnie urządzonego wnętrza kawiarenki. Ludzie tłoczyli się przy ladzie, trudno było też znaleźć wolne miejsce przy stolikach poustawianych w rządkach wzdłuż boazerii. Puściłem klamkę i wolnym krokiem, rozpinając kurtkę, podszedłem do kontuaru i bez większego zainteresowania przyglądałem się wypiekom umieszczonym za szybką. Kolejka przede mną wolno przesuwała się wprzód, więc co chwila musiałem zmieniać obiekt zainteresowań.
Zadzwonił mój telefon. Wyciągnąłem aparat z kieszeni, a kiedy przeczytałem imię osoby, która zakłóciła mój czas wolny, z westchnieniem odebrałem.
- Słucham.
- Zayn zaprasza nas na nockę – rzekł bez większych ogródek Harry, a w słuchawce coś zaszeleściło. – Louis, do jasnej cholery, zostaw te gazety… To jak?
- Kiedy? – zapytałem, czyniąc krok naprzód.
- Z soboty na niedzielę. Będzie Liam, Dan, Perrie, ja i Lou też.
- Okej, wpadnę – potwierdziłem, po czym  pożegnawszy się i zamieniwszy ze Stylesem jeszcze kilka słów, rozłączyłem się.
Gwar i tłok, który panował w kafejce przyprawiał mnie o ból głowy, choć nie wiedziałem, czy to jedyny powód. Od siedmiu godzin nie miałem nic w ustach i przez to stawałem się drażliwy.
- Dzień dobry! W czym mogę służyć? – usłyszałem radosny dziewczęcy głos, więc podniosłem oczy.
Za ladą, w białym fartuszku, spod którego widać było niebieską bluzeczkę stała drobna dziewczyna o delikatnych rysach twarzy, z falowanymi brązowymi włosami okalającymi jej zarumienioną buzię. Zielone oczy błyszczały serdecznością, a malinowe usta, słodko rozchylone, ułożone były w piękny uśmiech, który aż się prosił o odwzajemnienie.
Poczułem ciepło zalewające mnie od środka. Cudowna, mała istotka uśmiechająca się do mnie spowodowała, że nagle w zatłoczonym pomieszczeniu zrobiło się gorąco, wręcz parno, ale i też jasno, jakby z nieba stąpił anioł.
- Cześć – wymamrotałem cicho, oblewając się rumieńcem. – Poproszę… Rurkę z kremem.
- Coś do picia? – spytała dziewczyna, mrugając do mnie jednym okiem i notując moje zamówienie w komputerze.
- Kawa.
- Na wynos? – i znów ten cudowny uśmiech.
- Nie, nie, na miejscu – zapewniłem ochoczo, po czym zapłaciłem, a kiedy jej delikatna dłoń otarła się o moją poczułem jakby prąd przeszywający moje ciało. Ktoś mi powie, co się ze mną dzieje?
- Rusz się człowieku – rozległ się burkliwy głos tuż za mną, a jego właściciel przepchał się przede mną i złożył zamówienie.
Balansowałem pomiędzy stołami szukając wolnego miejsca, kiedy pewna para wstała i zwolniła siedzenia w kącie sali. Zdjąłem kurtkę, przewiesiłem ją przez oparcie fotela i zapadłem się w nagrzane poduszki wpatrując się w cukierniczkę i czekając, aż ktoś przyniesie moje zamówienie. Niełatwo mi się do tego przyznać, ale miałem ogromną nadzieję, że to nieznajoma dziewczyna zza lady będzie dostawcą.
- Oto pańskie zamówienie.
Chłopak, może w moim wieku postawił tackę na stole i już zamierzał odejść, kiedy zagaiłem:
- Przepraszam, że pytam, ale możesz mi zdradzić imię dziewczyny przy ladzie?
Towarzysz spojrzał na mnie podejrzanie.
- To Tina – rzekł cicho, po czym oddalił się do kuchni, a ja popijając kawę i pałaszując rurkę wwiercałem się ciekawskim spojrzeniem we wspomnianą Tinę.
W kawiarence przesiedziałem godzinę, zbywając kelnerów. W końcu, gdy wskazówki mojego zegarka spoczęły na godzinie 6 po południu, wyszedłem z przytulnego pomieszczenia i udałem się w kierunku hotelu, by po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy, móc ruszyć  do mieszkania Zayna.
~*~
- Niall, co ci?
Odwróciłem gwałtownie głowę od okna, za którym wirowały płatki śniegu i wlepiłem niemrawe spojrzenie w Harry’ego. Podczas ruchu poczułem niemiłe ukłucie w okolicach kręgów szyjnych.
- Co?! A nic, nic, głowa mnie boli…
- No taaak… Wiem coś o tym…
Zagryzł wargi, żeby nie parsknąć śmiechem i posłał znaczące spojrzenie Zaynowi, na którego kolanach siedziała Perrie i próbowała ułożyć słowo ze swojej porcji literek, gdyż graliśmy w Scrabble, a ten wiedząc, co ma na myśli przyjaciel uśmiechnął się delikatnie i pomógł swojej dziewczynie.
- Boże, coście się tak na mnie uwzięli?! – jęknąłem i wstałem z dywanu, po czym poszedłem do kuchni, lecz zdążyłem jeszcze usłyszeć uwagę Stylesa.
- No, no… Nasz blondynek się zakochał!
- Odwal się, Harry! – krzyknąłem i zatrzasnąłem za sobą drzwi.
Długo nie mogłem cieszyć się samotnością, gdyż kilka minut później drzwi od jadalni otwarły się z cichym skrzypnięciem, a na panelach usłyszałem kroki.
- Harry, dajże mi święty spokój, głowa mi pęka… - zacząłem, ale cichy głos przyjaciela mi przerwał.
- To nie Harry, to ja.
Brunet usiadł naprzeciwko mnie i, oparłszy brodę na splecionych dłoniach, wlepił we mnie spojrzenie. Nie było ono natarczywe, ciekawskie, tylko przyjacielskie, pełne zaufania i skore do pomocy.
- Nie patrz tak na mnie – mruknąłem.
- Nie chcę cię do niczego namawiać. Możliwe, że kiedy się wygadasz…
- Harry miał rację. Zakochałem się.
Liam wpatrywał się we mnie przez chwilę z delikatnym uśmiechem. Wstał, obszedł stół i położył swoją rękę na moim ramieniu po czym powiedział ściszonym głosem:
- Jesteś Niall James Horan. Pokaż, na co cię stać. Sądząc po twojej minie, nie odwzajemnia twojego uczucia. Zawalcz o nią!
~*~
Usiadłem w tym samym miejscu, co dwa dni wcześniej. Znów tu była. Ty razem balansowała pomiędzy stolikami z okrągłą tacą na rękach, uśmiechając się przelotnie do klientów i roznosząc zamówienia.
Przeszła obok mnie, obdarzyła uroczym uśmiechem i ponownie wróciła do mojego stolika.
- Coś podać? – zapytała, chwytając tacę drugą ręką.
- Nie, nie, dziękuję, czekam na kogoś, ale ten ktoś się spóźnia – wymyśliłem byle pretekst.
- Na pewno nic pan nie chce? – upewniła się.
Skrzywiłem się na te słowa.
- Nie jestem ‘panem’, jestem Niall – przedstawiłem się, po czym ująłem jej dłoń, którą mi podała i wstając, złożyłem na jej wierzchu przelotny buziak. „Liam, bądź ze mnie dumny!” pomyślałem.
- Miło cię poznać – uśmiechnęła się jakby z nieśmiałością i spojrzała wymownie w stronę stolika, przy którym siedział mężczyzna w średnim wieku z denerwującą się córką. – Wybacz, obowiązki wzywają.
- Jasne, nie przeszkadzam – posłałem w jej stronę delikatny uśmiech, sięgnąłem po kurtkę i obwiązując się szalikiem wyszedłem na dwór.
Przez kolejne kilkanaście dni odwiedzałem kawiarenkę na tyle często, jak tylko pozwalały mi próby i nagrania. Zbliżały się święta, śnieg zaczynał coraz częściej zasypywać ulice, a bożonarodzeniowe ozdoby pojawiały się na latarniach, słupach, w wystawach sklepów… Święta były niemalże namacalne.
Jutro miałem udać się do Mullingaru, by pomóc mamie w przygotowaniach. Zależy, co kto rozumie pod ów „przygotowaniami” – jeśli wyjadanie potraw i tłuczenie bombek wiszących na choince, mógłbym uściskać dłoń temu człowiekowi.
Śnieg rozpadał się na dobre. Ogromne płatki wpadały mi za kołnierz, moczyły włosy, spływały roztopione po gorących policzkach. Kichnąłem i wydmuchałem nos w jednorazową chusteczkę, by mijając najbliższy kosz wrzucić ją do niego i, chowając rękę głęboko do kieszeni i naciągając na twarz szalik, móc udać się do ciepłego, przytulnego miejsca na kawę, ciągnąc za sobą walizkę.
Ponownie otworzyłem drzwi kawiarenki i z rozmachem opadłem na moje stałe miejsce, które, dzięki Bogu, nie było zajęte. Pociągając nosem i walcząc ze zdrętwiałymi z zimna rękami, ściągnąłem kurtkę, po czym podszedłem do kasy, przy której znów stała roześmiana brunetka. Raz kozie śmierć.
- Dzisiaj jest najgorszy dzień mojego życia. Jutro wigilia, a ja jestem przeziębiony, mam gorączkę, spóźniłem się na samolot, zakochałem się w tobie i nie mam żadnych prezentów dla rodziny – wymamrotałem, opierając się o blat. – Podwójne expresso proszę.
Dziewczyna spojrzała na mnie ze zdumieniem, po czym odłożyła notesik na biurko i odpowiedziała delikatnie:
- Przykro mi to słyszeć, może jeszcze złapiesz samolot i kupisz upominki dla najbliższych.
- Ale…? – dodałem, bo czułem, że w jej wypowiedzi tai się drugie dno.
- Ale… Stoisz przed moim narzeczonym.
Otworzyłem szeroko oczy i odwróciłem głowę. Rosły osiłek wlepiał we mnie rozjuszone spojrzenie. Nie trwało to długo – chwilę później leżałem na brudnej od roztapiającego się śniegu ziemi z piekącą od uderzenia szczęką, a zimna woda wsiąkała w moją koszulę i spodnie dając ukojenie dla rozgrzanego organizmu.
Usłyszałem śmiech. Perlisty odgłos niósł się delikatnym echem pomiędzy gwarem klientów, a moment później czyjaś dłoń, niespodziewanie łagodna, miękka i ciepła ujęła moją i pociągnęła w górę.
- Zanim usłyszałam twoją opowieść myślałam, ze to ja mam najgorszy dzień mojego życia – zachichotała dziewczyna wykręcając brzeg mojej koszuli i posyłając mi radosny uśmiech. – Zawsze mogło być gorzej.
Odwzajemniłem gest, mimo że żuchwa bolała mnie niesamowicie. Nieznajoma była miła, słodka i taka radosna. Nie sposób było nie nazwać jej chochlikiem.
- Nie żartuj. Co gorszego mogło mnie spotkać? – zakpiłem, dotykając delikatnie obolałego miejsca. – Właśnie dostałem w twarz od narzeczonego dziewczyny, którą kochałem, mam ponad 39 stopni gorączki, a pozostałe loty do mojego domu zostały odwołane przez złe warunki atmosferyczne.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wyjęła z kieszeni płaszczyka dwie chusteczki, namoczyła je w zimnej wodzie w umywalce znajdującej się trzy metry od nas i wróciwszy, przyłożyła je do mojej brody. Spojrzała mi prosto w oczy.
- Są święta. Magia jest wszechobecna, trzeba tylko uwierzyć. – Delikatny uśmiech rozjaśnił jej twarz.
Położyłem swoją dłoń na jej, którą przyciskała delikatnie do mojej twarzy. Nie odsunęła się. Może miała rację? Wpatrywałem się w ledwie widoczne pieprzyki na jej policzkach i piegi, którymi naznaczony był jej kształtny nosek. Pełne wargi, które rozchyliła w nieśmiałym uśmiechu, przygryzła, a duże, niebieskie oczy przykrywała po części grzywka.
Odwróciłem lekko twarz, po czym spojrzałem w okno. Śnieg ledwie prószył,  wystawy jaśniały blaskiem lampek choinkowych, a ludzie mijający się na ulicy pozdrawiali się, z uśmiechem życząc sobie wesołych świąt. Zaczynało się ściemniać, na niebie można było dostrzec ostry kontur księżyca przypominający rogalik i migoczące wokół niego setki gwiazd.
Przeniosłem spojrzenie ponownie na nieznajomą. Wolną dłonią ścisnęła lekko moją rękę.
- Może masz rację. Święta są magiczne.


~ by Klara.

Za tydzień <środa> imagin się nie pojawi, z powodu spraw osobistych.