Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszyscy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wszyscy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 lutego 2013

# 213 . Wszyscy; Louis .


Prompts od Klaudii: miało być dużo akcji, szpiegów, trochę nie wyszło, ale mam nadzieję, że się spodoba x


- Idźcie za mną, ale nie odzywajcie się - zakomenderował Liam, przykładając sobie palec do ust, a drugą ręką machał w naszą stronę, pokazując, abyśmy szli za nim. Cała nasza piątka ruszyła za brunetem, trzymając pistolety w górze, gotowi strzelić w każdej chwili. Weszliśmy do środka muzeum, gdzie przed chwilą zniknęły cztery postacie z kominiarkami na głowach. Nasze ciemne ubiory także nie rzucały się w oczy, a podeszwy tłumiły odgłos kroków w pustym, na pozór, pomieszczeniu. Na pozór, bo w tej samej chwili usłyszeliśmy strzał, skierowany w Zayna, stojącego nieopodal mnie i chowającego sie za filarem. Na szczęście pocisk minął go o cale, ale on sam nie pozostał dłużny, oddając strzał w stronę, z której chwilę wcześniej ktoś strzelił. Usłyszeliśmy cichy jęk, co świadczyło o tym, że został trafiony. Zapadła cisza, by po chwili została przerwana przez postać, która wyłoniła się z tarasu w środku pomieszczenia, strzelając na oślep karabinem. Schowaliśmy się każde z nas za innym filarem, przeczekując i wstrzymując oddechy. Kiedy zapadła głucha cisza, wyskoczyliśmy wszyscy nieświadomie w tym samym momencie i poczęliśmy strzelać także na oślep, jednak celując w to samo miejsce. Dwie osoby oddawały strzały co jakiś czas, jednak niecelne.
Zaczęłam się właśnie zastanawiać, gdzie podziała się pozostała dwójka, kiedy ktoś objął mnie za szyję ramieniem, przytrzymują nóż tuż przy moim gardle.  
- Co, już nie jesteś taka waleczna? - Usłyszałam kobiecy, kpiący głos.
- Nie oceniaj po pozorach - wydusiłam przez zęby, uderzając ją łokciem w brzuch i oswabadzając się. Nóż spadł na ziemię, szybko go chwyciłam i tym razem role się odwróciły. To ja przystawiałam go jej do krtani, śmiejąc się: - I co teraz?
Była przerażona, ale nie jestem mordercą, więc tylko zakułam jej ręce w kajdanki, sprawdzając jak radzi sobie reszta. Pozostało tylko dwóch. Jeden z nich walczył z Zaynem i Niallem, a drugi z resztą. Dołączyłam do blondyna i mulata, aż w końcu po minucie zakuliśmy go w kajdanki, zmuszając by leżał na ziemi. Ostatni z nich też został już zakuty w kajdanki, aż usłyszeliśmy syrenę policyjną.
- Na nas czas - odezwałam się, a chłopcy przytaknęli. Zostawiliśmy złodziei, a sami uciekliśmy tylnym wejściem.
*
- Kolejna dobra robota - pochwalił nas Paul, nasz szef. - Te gagatki wylądowały już w więzieniu. Ale jak na razie, mamy kolejną sprawę.
Podał nam kartkę ze szczegółami, którą wzięłam, jako że byłam na środku. Chłopcy skupili się wokół mnie, zaglądając mi przez ramię. Przebiegliśmy tylko wzrokiem po tekście, a potem popatrzyliśmy po sobie i tylko kiwnęliśmy głowami.

Prompts od Martyny na podstawie piosenki chłopców: „I Would”: też nie do końca wyszło, ale chyba nie jest najgorzej x 

- No świetnie - mruknąłem sam do siebie, szczelniej otulając się szalikiem - Jeszcze tylko deszczu tu brakowało.
I w rzeczy samej, gdy tylko wypowiedziałem to zdanie, z nieba poczęły spadać krople deszczu, które z lekkiej mżawki zaczęły się przeradzać w ulewę. Kiedy dotarłem do szkoły, byłem już cały przemoczony, kichając. Kiedy szedłem w kierunku frontowych drzwi do budynku, ujrzałem kątem oka tak dobrze mi znane czarne Porshe. Zwolniłem trochę kroku, nie spuszczając wzroku z pojazdu. Po chwili drzwiczki się otworzyły i wyszedł z nich Tom Parker, szkolna gwiazda futbolu, przemądrzały typ, który uważał że wszystko mu wolno. Jednak nie było to najgorsze. Z siedzenia pasażera wysiadła Emma. Śliczna, mądra, miła dziewczyna, w której podkochiwałem się już od dwóch lat, jednak ona uparcie zdawała się mnie nie zauważać. Widziała tylko Toma, który według niej był idealny, i który był jej chłopakiem od miesiąca. Jednak ona zdawała się nie zauważać, jaki naprawdę jest. Właśnie ją objął i równym krokiem weszli do szkoły, mijając mnie i nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem. Tylko Emma odwróciła się jeszcze w moją stronę, zanim zniknęła w środku.
*
Wpisałem kod do szafki, jednak zanim zdążyłem ją otworzyć, obok mnie zjawił się Harry - mój najlepszy przyjaciel.
- Co tam, Lou? - Spytał radośnie, pogryzając jabłko. Wzruszyłem ramionami.
- To co zwykle. Tom zachowuje się jakby był pępkiem świata, a Emma nadal się do mnie nie odezwała. Choć odwróciła się w moją stronę, wchodząc przed szkołę.
- Wow, to już coś. - Zaśmiał się brunet, a ja posłałem mu mordercze spojrzenie.
- Wiesz, jak z nami jest.
- A raczej czego nie ma. - Ponownie się zaśmiał, jednak wiedziałem, że życzy mi jak najlepiej. Poklepał mnie po ramieniu i już się nie odezwał. Ja za to otworzyłem szafkę, i niemal natychmiast odskoczyłem, kiedy z jej wnętrza wylało się mnóstwo bitej śmietany. Momentalnie ludzie na korytarzu zaczęli się śmiać, wytykając mnie palcami. Na drugim końcu korytarza zauważyłem Toma i jego kumpli, którzy wskazywali na mnie i głośno się śmiali, przybijając sobie piątki. No tak, mogłem się domyśleć. Nagle ktoś przebiegł koło mnie, dotykając pleców, i pobiegł dalej korytarzem, wykrzykując:  
- Frajer!
Harry bez słowa odczepił karteczkę z moich pleców, podając mi ją.
"Kopnij mnie"
- Posprzątasz to - usłyszałem za sobą głos i stanąłem twarzą w twarz z woźnym, który bez słowa podał mi wiadro z chemikaliami, a do drugiej ręki wpakował szmaty.

*

W piątek po moim ostatnim dzwonku, szybko pożegnałem się z Harrym, umawiając się z nim na później  i wybiegłem ze szkoły, chcąc uniknąć jeszcze spotkania z Tomem i jego bandą. Gdy wyszedłem na słoneczny dziedziniec, ruszyłem w stronę bramy wejściowej, kiedy mój wzrok przykuło coś innego. Jakaś samotna postać siedziała kilka metrów ode mnie na murku, skryta w cieniu drzew. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby ta osoba nie płakała i nie miała brązowych włosów do ramion, które poznałbym wszędzie. Emma. Nie zważając na mijający mnie tłum, ruszyłem w  jej stronę. Czy to nie będzie dziwne, kiedy całkiem obcy jej człowiek podejdzie do niej i zagada? Kiedy byłem na tyle blisko, że mogłem jej dotknąć, już byłem pewny, że to ona i że z jej oczu płyną łzy.

- Wszystko w porządku? – natychmiast zganiłem się w myślach za to pytanie. Płacze, więc jak mogłaby czuć się w porządku? Podniosła na mnie wzrok i spróbowała się uśmiechnąć, lecz bardziej wyszedł jej z tego grymas.

- Tak, jasne. – otarła ręką łzy, a ja przysiadłem się do niej.

- Wiem, że się nie znamy i pewnie nawet nie znasz mojego imienia, ale jeśli potrzebujesz rozmowy, mogę cię wysłuchać.

- Louis. – tylko tyle powiedziała, a moje serce podskoczyło. A więc jednak znała moje imię. Powstrzymałem się od uśmiechu, wiedząc że nie byłby on stosowny do sytuacji.

- Tak –potwierdziłem tylko. – Więc…? Chcesz pogadać?

- Znasz Toma Parkera? – spytała po kilku chwilach. „Jakże mógłbym nie znać”, rzekłem sarkastycznie  w duchu. – Chodziliśmy od miesiąca, ale on… Moja przyjaciółka powiedziała mi, że widziała go, jak się całuje z inną, więc z nim zerwałam, a on nawet nie wiedział co powiedzieć! Zamurowało go! Nawet się nie wytłumaczył. Naprawdę go lubiłam.

- Cóż, rozstania zawsze bolą. – zapadła chwilowa cisza, w której dało się tylko słyszeć ciche pociągania nosem Emmy. Bez słowa podałem jej chusteczkę, którą z wdzięcznością przyjęła. – Chodź.

Wstałem i podałem jej rękę, na co ona zdziwiona spojrzała na mnie.

- Nie bój się, nic ci nie zrobię – zaśmiałem się. – Chcę ci tylko poprawić humor. – po chwili wahania ujęła moją dłoń, uśmiechając się lekko, a ja poczułem przyjemne łaskotanie w okolicy brzucha. Wzięła swoją torbę, a ja poprowadziłem ją tam, gdzie lubiłem przebywać. Tam, gdzie dziś miałem spędzić czas z nią.
~by Julia

czwartek, 10 stycznia 2013

# 191. Wszyscy .


Popłakałyście sobie w tym tygodniu za sprawą trzech smutnych imaginów dziewczyn, jednak ja mam inny zamiar ;)



Wsunąłem na bose stopy kapcie, owijając się szczelniej kocem i ostrożnie z kubkiem herbaty w rękach ruszyłem do salonu, chwytając drugą ręką pilota, włączając telewizor. Ekran rozbłysnął i po chwili dało się zauważyć jakąś wielką scenę i dwóch prowadzących na niej. Oboje wystrojeni, próbujący rozbawić publiczność na dole, przy okazji zapowiadając kolejny występ.

Serio? Będę spędzać Sylwestra przed telewizorem? Ja? Zayn Malik? A niech to! To będzie najgorszy Sylwester w moim życiu. Pierwszy taki i mam nadzieję, że też i ostatni.

W milczeniu, przerywanym jedynie dźwiękami piosenek, popijając herbatę, leżąc na kanapie w salonie pod kocem, w duchu przeklinałem Perrie. A może bardziej jej managera? W końcu to on w ostatniej chwili zebrał ją i resztę zespołu i kazał lecieć do Ameryki, żeby, jak to określił, 'usłyszał o nich większy świat'. A miało być tak pięknie. Romantyczna kolacja, następnie spacer na rynek, skąd moglibyśmy oglądać fajerwerki. Pierwszą godzinę właśnie tak przesiedziałem, nie robiąc niczego niezwykłego. Dopiero kilka minut po 21 usłyszałem ciche pukanie do drzwi mojego apartamentu. Niechętnie wstałem z miejsca i powlokłem się, by otworzyć intruzowi.

- Louis? Niall? Co wy tu robicie? Nie mieliście być…?

Nie dane mi było dokończyć, gdyż bez zbędnych ceregieli wparowali do środka. Louis podążył za Niall’em, a w jego rękach zauważyłem dwie butelki alkoholu. Sylwestra zamierzali spędzać z dwoma butelkami? To chyba jakieś kpiny.

- Chyba masz coś w domu, prawda? - Z zamyśleń wyrwał mnie młodszy z nich, jakby czytając w moich myślach.

- Hoho, ty się tak nie rozpędzaj - zganił go Tomlinson.

- Dobrze, mamo - przewrócił oczami blondyn, a po chwili oboje wybuchli gromkim śmiechem.

- Powiecie mi co wy tu robicie? – przerwałem im tą wesołą paplaninę.

- Jak to co? Ratujemy cię od najnudniejszego Sylwestra w twoim życiu – oparł Horan, jakby to było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem, jednocześnie rozglądając się po kuchni, zapewne w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Już miałem zamiar otworzyć usta, gdy ubiegł mnie Lou.

- Od razu odpowiadam na wszystkie twoje pytania. Zamierzałem spędzić Sylwestra z Eleanor, jednakowoż… - Jedna… Co?! – Jednakowoż w ostatniej chwili w drodze do jej domu, zmieniłem zdanie. Nie uśmiechało mi się spędzanie Sylwestra na kanapie, tak jak ty to miałeś zamiar uczynić – wskazał znacząco na jakiś głupi program, który nadal leciał w tle oraz koc i kubek na stole. Z lekka zawstydzony, chwyciłem pilota i wyłączyłem nadajnik. – Z Eleanor czy bez, zrozumiałem coś, chłopcy. – Zrobił pauzę dla większego efektu.- Nie chcę już z nią być.

- Co?! – wykrzyknęliśmy zdumieni jednocześnie z Niallem. Blondyn o mało nie zakrztusił się jedzeniem, które właśnie połykał. Natychmiast do niego podbiegłem i klepnąłem go kilka razy mocno po plecach. Nie tego się spodziewaliśmy.

- Więc zadzwoniłem do niej i skłamałem, że się źle czuję. Jakoś udało mi się ją przekonać, że nie potrzebuję jej opieki i w ten oto sposób zadzwoniłem do Nialla. – wskazał na czerwonego na twarzy blondyna, który właśnie uspokajał oddech. – Wiedziałem, że nie miał żadnych planów, więc właśnie montujemy ekipę.  Dzwoniliśmy do Liama i Harry’ego, ale Liam właśnie szaleje w klubie, a Harry nie odbiera.

- Ale skąd wiedzieliście, że tu będę? Przecież przy ostatniej rozmowie mówiłem wam, że razem z Perrie zamierzamy coś zaplanować.

- Drogi przyjacielu, a od czego jest Twitter? – zaśmiał się brunet, podchodząc do mnie i obejmując mnie ramieniem. – Jeśli nie chciałeś, aby świat wiedział, że Sylwestra spędzisz na kanapie w domu i to na dodatek sam, nie trzeba było tego publikować. – posłał mi ciepły uśmiech. No, tak. Może pisanie na Twitterze moich żalów nie było najmądrzejsze. Jednak dzięki temu, teraz przynajmniej nie byłem sam.

- Sorry, chłopcy, ale jeśli chcecie się napić, to musimy skoczyć do sklepu. W barku nie mam nic. – usłyszałem zawód jęku, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.

- Cześć, mogę wejść ? – Harry stał na progu drzwi, lekko się uśmiechając. – Cześć Lou i Niall.

- Dzwoniliśmy do ciebie – rzekł z wyrzutem Niall.

- Wiem, nie słyszałem, przepraszam. – posłał im obojgu przepraszające spojrzenie, a po chwili już śmiali się z czegoś innego.  

- A mogę wiedzieć, co ciebie tu przywiało? – spytałem, jednak wcale nie żałując jego przyjścia.

- Nudna impreza, tyle. To nie to samo, co z wami. – wzruszył ramionami, a widząc nas zakładających kurtki, zreflektował się. – Och, wychodzicie gdzieś? – wyraźnie posmutniał.

- Idziemy po więcej piwa, bo ten głąb się nie zaopatrzył – odparł Louis, wskazując głową na mnie.

- Ej! – udałem obrażonego, usłyszawszy to nadane mi przezwisko, jednak po chwili parsknąłem śmiechem. – Idziesz z nami? – spytałem.

- A nie będę wam przeszkadzał? – skulił się w sobie, a ja wręcz nie mogłem w to uwierzyć. I chyba nie tylko ja. Cała nasza trójka podeszła do loczka, obejmując go ramieniem.

- Cholera, jesteś naszym przyjacielem. Jak możesz w to wątpić? – spytał Louis, co skutecznie przekonało Styles’a, bo już po chwili uśmiechał się promiennie, ukazując swoje rozkoszne dołeczki w policzkach. Już mieliśmy wychodzić, kiedy ktoś gwałtownie wtargnął do mieszkania, otwierając tak mocno drzwi, iż te uderzyły o ścianę. W progu stał kompletnie zalany w trupa Liam z dwoma butelkami wina w rękach.

- Ma-macie może ocho-o-tę na wino? – spytał, uśmiechając się do nas lekko nieprzytomnym wzrokiem, czkając co jakiś czas. Pokręciliśmy tylko głowami, wyprowadzając go na zewnątrz i zamykając za sobą drzwi.



Doszliśmy do jakiegoś supermarketu, który nadal był czynny, mimo nadchodzącego Sylwestra i dość późnej pory.  W końcu gdzieś trzeba było kupić alkohol, czyż nie?

Każde z nas rozdzieliło się między półkami. W sklepie nie było prawie nikogo, nie licząc kilku pojedynczych wyjątków. Jednak i oni szybko wybyli, zostawiając nas prawie samych. Udaliśmy się wszyscy do kasy, oprócz Liama, który chyba zamierzał nie płacić i bezceremonialnie ruszał do wyjścia z dwoma butelkami w rękach, które już były otwarte. Pociągał z każdej z nich na przemian łyka, co nas zamurowało. Czy to na pewno on? Sprzedawca jednak prawie natychmiast rzucił się w jego kierunku, chcąc go zatrzymać, lecz chybił i upadł na podłogę, a brunet, jakby nieświadomy tego, wyszedł przez automatyczne drzwi na zewnątrz. Harry posłał sprzedawcy przepraszający uśmiech, zostawił na ladzie pięćdziesiąt funtów i natychmiast wybyliśmy stamtąd, chcąc uniknąć nieprzyjemnych sytuacji.

Payne szedł po ulicy radosnym i tanecznym krokiem, popijając z obu butelek na raz, omal nie wpadając pod auto, kiedy chciał przejść przez przejście. Na szczęście, my nie wypiliśmy tak bardzo jak on, więc natychmiast dopadliśmy go, odciągając na bezpieczną odległość od jezdni.

- Wiecie co? – odezwał się Louis. – Wiem chyba, gdzie możemy pójść.



Po kilkudziesięciu minutach przedzierania się przez jakieś krzaki i busze, dotarliśmy na jakieś kompletne pustkowie. Wokół nie było nic, tylko jakieś tory, zapewne nieużywane od lat.

- Gdzie jesteśmy? – zadał pytanie Niall, które chyba każdemu z nas cisnęło się na usta.

- Wiem, gdzie jesteśmy – odezwał się loczek, wpatrując się dookoła, jakby z niedowierzaniem. – Zabrałeś mnie tutaj, kiedy znaliśmy się zaledwie kilka miesięcy.

Tomlinson z uśmiechem pokiwał głową.

- Wierzcie mi, że stąd widok na fajerwerki jest najlepszy, a z tego co wskazuje mój zegarek… - zrobił pauzę, zerkając na swój lewy nadgarstek. – Za trzydzieści minut już nowy rok.

Tak więc usiedliśmy pośrodku tej nicości, popijając to, co kupiliśmy, albo raczej to, czego omal nie ukradliśmy. Parsknąłem śmiechem przypominając sobie „akcję” Liama i machinalnie spojrzałem na niego. Nie odzywał się, zresztą żadne z nas nic nie mówiło, ale gdy złapał mój wzrok, uśmiechnął się tylko i położył głowę na moim ramieniu. Bez słowa objąłem go i pocałowałem w policzek. Chyba zaczęło mu oddawać, i zaczął znów stawać się sobą.

- Ej, a ja to już nie? – udał obrażonego Niall, marszcząc śmiesznie czółko. Zaśmiałem się, przyciągając go do siebie.

- No, chodź tu. – Zadowolony wtulił się w mój tors. W milczeniu oczekiwaliśmy na nowy rok, a po chwili już wspominaliśmy wszystko to, co zdarzyło się w minionym – 2012. Zauważyłem, że także Louis i Hary wtulili się w siebie. Louis leżał spokojnie między nogami Styles’a, opierając się o jego tors. Co chwila wybuchaliśmy głośnym i niepohamowanym śmiechem, starając się nie wspominać tych smutniejszych chwil. W końcu nadszedł czas wielkiego odliczania. Wstaliśmy, obserwując miasto z oddali i głośno wykrzykując:

- Cztery! Trzy! Dwa! Jeden!

Fajerwerki wybuchły istną eksplozją kolorów. Od czerwonego, zielonego do samego niebieskiego, białego, granatowego. Głośno klaskaliśmy, mimo iż i tak oprócz nas nie było tu nikogo. Składaliśmy sobie nawzajem życzenia, piliśmy, tańczyliśmy do piosenki Calvina Harrisa, którą puścił z telefonu Louis i…

Tak, to był zdecydowanie najlepszy Sylwester w moim życiu.
~by Julia

czwartek, 13 grudnia 2012

# 182. Wszyscy .


Krótki, ale myślę że o wiele lepszy niż poprzedni imagin.

Piosenka: <klik>

-------------

Poprawiliśmy wszyscy nasze kołnierzyki od marynarek. Madison Square Garden już od dawna było naszym marzeniem, dlatego styliści starannie dobrali nam stroje, ubierając nas w białe koszule, czarne lub granatowe spodnie i do tego pasujące marynarki. Pamiętałem, jak jeszcze dwa lata temu moim największym marzeniem było wystąpić tutaj. Poczuć tą wyjątkową magię i energię tych wszystkich artystów, którzy wcześniej przed nami tu występowali. To ogromny zaszczyt. Każdy z nas był zdenerwowany i każdy z nas radził sobie ze stresem jak tylko mógł. A przynajmniej próbował. Ustawiliśmy się w szeregu za kulisami, słysząc skandowania naszych fanów. Braliśmy głębokie wdechy, by po chwili z głośnym świstem wypuścić powietrze z płuc. Spocone dłonie dzierżące w dłoniach mikrofony, poruszanie głowy na boki, mające na celu choć na trochę rozluźnić ciało. Wielkie odliczanie do 5, po czym wyskoczyliśmy na scenę, natychmiast zaczynając piosenką "Live While We're Young". Skakaliśmy po całej scenie, próbując złapać jak najlepszy kontakt z fanami. Dawaliśmy z siebie 110 %. Piosenka się skończyła nie wiadomo kiedy, a wtedy Zayn zbliżył mikrofon do ust, głośno sie witając.

- Witajcie! - wykrzyknął, przeciągając specjalnie ostatnie sylaby. To krótkie słowo wywołało istną burzę pisków i okrzyków wśród naszych fanek. - Nawet nie wiecie jaki to zaszczyt i radość móc występować na tej scenie. Od małego oglądaliśmy występy naszych idoli, największych artystów, występujących na tej samej scenie, po której stąpamy teraz my. I zobaczcie jaki tłum tu przyszedł ! - Wyciągnął rękę do przodu, wskazując na zebrany w dole tłum ludzi, powoli przesuwając ręką z lewego rogu do prawego. – Wiem, że się powtarzamy, ale chcemy wam serdecznie iż całego serca podziękować. To dzięki wam jesteśmy w tym miejscu życia, gdzie jesteśmy. Kocha…

Zamarł, gdyż jego słowa zagłuszył strzał. Ktoś strzelił z pistoletu, panika została rozsiana. Na początku nie rozumiałem co się dzieje, dopiero widok reszty chłopców klęczących nad Zayn'em pozwolił mi zrozumieć prawdę. Zayn został postrzelony podczas naszego koncertu. Ktoś z widowni postrzelił Zayn'a.        

O  B O Ż E.

Ludzie zaczęli uciekać, piszcząc i krzycząc wniebogłosy. A ja stałem tam, jakby przytwierdzony stopami do podłoża. Nagle Harry upadł obok Zayn'a nieprzytomny. Na scenę wkroczyli sanitariusze i ochrona, odciągając ich ciała za kulisy. Louis cofał się przerażony tyłem do widowni. Nagle stopami wyczuł krawędź sceny, ale było za późno. Zachwiał się i upadł na twardą podłogę wśród rozpierzchającego się tłumu. Liam stał przerażony, próbując go ratować, ale miotał się z miejsca na miejsce, jednocześnie odprowadzając sanitariuszy za kulisy niosący ich ciała. Ciała moich przyjaciół. Nie wiedziałem czy przeżyją. Stałem tam i krzyczałem wniebogłosy, dając upust łzom, które zostawiały gorące ślady na moich policzkach. Ale nikt nie mógł mnie usłyszeć. Każdy martwił się o siebie. Nie wiem czemu, ale nagle ogarnęła mnie myśl, że tylko Liam wyjdzie z tego cało. Że i ja zaraz padnę nieprzytomny, martwy. Ta klatka jest za ciasna dla pięciu ptaszków, czterech z nich musi wyfrunąć. W końcu osunąłem się na kolana. Nikt mnie nie słyszał.



Obudziłem się zlany zimnym potem, gwałtownym ruchem podrywając swe ciało do pozycji siedzącej. Rozejrzałem się po ciemnym pomieszczeniu, gdy moje oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Wstałem z łóżka, podchodząc do okna. Mimo, że był środek nocy, śnieg nadal padał, okrywając wszystko białą pierzyną. Nadal głośno i ciężko oddychając, starłem wierzchem dłoni ślady łez z moich policzków. To był tylko zły sen, tylko koszmar, wmawiałem sobie. Taki realistyczny, taki prawdziwy. Ale Madison Square Garden mieliśmy już dawno za sobą. Nasz występ skończył się już kilka godzin temu. Ale musiałem się upewnić. Inaczej nie potrafiłbym zasnąć ponownie.

Na palcach przeszedłem przez korytarz, nie chcąc budzić reszty domowników. Otworzyłem pierwsze drzwi, wchodząc do sypialni Harry'ego. Brunet spał smacznie, cicho pochrapując.

- Harry - wyszeptałem, potrząsając nim lekko. - Harry, obudź się. - Wymruczał parę niezrozumiałych słów, ale w końcu otworzył powieki, gdyż zauważyłem błysk białka jego oczu w ciemności. Podniósł się do pozycji siedzącej, przecierając oczy.

- Niall? Co się dzieje? - Zaskoczony, nie zdążył dokończyć, gdyż z całej siły przytuliłem go do siebie, wtulając głowę w zagłębienie jego szyi. Plus bycia niższym. Odwzajemnił mój uścisk, lecz widziałem jak bardzo był zszokowany, jednak nie odezwał się ani słowem.

- Dobranoc, kocham cię. - powiedziałem, zanim wyszedłem z pokoju, zamykając za sobą drzwi i udając się do reszty chłopców. Z każdym z nich przytuliłem się, powtarzając jak mocno ich kocham. Po ostatniej nocnej wizycie u Liama, wróciłem już spokojny do siebie. To nieznośne uczucie, które mi towarzyszyło, zniknęło, zostawiając dziwną błogość i spokój w sercu.

 ~by Julia

czwartek, 11 października 2012

# 157 . Wszyscy .


 Piosenka: <klik>
-----------
- Cześć, Boo Bear. Tu Niall. Mam nadzieję, że dobrze się bawisz na wakacjach. Szkoda, że nie mogliśmy pojechać z tobą, ale mam nadzieję, że niedługo się spotkamy. Do usłyszenia i rychłego zobaczenia. – odłożył słuchawkę, wracając do przerwanej czynności. Gotował właśnie obiad, kiedy nagle pomyślał, że może zadzwoni do Louis’a. Louis przebywał akurat na wakacjach, więc nie odbierał telefonu, ale kto by go o to obwiniał? Człowiek na wakacjach chce odpoczywać. Dlatego to właśnie Niall robił teraz obiad. Zawsze zajmował się tym Tomlinson, ale skoro go nie było, ktoś musiał się tym zająć. W garnku zaczęło wrzeć, więc pospieszył się z krojeniem warzyw na desce. Kalafior, seler, koperek, marchewka.
Przeklął pod nosem, kiedy zaciął się nożem. To przez te głupie łzy wzbierające w oczach. Ignorując coraz głośniejsze bulgotanie wody, osunął się na podłogę. Nóż upadł tuż koło niego. Krew spływała po jego ręku, a łzy kapały na podłogę, zostawiając mokre ślady.
*
- Dzień dobry. Chciałbym to wysłać. – przesunął pod okienkiem kopertę.
- Priorytetem czy zwykłym?
- Priorytetem poproszę. – podczas gdy kobieta naklejała znaczki, Liam wyciągnął portfel, a z niego banknot pięciofuntowy. Kobieta przyjęła list, wydała mu resztę. Wyszedł z budynku, gdzie znajdowała się poczta i ruszył wolnym krokiem wzdłuż ulicy. Samochody przejeżdżały koło niego, a on wszedł na krawężnik, próbując iść po nim, utrzymując równowagę. Zaśmiał się. Przypomniało mu to Louisa, który często tak robił. Właśnie wysłał do niego kolejny list. Miał nadzieję, że przeczyta je wszystkie, kiedy wróci od rodziny. Równie dobrze mógłby mu to wszystko opowiedzieć, kiedy by wrócił, ale nie mógł opanować natłoku myśli, musiał to wszystko zapisywać, żeby potem o niczym nie zapomnieć, dlatego uznał, że listy będą akurat. Oby tylko nie pękła skrzynka od nadmiaru kopert, zmartwił się.
*
- Cześć, jesteście? – krzyknął od progu Zayn. Zobaczył Nialla jedzącego samotnie przy stole.
- Cześć, obiad już gotowy. Liam jest na górze, zaraz zejdzie.
Zayn usiadł koło niego. Zauważył, że Niall nakrył na stole dla pięciu osób. Nikogo to nie dziwiło. W końcu Louis mógł w każdej chwili przyjść do domu. Codziennie rano, kiedy jeszcze spali, wychodził gdzieś na miasto i wracał dopiero wtedy, kiedy ich czwórka spała. I tak w kółko. Zawsze robił to tak cicho i bezszelestnie, aby ich nie zbudzić. Może dziś się w końcu pokaże? Zszedł Liam, usiadłszy na swoim stałym miejscu, naprzeciwko nich.
- Harry’ego jeszcze nie ma? – blondyn pokręcił głową. Jednak ledwie to zrobił, drzwi się otworzyły i do środka wszedł loczek.
- Cześć. Musiałem wyjść na chwilę. – ściągnął płaszcz i usiadł koło Liama. I tak każde z nich wiedziało, gdzie był. Codziennie tam chodził i przesiadywał godzinami.
W czasie obiadu rozmawiali głównie o tym, jak im minął dzień i jak zamierzają spożytkować jeszcze tych kilka godzin, które zostały, zanim zapadnie zmrok.
- Chciałbym się przejechać samochodem. – wtrącił Zayn.
- Ale nie wracaj po nocy. I pamiętaj zapiąć pasy, okej? – Liam uważnie popatrzył na przyjaciela. Ten wzruszył ramionami, obojętnie mieszając łyżką w zupie.
- Jasne.
Po obiedzie wsiadł do auta, zapinając uprzednio pasy, jak poprosił go Liam. Włączył radio, w którym leciał jakiś rzewny utwór. Jechał, w ogóle się nie zatrzymując, dopóki nie dotarł na miejsce. Opuszczona polana przy lesie, która była sporych rozmiarów. Idealna na naukę jazdy samochodem.
Stał tam, jak zawsze. Oparty o drzewa, ubrany w bluzkę w paski, z rękami w kieszeniach czerwonych spodni. Nonszalancki, spokojny, radosny. Jak zawsze. Zayn uśmiechnął się na jego widok, wysiadając z auta.
- To zaczynamy naukę. Tylko nie zapomnij zapiąć pasów.
*
Kiedy Harry dotarł na miejsce, przystanął. Zatrzymał się na chwilę wpatrując się w granitowy blat. Bez słowa położył na nim zeszyt* i odszedł, nie odwracając się już więcej.
*
Niall dotarł w końcu na miejsce. Stary dom Louis’a, gdzie mieszkał sam, zanim wprowadzili się do wspólnego mieszkania kilka tygodni temu. Nie był jeszcze wystawiony na sprzedaż, ale na szczęście Niall miał klucze. Otworzył drzwi. Wszystko wyglądało zupełnie tak samo, jak kilka tygodni temu, kiedy był tu po raz ostatni. Nawet na podłodze leżały jeszcze porozrzucane buty. Poszedł prosto do salonu, nawet nie zdejmując butów i kurtki. Klucze rzucił na komodę. W salonie także nic się nie zmieniło. Ta sama plama w tym samym miejscu na fotelu, której nikomu nie chciało się uprać. Koszulki przewieszone przez oparcie fotela. Kubek z wystygniętą już herbatą, który stał na małym stoliku pośrodku pokoju. I telefon stacjonarny. To go interesowało.
Nacisnął guzik koło słuchawki. Wydobył się przeciągły dźwięk, po czym usłyszał swój własny głos:
- Cześć, Louis. Tu Niall. Tak sobie pomyślałem, że może jak wrócisz, to pójdziemy razem na kręgle, co? Dawno nie byliśmy w kręgielni.
Kolejny przeciągły pisk, który obwieszczał następną wiadomość.
- Hej, Lou. To znów ja, Niall. No, wiesz. Ten denerwujący, wszystkożerny Irlandczyk z twojego zespołu. – śmiech. – Tak dzwonię, bo pomyślałem sobie, że to już dwa tygodnie, odkąd jesteś na wakacjach. Kiedy wracasz? Tęsknimy.
Pisk.
I kolejna wiadomość. Jego głos na nagraniach, które odczytywała właśnie poczta głosowa, był jakiś sztuczny, nienaturalny. Jakby to nie on wypowiadał te słowa. Radosny, żartujący. Tylko, że jemu wcale nie było teraz do śmiechu. Po raz kolejny tego dnia, osunął się na podłogę i zaczął płakać.
*
Kilkanaście minut po tym, jak dom opuścił Niall, kolejna osoba tu zawitała. Liam Payne także miał zapasowe klucze. Louis dorobił kiedyś im wszystkich klucze do swojego mieszkania, które teraz i tak stało puste, ale jakoś nikt nie miał siły, ani ochoty go sprzedawać. I tak nie były im teraz potrzebne pieniądze z jego ewentualnej sprzedaży.
Zanim wszedł do środka, otworzył skrzynkę na listy która, jak się spodziewał, pękała w szwach. Dziesiątki kopert, wszystkie z jego imieniem i nazwiskiem jako nadawcy. Wszystkie z imieniem i nazwiskiem Louis’a, jako odbiorcy.
Wszedł do domu z naręczem listów w ręku. Od razu po zamknięciu drzwi, udał się do salonu, rozpalając ogień w kominku. Usiadł przed nim po turecku i rozdarł pierwszą z brzegu kopertę.
„Drogi Lou,          
U nas nic ciekawego. Wszystko po staremu, a jednak i tak jest jakoś smutniej i ciszej bez ciebie. Pozdrów rodzinę. Liam.”
Uśmiechnął się, nadal wczytując się w tych kilka linijek tekstu, po czym nadal z uśmiechem na twarzy rozdarł ją na pół i wrzucił do powoli rozpalającego się ognia w kominku. Wziął do ręki kolejny list.
„Drogi Lou,
Dzisiaj wybraliśmy się z chłopakami do sklepu. Jak zwykle spędziliśmy tam prawie całe popołudnie, bo Zayn nie potrafił się zdecydować na jedną z koszul. W końcu i tak wziął obie, a ze sklepu wyszedł z pięcioma. Poszliśmy następnie do McDonalds’a. Zgadnij czemu? Tak, Niall zgłodniał.
Obecnie siedzę u mnie w pokoju i przysłuchuję się kłótni na dole. Harry i Niall zabierają sobie pilota, nie mogąc się zdecydować na jeden program. Słyszę ciszę. Zayn coś do nich mówi. No, tak. Znów wspomina twoje imię, co natychmiast ich ucisza.
Widzieliśmy dziś w centrum mnóstwo dziewczyn ubranych w czerwone spodnie, bluzkę w paski i szelki. Oczywiście, nie miały skarpetek. Spodobałyby ci się. Wracaj do nas prędko.
Tęsknimy, Liam.”
Rozdarł ją, tak jak poprzednio i wrzucił do spalenia w kominku. Po kolei otwierał koperty, czytał je i wrzucał do kominka. Kiedy skończył, wpatrywał się w zajmujący listy ogień. Nagle zaczął się śmiać, jak jakiś szaleniec. Nie wiadomo kiedy, po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Bynajmniej nie ze śmiechu. Szaleniec. Jego histeryczny śmiech zaczął powoli przemieniać się w głośną histerię, wstrząsaną potężnymi falami szlochu. Histeryczny płacz. Potraficie to sobie wyobrazić? Jakby ktoś wyrwał mu połowę serca, a drugą zostawił tylko po to, by cierpiał.
*
Zaśmiał się, jakby ktoś właśnie opowiedział mu bardzo dobry dowcip. Bo tak w zasadzie było. Po tym, jak Louis opowiedział mu żart, śmiał się przez jeszcze dobre pół godziny, kompletnie nie mogąc się skupić na jeździe. I tak nikt tędy nie jeździł, więc nie stanowił zagrożenia dla innych pojazdów. Śmiał się jeszcze przez kilka minut, łzy leciały mu strużkami, brzuch zaczął boleć, ale nadal trwał w tej przyjemnej ekstazie. Starł kciukiem łzy i głośno odetchnął, próbując się uspokoić.
- Oj, Louis…
Zapadła cisza, przerywana tylko jego miarowym oddechem. Miło było choć przez chwilę zapomnieć o tym wszystkim, zatracić się we wspomnieniach. Bo wystarczył tylko jeden rzut okiem na siedzenie pasażera koło niego, by ponownie powrócił do rzeczywistości. A co ujrzał? Pustkę. Powietrze. Nicość.
Louis’a tam nie było. Już od dwóch tygodni.
*
„Chłopcy się oszukują. Widzę to, mimo iż oni sądzą, że tak nie jest. Dla nich to normalne. Niall codziennie zostawia wiadomości na poczcie głosowej, a potem sam je odsłuchuje. Liam dzień w dzień chodzi na tę przeklętą pocztę i wysyła dziesiątki listów, które potem i tak sam odczytuje. Zayn już od dwóch tygodni jeździ na polanę w lesie, zachowując się, jakby nic się nie zdarzyło. Jeździł tam razem z Louis’em już od kilku tygodni, kiedy to tamten uczył go jazdy samochodem. Teraz on zamienia się rolami. Louis stracił prawo jazdy, więc on uczy jazdy jego. Proste? Nie dla mnie. Myślą, że tego nie widzę, podczas gdy wiem o tym wszystkim, mimo iż prawie całymi dniami nie ma mnie w domu. Chodzę tam codziennie, przesiadując godzinami, mimo iż to i tak niczego nie zmieni. Nie cofnie czasu.
Pamiętam, jak to było jeszcze kilka lat temu. Czasem wieczorami, kiedy nie mogłem spać, opowiadał mi różne niestworzone rzeczy, które zawsze ogromnie mnie bawiły, ale dzięki którym zasypiałem. 
**Powiedział: mam zamiar kupić to miejsce i je spalić
Mam zamiar pogrzebać je.
Powiedział: mam zamiar kupić to miejsce i przyglądać się, jak upada,
A ty stój przy mnie wśród walących się ścian.
Mam zamiar kupić to miejsce i podpalić je
Stać tu, dopóki nie spełnię wszystkich
pragnień twego serca.
Ponieważ mam zamiar kupić to miejsce
i patrzeć, jak płonie
I zrobić mu to samo, co ono zrobiło tobie

Powiedział: mam zamiar kupić broń i rozpętać wojnę
Jeśli powiesz mi coś, o co warto walczyć.
Mam zamiar kupić to miejsce
tak, jak mówiłem
I zrzucić całą winę na uderzenie krwi do mózgu.
Powiedział: mam zamiar kupić to miejsce
i wysadzić je w powietrze.
Spotkaj mnie na drodze,
Spotkajmy się tam, gdzie mówiłem
I zrzućmy winę za wszystko na dopływ krwi do mózgu.
Na początku śmiałem się z tych niestworzonych historyjek, ale potem, kiedy zastanowiłem się nad głębszym ich znaczeniem, nie wydały mi się tak zabawne. W każdym bądź razie zawsze przy nich usypiałem. Słyszałem jeszcze tylko jego przytłumiony głos i czułem, jak bawi się moimi włosami. Zawsze tak robił, kiedy mu się nudziło albo kiedy był zdenerwowany.
Więc czemu potem zaczęliśmy się od siebie oddalać? Zdawaliśmy się być najlepszymi przyjaciółmi na dobre i na złe. Więc czemu? Tylko Bóg zna odpowiedź, jeśli on w ogóle istnieje. Zaczynam poddawać w wątpliwość jego istnienie. Gdyby istniał, nie dopuściłby do tego. Nie obwiniam nikogo, tylko…
Prawda jest taka, że za Tobą tęsknię.
Chłopcy wmawiają sobie, że a to wyjechałeś na wakacje, a to do rodziny, a to w ogóle zachowują się tak, jakbyś nadal tu był. Ale prawda jest inna.
Louis Tomlinson odszedł z zespołu i już nigdy nie wróci. Dlaczego?”
Louis Tomlinson. Urodzony 24.12.1991r. Zginął w wypadku samochodowym 11.02.2011r.
***„Nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości.”

*tym zeszytem jest pamiętnik Harry’ego. Zostawił go na grobie Louis’a. Ostatni akapit tego imaginu to właśnie jeden z wpisów Harry’ego do swojego pamiętnika.
**Przetłumaczony tekst piosenki Coldplay „A rush of blood to the head”
*** Jim Morrison
~by Julia