poniedziałek, 13 maja 2013

# 234. Niall.

Pamiętam…
Jeszcze te kilka ostatnich chwil spędzonych w Twoim towarzystwie. Pamiętam dokładnie każdą minutę. Widzę Twoje podkrążone oczy, a Twoja tęczówki nie dają takiego blasku, nie widzę w nich radosnych iskierek.
Mówią, że oczy są odzwierciedleniem naszej duszy.
Jeśli to prawda, to byłeś wrakiem. Twoja egzystencja nie była pusta, pozbawiona jakichkolwiek dóbr. Byłeś wartościowym, niezniszczonym człowiekiem. Miałeś przyjaciół, rodzinę, mnie. Wierzę, że byłeś dla mnie idealny. Nadal jesteś. Kochanie ja nadal trzymam Cię w sercu. Nadal rozpamiętuję Twoją stratę. Nadal czuję ból. Nadal nie umiem się pogodzić z tym, co zaszło.
Jak co dzień w Londynie padał deszcz. Wróciłam z pracy, rozłożyłam mokre ubrania na ciepłym kaloryferze i położyłam się na wygodnej sofie. Po chwili podniosłam się z niej i usiadłam na parapecie.  Spoglądałam tęsknie w okno. Wypatrywałam Twojej sylwetki, pośród ludzi spieszących się do domów i zasłaniających swoje głowy gazetami, tym samym próbując uchronić się przed kroplami deszczu. Oparłam głowę o ścianę i westchnęłam z rezygnacją. Kolejny raz się spóźniałeś. Nie miałam Ci tego za złe. Wiedziałam jak wiele poświęceń wymaga Twoja praca. Usłyszałam trzask drzwi. Momentalnie uniosłam się w górę i wyprostowałam jak struna. Spojrzałam w stronę, z której dochodził hałas. Stałeś tam Ty, cały mokry i czerwony ze złości. Wolno do Ciebie podeszłam i przytuliłam Cię. Nie zwracałam uwagi na to, że pomoczysz mi suche ubrania. Potrzebowałeś mojej bliskości. Zadarłam głowę w górę i spojrzałam w Twoje błękitne oczy.
- Co się stało? – zapytałam z troską i pogłaskałam Cię delikatnie po policzku.
- Wyjeżdżamy w trasę – burknąłeś w moją stronę i z Twojego policzka spłynęła jedna łza, a za nią potoki świeżych, których nie hamowałeś. Spojrzałam na Ciebie ze smutkiem w oczach. Wiedziałam, że nie chcesz jechać, że najchętniej zostałbyś tutaj, w Londynie. Nie potrzebowałeś mi tego mówić, Twoje oczy zdradzały wszystko.
- Będzie dobrze – pocieszyłam Cię. Przenieśliśmy się z rozmową do kuchni. Usiadłeś na stołku i ukryłeś twarz w dłoniach.
- [T.I.]!  nic nie będzie dobrze! – wykrzyknąłeś wściekły – wyjeżdżamy jutro. O 10 mamy samolot.
Spojrzałam na Ciebie z niedowierzaniem i osunęłam się po ścianie. Nie rozumiałam czemu chcą mi Cię zabrać tak nagle. Czemu nie powiedzieli mi nic wcześniej? Czemu to ukrywali? Wyszłam z kuchni i wróciłam do salonu. Zajęłam moje stałe  miejsce i tak jak przed Twoim przyjściem usiadłam na parapecie.
- Przepraszam – usłyszałam Twój cichy szept nad moim uchem. Odwróciłam się wolno w Twoją stronę i złożyłam długi pocałunek na Twoich ustach.
-  To w końcu Twoja praca- rzekłam i poszłam na górę.
Jeszcze czuję smak Twoich ust na moich. Czuję ich delikatną fakturę, miękkość, pełny kształt. Uwielbiałam Twoje długie pocałunki, którymi pokazywałeś jak bardzo Ci na mnie zależało.
- Zadzwonisz? – spytałam się i zaglądnęłam w Twoje oczy. Widziałam w nich ból.
- Obiecuję -  uśmiechnąłeś się blado i po raz ostatni mnie pocałowałeś. Wylewałam potoki łez, moczyłam Twoją świeżą koszulkę i na końcu patrzyłam jak odchodzisz w stronę hali odlotów. Bałam się o Ciebie.
Wróciłam do domu rozkojarzona i zmęczona. Poszłam się umyć. Zrobiłam sobie kolację i usiadłam w salonie, na kanapie. Włączyłam telewizor. Przełączałam kanały aż w końcu natrafiłam na wiadomości. Kiedy usłyszałam ich treść zemdliło mnie. Prezenter opowiadał  o młodym, brytyjsko –irlandzkim boys bandzie , którego samolot rozbił się niedaleko lotniska we Frankfurcie. Jedzenie, które przed chwilą zjadłam podskoczyło mi do gardła. Cały czas tliła się we mnie nadzieja, że to tylko nieudolny żart. Dopiero, gdy mój telefon się r0zdzwonił, przekonałam się, że to nie żart. Po odebraniu pierwszego połączenia i rozmowie z moja przyjaciółką aparat wypadł z mojej ręki, a ja zaniosłam się szlochem. Pobiegłam na górę i szybko wpakowałam do małej walizki najpotrzebniejsze rzeczy.  Cały czas nie docierało do mnie co się tak naprawdę stał. Strzępki informacji, bałagan i mętlik w głowie. Samolot, 12:37 , katastrofa, Frankfurt, śmigłowiec, szpital, Londyn, sala operacyjna. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam do najbliższego i największego szpitala w Londynie. Wybiegłam jak poparzona z auta i sprintem dobiegłam do Twojej Sali.
Jeszcze mam ten obraz. Nadal Cię widzę. Takiego smutnego, chorego, poranionego, pod tą aparaturą, tysiącem kabli i urządzeń. Tak bardzo chciałam się z Tobą zamienić. Skrócić Twoje cierpienie. Gdybym mogła przejęłabym je na siebie.
Pielęgniarka wskazała mi Twoją salę. Po chwili już tam byłam. Trzymałam Cię za rękę. Na chwilę otworzyłeś oczy, wtedy zauważyłam jaki zmęczony i wycieńczony jesteś. Odgarnęłam Twoje jasne włosy z czoła i spojrzałam na Ciebie. Uścisnąłeś lekko moją dłoń i wyszeptałeś:
- Kocham Cię.
Twoje piękne oczy powoli się zamykały. Aparatura zaczęła piszczeć, lekarze przybiegli do Sali, wyprosili mnie z niej. Słyszałam krzyk pielęgniarek, sanitariuszy. Po chwili lekarz wyszedł z Sali i smutnym głosem oznajmił mi:
- Bardzo mi przykro – wypowiedział tą znaną regułkę i odszedł zostawiając mnie samą. To były ułamki sekund, kiedy straciłam wszystko.  Patrzyłam tępym wzrokiem w białą ścianę, i osuwałam się powoli na podłogę.  Schowałam twarz, podkuliłam nogi i pozwoliłam łzom  cieknąć.
Jeszcze widzę Ciebie jak przez mgłę. Chciałabym wrócić do tych momentów, kiedy mnie denerwowałeś, albo kiedy próbowałeś tej swojej miny zbitego psa, by wyłudzić ode mnie kanapkę. Niall, Niall.
Twój pogrzeb. Nie chciałabym go pamiętać, nie chciałabym go nawet wspominać. Moje wspomnienia są tak niewyraźne, jak rysunek namalowany przez pięcioletnie dziecko.
Weszłam do Kościoła, ubrana na czarno. Z bukietem czerwonych róż. Takie jak kochałeś. Pamiętam jak mi powtarzałeś, że na swoim pogrzebie chciałbyś mieć właśnie takie kwiaty. Wtedy śmiała się z Ciebie. Pamiętasz? Nie wierzyłam, że umrzesz wcześniej ode mnie. To stwierdzenie było tak paradoksalne.
Z kamienną twarzą usiadłam w ławce, koło Twojej mamy. Kobieta ledwo się trzymała. Wstrząsały nią spazmatyczne drgawki i nieopanowany szloch. Na środku Kościoła stała Twoja trumna, w której leżałeś. Była otwarta, tak, by każdy mógł się z Tobą pożegnać. Podeszłam wolno do brązowej trumny. Byłeś ubrany w czarny garnitur, w ręce trzymałeś czerwoną różę. Pochyliłam się nad Tobą, spojrzałam na Ciebie. Miałeś zamknięte oczy, Twoje usta były sine, a ciało zimne jak kamień. I dopiero wtedy do mnie dotarło. Że już nigdy się nie zaśmiejesz, nigdy już nie spojrzę w te Twoje piękne, błękitne jak bezchmurne niebo oczy. Nigdy nie dotknę Twoich idealnych włosów, a moje wargi nigdy już nie złączą się z Twoimi. Z moich oczu zaczęły wyciekać łzy, kapały na mój płaszcz. Nie mogłam ich powstrzymać. Twój brat odciągnął mnie od trumny. Nie mogłam pogodzić się z Twoim odejściem, byłam jak otumaniona. Patrzyłam na ołtarz i starałam się w nim doszukać czegoś, co zwróciłoby moją uwagę. Zadzwoniły dzwonki, tym samym wybijając mnie z transu. Ksiądz odmówił modlitwę, przeprowadził mszę. Nadszedł czas. Od tyłu weszli jacyś mężczyźni  w czarnych szatach. Podnieśli wieko i powoli ustawili je na trumnie. Patrzyłam na nich oszołomiona. Chciałam do nich podbiec, powiedzieć, że Ty się zaraz obudzisz. Chciałam ich prosić, żeby mi Cię nie zabierali. Po raz kolejny zatrzymał mnie Twój brat. Jego żona wzięła mnie w objęcia i tuliła  jak małe dziecko. Wyszliśmy z Kościoła, a gdy tylko Twoja trumna przekroczyła próg Kościoła z nieba lunął deszcz. Przez myśl przemknęło mi zdanie, które wypowiadała moja mam za każdym razem, gdy ktoś umierał. Ktoś ważny. „ Pan Bóg płacze kochanie.” Może to i racja?  Szłam za Księdzem i przez cały czas pochodu mój wzrok był wbity w trumnę. W Twoją trumnę. Ułożyli ją na podeście i powoli spuszczali do wcześniej wykopanego dołu. Chciałam krzyczeć. Krzyczeć, że są głupi, że Ty tutaj jesteś, że przecież Ty zaraz wstaniesz i rzucisz mi się w ramiona. Ale to i tak nic by nie dało. Twoja trumna została ułożona w grobie. Rzuciłam bukiet róż do dołu. Tęsknym wzrokiem patrzyłam w tamtą stronę. Wiesz jaką miałam ochotę wskoczyć tam do Ciebie? Jak bardzo pragnęłam znaleźć się koło Ciebie?
Jeszcze czuję smak Twoich ust, ostatni pocałunek jak przez mgłę. Czuję Twoje silne ramiona otulające mnie, gdy było zimno. W których czułam się bezpiecznie. W których chciałam budzić się codziennie, zasypiać i umierać. Chciałam słyszeć Twój delikatny głos usypiający mnie jak najpiękniejsza kołysanka. Chciałam byś już zawsze grał mi na gitarze i obdarowywał mnie swoją miłością. Nie wiem dlaczego, ale zawsze myślałam, że będziemy nieśmiertelni. Że nic nie będzie w stanie nas rozdzielić. Dzisiaj przypominam sobie słowa Księdza:
Dzieci! Śmierć niczego nie zmienia. To okres przejściowy. Każdy ma zadanie, tutaj na Ziemi.  Każdy musi je wypełnić. Jeśli to zrobi będzie spełniony, jeśli nie, Bóg daje mu kolejną szansę. Nie lękajcie się. Pomyślcie, że nasi bliscy, którzy odeszli na tą drugą stronę, czują się lepiej. Człowiek chce wiedzieć wszystko, znać odpowiedź na każde pytanie. Śmierć jest niewytłumaczona, dlatego tak bardzo jej się boimy. Nie jesteśmy nieśmiertelni, ale jaki sens miałoby życie, gdyby kończyło się wraz ze śmiercią? Jaki? Żadnego. Dlatego życie na Ziemi to tak naprawdę przedsmak życia. Życia wiecznego.  Zapamiętajcie. Cokolwiek by się działo, nie smućcie się. Bądźcie silni, nie dajcie się przestraszyć. Śmierć chce Was zniszczyć, bo wie, że w starciu z dobrem nie ma szans. Nie pozwólcie jej wygrać.
Miał rację. Dzisiaj, kiedy codziennie przychodzę na Twój grób, kochanie,  potrafię siedzieć godzinami, płakać i użalać się nad losem. Ale zawsze zanim pójdę do domu, dziękuję Bogu, że pozwolił mi poznać czym jest prawdziwa miłość, jak bardzo w życiu jest ważna i dziękuję losowi, że na mojej drodze postawił Ciebie.
Na zawsze w moim sercu, Niall. Kocham Cię, [T.I.]
______________________________________________
Na dzisiaj żegnam się z Wami na 3 tygodnie. Za tydzień wyjeżdżam na wycieczkę do Londynu, więc to jasne, że nie będę miała czasu napisać czegokolwiek, a do tego dochodzi jeszcze szkoła i oceny, które wyglądają cóż  nie za ładnie. Jeszcze jedna prośba. Czy jest tutaj jakaś uzdolniona i kochana dziewczyna albo nawet więcej, która mogłaby zrobić mi szablon i nagłówek do mojego opowiadania. Z Harrym zaznaczam:) Zgłaszajcie się tutaj : agacia1805@gmail.com



~by Agata.

wtorek, 7 maja 2013

# 233. Louis.


- A pamiętasz, kiedy…
kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy?
To było wczesną jesienią, słońce wisiało wysoko nad horyzontem. Otworzyłam drzwi szkoły, a ty je popchnąłeś. Chciałeś wyjść, ja natomiast miałam w planach odwiedzenie sekretariatu. Nerwowo ustępowaliśmy sobie drogi, chcąc, by to drugie przeszło pierwsze. Zakończyło się to wybuchem śmiechu i wyminięciem się w dużo bardziej wyważony sposób.
- Jestem Louis – przedstawiłeś się, wyciągając ku mnie dłoń, którą ujęłam i szczerząc się w szerokim uśmiechu.
- [T.I.] – odrzekłam, odwzajemniając gest.
- Jesteś nowa, tak?  - zapytałeś, chowając ręce do kieszeni spranych spodni.
Pamiętasz, kiedy chodziłam za tobą krok w krok, pytając o nauczycieli, uczniów, pracowników szkoły? Gdy bałam się, że nie przypadnę ludziom do gustu, będą mną pomiatać? Wtedy mnie pocieszyłeś, nie pozwoliłeś mi tak myśleć, bo nie sądziłeś, że ktoś tak nieszkodliwy jak ja mógłby komukolwiek ‘zaleźć za skórę’.
… kiedy spędzaliśmy ze sobą czas?
- O 4 u mnie! – krzyknąłeś, wbiegając do swojego domu.
Zaraz po lekcjach gnałam do mieszkania, prędko odrabiałam lekcje, pochłaniałam obiad i biegłam na spotkanie z tobą. Nie wyobrażałam sobie popołudnia bez twojego towarzystwa, byłeś jak mój brat, którego los mi poskąpił. Mimo, że na dworze dokuczał mróz, biegaliśmy po parku, rzucaliśmy się w fałdy śniegu, zdobiąc je odciskami naszych ciał i śmiejąc się z całokształtu dzieła. Później przeklinaliśmy ten szczeniaki pomysł, jako że śnieg topniał na nas, pozostawiając nasze ubrania przemoczone.
Ale było wspaniale. Było wspaniale spędzać z tobą godziny, dni, miesiące, lata.
… kiedy byliśmy obok siebie w trudnych chwilach?
Do tej pory pamiętam zapach miętowej herbaty, który roznosił się po całym moim mieszkaniu, kiedy leżałam w salonie pod płachtami kołdry, drżąc z zimna. W telewizji leciała jakaś durna telenowela, którą przekładał na nasz język lektor, a jego głos zaczynał mi już porządnie działać na nerwy. Biegałeś pomiędzy kuchnią a salonem, kursując z nową gorącą herbatą, przynosząc mi termometr, leki, nowe okłady na gorące czoło. Z tobą nawet choroba była niestraszna, którą, na marginesie, nabywałam dzięki twoim, o zgrozo, genialnym pomysłom. Wiedziałeś, że nie lubiłam siedzieć bezczynnie i nawet z czterdziestostopniową gorączką zajmowałeś mnie grą w ‘Bingo’.  Ledwie mówiłam, gdyż moje gardło dawało mi się porządnie we znaki, jednak potrafiłam wydrzeć się na ciebie, kiedy oszukiwałeś grając w karty.
… kiedy pomagaliśmy sobie nawet z błahymi problemami?
- Nigdy nie polubię matmy – jęczałeś, rzucając długopisami, gdy dokuczał ci układ równań.
Siedziałam z tobą wieczorami, tłumacząc ułamki, funkcje, czy twierdzenie Pitagorasa, co zaskutkowało dobrą, końcoworoczną oceną z tego przedmiotu. Rozbawiałeś mnie, kiedy by się upewnić sprawdzałeś, ile to 1+1, gdy w wypracowaniu z angielskiego celowo przekręcałeś słówka, chcąc wyrwać mnie z otępienia, bawiąc się w grę słowną. Udowodniłeś, że nadajesz na tych samych falach co ja, co jest nie lada wyczynem.
… kiedy działałeś mi na nerwy?
- Nie idę z tobą do żadnego kina – cedziłam dobitnie słowo po słowie i obserwując, jak na twoją twarz wpływa grymas rozczarowania.
Miewałam dni, które potrafiłam przesiedzieć na parapecie w swoim pokoju, słuchając muzyki, nie odzywając się do nikogo. Często chciałeś się wtedy ze mną rozerwać, proponując kino, kręgle, nawet centrum handlowe. Wszystko, byleby nie siedzieć w czterech ścianach.
… kiedy wspierałam cię w twoich decyzjach?
If ever there was a doubt
My love she leans into me
This most assuredly counts
She says most assuredly*
Twój głos toczył się echem po moim mieszkaniu, kiedy robiłam herbatę. Żartowałeś, że wybierzesz się do XFactora, zrobisz międzynarodową karierę, weźmiesz mnie ze sobą, kiedy pojedziesz na światowe turnee…
- A dlaczego nie? – spytałam któregoś wieczora, dopijając herbatę.
Nieomal rozlałeś resztę swojej, słysząc moje pytanie.
Nie wierzyłeś w swoje możliwości, kto wie, może nie chciałeś w nie uwierzyć. Wałkowaliśmy ten temat wiele razy, za każdym razem powtarzałam to samo, a ty za każdym razem mnie wyśmiewałeś. Śpiewałeś dla mnie, dla siebie, dla swojej rodziny. Mówiłam ci, żebyś się otworzył. Nie chciałeś.
Do czasu.
… kiedy pomogłam spełnić ci twoje marzenia?
- No idź – szepnęłam, popychając cię w stronę sceny, mocno zaciskając kciuki. Zauważyłam, jak twoje pięści bezwiednie zacisnęły się na mikrofonie podanym przez jednego z mężczyzn odpowiadających za obsługę techniczną. – Wierzę w ciebie.
Spojrzałeś na mnie z obawą, mocno zestresowany. Stanąłeś w wyznaczonym polu na środku sceny, przedstawiłeś się komisji i odprężyłeś się, kiedy z głośników zaczęła płynąć delikatna melodia. Śpiewałeś, zapominając, że stoisz przed tysiącem ludzi. Byłeś w swoim niebie.
… kiedy mnie zostawiłeś?
Pierwsze tygodnie spędzone w XFactorze, coraz rzadsze telefony… Zapomniałeś o mnie. Stałam się dla ciebie starą znajomą, kimś, kto nie był na tyle prestiżowy, by mógł zadawać się z Louisem Tomlinsonem, będącym u szczytu kariery. Pamiętasz? Byłam na każde twoje zawołanie. Przychodziłam do ciebie nawet o 3 w nocy, tłumaczyłam lekcje, pocieszałam, byłam jak siostra.
- Ale tego już nie ma. Nie ma naszej przyjaźni, wspólnie spędzonego czasu. To minęło.
Nie zmieniłam wyrazu twarzy. Odwróciłam się tylko na pięcie i zostawiłam cię pośrodku placu. Tego nie ma. Twój proszący wyraz twarzy tego nie zmieni, oczy pełne bólu już na mnie nie działają. Ja czułam ten ból przez ponad dwa, długie lata. Te chwile nie wrócą. Odszedłeś z własnej woli.
“Tak bardzo się boję, że przyjdzie dzień, gdy już Ciebie nie zobaczę,
że znikniesz jak każdy, kto był dla mnie ważny.”
* The Fray – Look After You


~ by Klara.

poniedziałek, 6 maja 2013

# 232. Zayn. część 4.

Spakowałam swoje rzeczy, wrzucając wszystko do jednej walizki i nie zawracając sobie głowy, by poskładać ubrania. Rodzicom zostawiłam kartkę, że wyjeżdżam do Londynu i zamieszkam w naszym domu. Pewnie i tak się nie przejmą. Zamówiłam bilet na najszybszy lot do Londynu. Nie chciałam tu zostawać. Miałam dość spore oszczędności, liczyłam też, że rodzice się dołożą do mojej edukacji gimnastycznej, którą miałam zamiar kontynuować. Postanowiłam, że nie pójdę do szkoły, by pożegnać się z panią Brooks. Bałam się, że wtedy mogłabym pęknąć. Dać za wygraną, że poddałabym się i została. A to była ostatnia rzecz, na którą mogłam sobie teraz pozwolić.
Wyszłam z domu, kierując się do taksówki zaparkowanej przy naszej posesji. Mój telefon był wyłączony, więc żadne sygnały o tym, że ktoś się martwił nie docierały do mnie. Taksówkarz wkładał moje liczne walizki do bagażnika, kiedy usłyszałam krzyki:
- [T.I.]! Nie możesz! – obejrzałam się za siebie i zobaczyłam Zayn’a. Nie, nie, nie tylko nie to. Tylko nie on.
- Możemy odjeżdżać? – zwróciłam się do kierowcy, wsiadając do samochodu. Już miałam zamknąć drzwi, gdy poczułam silne szarpnięcie  i ręka Mulata nie pozwoliła mi wykonać tego banalnego ruchu.
- Zayn, nie proszę. Nie utrudniaj mi tego – spojrzałam na Niego błagalnie, a w jego oczach dostrzegłam smutek.   
Zawiodłam po raz kolejny.
- Nie wygłupiaj się, zostajesz. Nie jedziesz nigdzie – powiedział twardo i spróbował wyciągnąć mnie z auta. Wyrwałam się i zatrzasnęłam drzwi. Otworzyłam okno i szepnęłam ciche:
- Kocham cię Zayn.
Taksówka ruszyła z piskiem opon. Podniosłam się na siedzeniu i odwróciłam w tył. Mulat uderzył ręką w mur domu, stojącego niedaleko. Upadł na kolana i schował twarz w dłonie.
Znowu ranię. Ranię tych, których kocham.
Wyszłam z taksówki i ruszyłam w stronę wejścia na lotnisko. Odebrałam zamówiony bilet i przedostałam się przez tłum podróżnych do bramek. Miła stewardessa przystemplowała świstek papieru i pokazała palcem na drzwi, które prowadziły do samolotu. Słyszałam kroki za sobą, odwróciłam się, by sprawdzić kto to. Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam starszą kobietę, mającą na oko z 60 lat. Uśmiechnęła się w moją stronę. Odwzajemniłam  niewyraźnie gest i odwróciłam się tyłem. Weszłam do samolotu. Kolejna młodziutka stewardessa pokazała mi moje miejsce, które od razu zajęłam. Podała mi wodę, jakieś przekąski i słuchawki, dzięki którym mogłam słuchać muzyki, nie zakłócając spokoju innych. Spojrzałam na nią z wdzięcznością.  Niedługo później na miejscu obok usiadła ta sama kobieta, którą widziałam w ślimaku prowadzącym do samolotu. Usadowiła się wygodnie w fotelu i wyciągnęła  książkę, którą z zapałem zaczęła czytać. Wzbiliśmy się  w górę i już po chwili szybowaliśmy w powietrzu, niesieni  przez ogromny samolot. Wyciągnęłam telefon, który uruchomiłam i weszłam w skrzynkę odbiorczą. W niej było 28 nieodebranych wiadomości. Westchnęłam ciężko. Otworzyłam pierwszą lepszą i zaczęłam czytać
Czemu uciekasz? Nie rób tego, proszę. Za bardzo cię pokochałem, by teraz odpuścić. Znajdę cię. Kocham cię, Zayn.
Niema łza spłynęła po moim policzku. Bolało. Jak cholera.  Nie chciałam go zostawiać, nie chciałam. Ale wierzę, że tak będzie lepiej. Znajdzie sobie jakąś dziewczynę, którą pokocha i która będzie na niego zasługiwała.  Bo ja na pewno nie zasługiwałam. To nigdy nie powinno mieć miejsca. Nigdy nie powinnam obdarzyć go czuciem większym niż nienawiść.
 Nigdy.
Kolejne łzy spływały po moich policzkach. Nie zatrzymywałam ich, nie chciałam, by przestały lecieć. Potrzebowałam ich słonego smaku na moich ustach, piekącego bólu na  policzkach, spływających po moich ustach kropel, dających namacalne uczucie ulgi. Nie potrafię. Nie chcę. Nie umiem. Boję się.
Czego? Nienawiści.
- Kochanie wszystko dobrze? – usłyszałam zmartwiony głos kobiety siedzącej obok mnie.
- Tak. W jak najlepszym porządku – wykrzywiłam usta w małym grymasie, który miał przypominać uśmiech, ale chyba mi nie wyszedł, bo kobieta patrzyła na mnie z politowaniem.
- Sprawy sercowe? – zagadnęła niby od niechcenia.
- Tak – moja odpowiedź znów zaliczała się do kilku sylab, wypowiedzianych przez potoki łez.
- Chłopak nie był tego wart – spojrzała na mnie pokrzepiająco.
- Ja nie byłam warta jego – wyjąkałam i zaniosłam się jeszcze większym płaczem.
- Słoneczko, wszystko będzie dobrze – zapewniła mnie, chociaż nie miała pojęcia w jakim bagnie jestem – Jeśli kochasz go, a on kocha ciebie ułoży się. Pamiętaj prawdziwa miłość przetrwa wszystko.
Jej słowa dały mi otuchy, których potrzebowałam. Może nie było to coś specjalnego, ale moje oczy przestały krwawić  z bólu. Ciało ogarnęły zimne dreszcze, a głowa spoczęła  na zagłówku fotela.  Ogarnęło mnie uczucie stanu nieważkości i myślami przeniosłam się do wnętrza swojej duszy.  Moje myśli krążyły w otchłani pełnej linii, kresek i innych dziwnych zjawisk. Czułam jak zagłębiam się sama w sobie, odkrywam strony których jeszcze dotąd nie znałam. Moje serce wybija równy, miarowy rytm, który dopełnia spokojny oddech. Zszargane nerwy zagoiły się, ale blizny zostały.
- Halo, proszę pani – poczułam  ukłucie w bok, otworzyłam leniwie jedno oko, potem drugie. Kiedy odzyskałam ostrość widzenia, uniosłam głowę wyżej i dostrzegłam młodą dziewczynę stojącą nad moją głową. Nie wiedziałam gdzie jestem, głowa bolała mnie niemiłosiernie. W końcu przypomniałam sobie wszystko i ślamazarnym ruchem wstałam z wygodnego fotela.  Odebrałam od stewardessy mój bagaż i ruszyłam w stronę postoju taksówek. Zatrzymałam jedną i pokazałam adres domu, w którego stronę zaczął kierować się mężczyzna. Kiedy zauważyłam fasady dużej willi, zatrzymałam kierowcę, zapłaciłam i ruszyłam w stronę wielkich drzwi. Tyle wspomnień. Pamiętam, kiedy byłam mała i przyjeżdżałam tutaj z niańkami, by trochę się pobawić, oderwać się od rzeczywistości. Co to były za czasy.  Nie było problemów, wszystko było takie łatwe i paradoksalne.  Weszłam do środka i rzuciłam walizkę w kąt. Pobiegłam do kuchni, by się czegoś napić. Usiadłam na barowym stołku i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że zaczynam nowe życie. Że przeszłość jest teraz za mną. Łatwo powiedzieć.
Nie zapomnę o przeszłości, zbyt wiele w niej straciłam. Zbyt wiele.
* 3 miesiące później*
Londyn.  Jak się tu czuję? Inaczej. Lepiej. Nie do końca.
Każdy mój dzień wypełniały treningi. Rodzice kiedy dowiedzieli się o mojej przeprowadzce najpierw się zdenerwowali, przyjechali do mnie i zrobili niezłą awanturę. Dopiero później doszliśmy do porozumienia. Oni zrozumieli moje problemy, ja otworzyłam się przed nimi. Idealnie? Otóż nie. Zayn nie odpuszcza. Nęka moich rodziców ciągłymi odwiedzinami, telefonami. Boję się o niego.  A co jeśli zwariował i rodzice w końcu powiedzą mu gdzie jestem? Jeśli nie wytrzymają presji? 
Moje rany goją się powoli. Niektóre z nich zagoiły się już dawno, inne są wciąż otwarte, a każde ich ponowne naruszenie boli. Wszystko skręca mnie w żołądku, kiedy o nim słyszę. Tęsknota boli.
Moja nowa trenerka znalazła sposób, bym choć trochę przestała zadręczać się myślami. Postanowiła zwiększyć częstotliwość moich treningów. Pewnie znowu dziwicie się o czym mówię.
Kiedy przyjechałam do Londynu postanowiłam, że nie będę chodzić do szkoły. Poszukałam trochę w Internecie i znalazłam szkołę gimnastyczną, w której trenuje była mistrzyni olimpijska. Postanowiłam, że spróbuję. Poszłam na eliminacje,  które przebiegły pomyślnie i dostałam się do szkoły.  Potem trenowałam w grupie juniorek, przeszłam na wyższy szczebel i tak dostałam się pod czujne oko mojej obecnej trenerki. Teraz trenuję sama i przygotowuję się na Olimpiadę.
*5 miesięcy później*
Weszłam do wielkiej hali. Pani w czarnym garniturze pokazała mi gdzie mam wejść. Ruszyłam do ogromnej szatni, w której się przebrałam i wyszłam na halę. Przy stołkach sędziowskich czekała już na mnie trenerka. Dała mi kopa w tyłek na szczęście i kazała iść na matę.
Weszłam na ogromną, kwadratową matę i czekałam na muzykę. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej.
W takich momentach chcesz wiedzieć, że ktoś jest z ciebie dumny. Że jednak jesteś potrzebny na tym świecie. Że bez ciebie brakuje jakiegoś ogniwa, brakuje osoby, która mogłaby cię zastąpić. Jesteś ty, świat i szansa, którą możesz wykorzystać. Możesz, ale nie musisz. Ona została ci dana. Dana wiele razy, ale nie każdą wykorzystałeś, nie każdą spostrzegłeś. Nie każdą. Teraz masz szansę.
Moje ciało wygięło się, gdy usłyszałam pierwsze takty piosenki. Wykonałam pierwszą akrobację, wróciłam do pozycji wyjściowej. Moje ruchy były płynne, dopracowane, starałam się włożyć w to jak najwięcej serce, pokazać, że dla mnie to nie tylko sport. To życie. To sposób na życie. Piosenka zwalniała tempo, a ja zakończyłam układ podwójnym saltem i pozycją wyjściową.  Zeszłam z maty lekko otumaniona. Podeszłam do trenerki, która mnie uściskała, a potem ruszyłam do doku,  w którym siedzieli moi rodzice. Podeszłam do mamy i przytuliłam ją. To samo zrobiłam z tatą.
- [T.I.] - usłyszałam cichy szept za plecami. Znałam ten głos. Wiedziałam do kogo należy. Odwróciłam się czując jego wzrok na sobie.
Wolno obróciłam się  przodem do chłopaka. Jego oczy przewiercały moje ciało na wylot. Robiły niewidzialne dziury w mojej świadomości, nie pozwalając racjonalnie myśleć.
Rzuciłam się na chłopaka i z całej siły go przytuliłam. Wziął mnie w swoje silne ramiona i tulił do swojego torsu. Biło od niego ciepło i emanował niezwykłym spokojem, ale jego serce mówiło samo za siebie. Chyba podobnie jak moje. Odsunęłam się na chwilę od niego, by móc spojrzeć w te przepiękne oczęta. Po raz kolejny zatopiłam się w ich czekoladowej barwie, niezmąconej żadnymi plamkami. Widziałam w nich iskierki radości, poprzeplatane z malutkimi kropelkami łez.
- Ty płaczesz? – zapytałam go niepewnie, ale nie dostałam odpowiedzi. Zamiast tego chłopak wbił się w moje usta z wielką delikatnością. Obchodził się z nimi jak ze szkłem. Był delikatny, ale stanowczy, czuły i namiętny, spokojny. Byłam spragniona jego idealnych malinowych ust, które wręcz perfekcyjnie pasowały do moich. Byłam spragniona jego czułości, tego jak mnie przytulał, tego jak się śmiał. Brakowało mi jego idealnych włosów, lekkiego zarostu, którym drapał mnie przy pocałunku. Byłam spragniona jego. Spragniona jego miłości.
,Nie kochaj moc­no, bo przyj­dzie niena­wiść, nie niena­widź moc­no, bo przyj­dzie miłość.



 ~ by Agata.