wtorek, 16 kwietnia 2013

# 228. Niall.

Jest mi źle z tym, że Was zaniedbuję. ; / Przepraszam za to, obiecuję, ze od maja biorę się solidnie za robotę, jeśli tylko nauczyciele okażą się ludźmi i dadzą nam odrobinę luzu.

Co do imagina.. Takie krótkie, nijakie nic. Mam nadzieję, że wybaczycie. Chciałam po prostu coś dodać, bo jest mi źle, że tak rzadko tutaj wchodzę. ; (


Zima za oknem rozszalała się na dobre. Białe płatki wirowały na wietrze, tworząc potworną zamieć, a kreska rtęci w termometrze widniejąca poniżej -10 stopni Celsjusza nie przekonywała do długich spacerów.
Mimo wszystko jednak wciągnęłam na siebie stare, znoszone dżinsy i pierwsze lepsze buty, które wyjęłam z obszernej szafy w przedpokoju, a na wierzch sweterka narzuciłam kurtkę, po czym chwyciłam uszykowaną wcześniej torbę i wyszłam na mroźne powietrze.
Prawda jest taka, że w nosie miałam wszelkie konsekwencje mojego czynu, skąpy strój, brak poinformowania bliskich o moim rychłym wyjściu. Właściwie, byli już do tego w pewnym stopniu przyzwyczajeni. Szłam po oblodzonym chodniku, który znałam już na pamięć, w głowie mając całkowitą pustkę. Wiatr wdzierał się pomiędzy płachty mojej kurtki, jednak nie zaprzątałam sobie głowy jej zapięciem. Dostrzegłam bowiem znajomy mur i kawałek żelaznej bramy, dalej tkwiłam jak w transie.
Pchnęłam zziębnięty pręt bramy i weszłam do środka. Balansowałam pomiędzy ogromnymi zaspami nawianego śniegu, jednak mimo to już przemarzłam. Minęłam znajome sosny, które przykryte były grubą warstwą śniegu, po czym skręciłam w prawo i dalej brnęłam już po lekko odgarniętym chodniku.
Wszystkie nagrobki przykryte były śnieżnobiałą pierzynką, widać było tylko niektóre płyty, które ktoś obmiótł z nadmiaru śniegu. Przyglądałam się grobom, czując w sobie wszechogarniającą pustkę. Właściwie od miesiąca nie czułam praktycznie nic. Byłam wrakiem człowieka, samym ciałem, bo poszkodowana, okaleczona, zraniona i zrozpaczona dusza uleciała gdzieś donikąd, skąd już na pewno nie wróci.
Zboczyłam z utwardzonej dróżki na mniej ubitą, lekko błotnistą ścieżkę prowadzącą do ów miejsca. Z każdym krokiem ogarniała mnie panika, ból, a moje sumienie odgrywało marsz żałobny. Ale przecież to nie była moja wina, nic nie mogłam zrobić.. Tak musiało być…
Zatrzymałam się przed niewielkim nagrobkiem. Wyjęłam miotełkę i obmiotłam dolną płytę, po czym ręką odzianą w rękawiczkę przetarłam pionową tablicę, przesuwając palcami po wgłębieniach układających się w kilka tak bolących mnie słów:
Tutaj leży Amelia. Na zawsze w naszych sercach.”
Niżej widniała data narodzin i śmierci, a pod nią cztery, wykaligrafowane słowa:
Spoczywaj w pokoju, aniołku.”
Zacisnęłam wargi i resztkami sił powstrzymałam się przed płaczem. Przygryzłam język niemal do krwi – czułam już w ustach jej metaliczny smak. Osunęłam się na ławeczkę tuż przy nagrobku i wpatrywałam się w złote napisy odbijające się na tle białego marmuru.
- Bóg tak szybko nam cię odebrał… - szepnęłam, a moje słowa porwał wiatr.
Nie przyszłam tu siedzieć bezczynnie. Nie po to tu przesiadywałam od dwudziestu czterech dni, dzień w dzień o tej samej porze, o godzinie, w której Amelka odeszła z tego świata. Wyjęłam z torby znicz, zziębniętymi palcami odpaliłam jedną z zapałek i prędko przyłożyłam ją do knota, by ten się zajął świetlistym płomieniem. Wykopałam w śniegu dołek i postawiłam w nim ciężki przedmiot, który wyróżniał się pomiędzy innymi, przeźroczystymi szklanymi obudowami,  czerwoną barwą.
Przełknęłam ślinę i uklęknęłam przed nagrobkiem córeczki, składając ręce do modlitwy i powtarzając tą historię dzień w dzień, prosząc Boga o miejsce dla mojego aniołka w niebie, ale i również o siłę dla mnie i mojego męża.
Panie, dopomóż. Była z nami tylko dwa miesiące. Dwa krótkie, pamiętne miesiące, kiedy napełniała dom radością, kolorem, szczęściem… Jej ubranka rozrzucone po całym salonie, grzejące się mleko, jej płacz, gdy domagała się posiłku czy przewinięcia… Dwa krótkie miesiące dały mi nadzieję, że wreszcie będzie dobrze. Spędzałam z nią każdą chwilę, każdą minutę, czy to w dzień, czy w nocy. Nie pozwalałam nikomu jej dotknąć w obawie, że kruszynka zacznie płakać. Kochałam ją ponad wszystko. Nadal kocham, wiesz, Boże? Wiem, że była Ci potrzebna, tam, w niebie, skoro nam ją odebrałeś, jednak wierzę, że pomożesz nam się podnieść. Daj jej szczęście, skoro ja nie byłam godna, by być matką dłużej i dać jej wszystkiego, czego mogłam dać, czego zapragnęła. Zastąp jej mnie i Nialla. Pomóż mu, wiem, że to przeżywa. Dopomóż nam, Panie, bo nie wiem, jak długo będę w stanie to wytrzymać…
Rozpłakałam się tak, jak co dzień. Moje kolana były już całkowicie nasiąknięte śnieżnym błotem, jednak nadal tkwiłam przed pomnikiem, skupiona na złotych literach.  Amelia Horan. Żyła pięćdziesiąt dziewięć dni.
Dosłyszałam za sobą skrzypienie śniegu i rytmiczne kroki. Nie musiałam się odwracać, byłam pewna, że to mój mąż.
- Powiesz mi, dlaczego ona? Powiesz mi, dlaczego to nie ja odeszłam, lecz Bóg zabrał niespełna dwumiesięczną dziewczynkę? – spytałam go szeptem, pochylając się nad pomnikiem i pozwalając, by łzy spływały z moich policzków wprost na wypolerowaną powierzchnię marmuru, gdzie niemal natychmiast zamarzały.
Niall podniósł mnie z ziemi i zamknął w szczelnym uścisku. Podejrzewałam, ze też płakał.
- Nie wiem, [T.I.]. Ale jestem pewien, że jest teraz szczęśliwa – szepnął mi do ucha, a ja zacisnęłam ręce na kołnierzykach jego kurtki i powtarzałam szeptem pytania, które nigdy nie otrzymały odpowiedzi. Nie wiem, czy sprawiało mi to ulgę, czy pomagało w jakiś sposób przyzwyczaić się do straty kruszynki.
- Zdajesz sobie sprawę, jak za nią tęsknię? – spytałam. – Wiesz, jak jest mi jej brak?
- Na pewno nie mniej, niż mnie – odszepnął, przytulając mnie. – [T.I.], trzeba iść naprzód. Ona patrzy teraz na ciebie i jestem pewien, że chce ci powiedzieć, żebyś się tak nie martwiła, bo jest w miejscu, gdzie już nic nie może się jej stać, gdzie nic jej nie grozi. Jest bezpieczna. szczęśliwa, roześmiana. Pokaż jej, że też umiesz taka być. Pokaż, że potrafisz być silna.
Dla niej.




~by Klara.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

# 227. Harry.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
A miłości bym nie miał,
Stałbym się jak miedź brzęcząca
Albo cymbał brzmiący.
A może ja naprawdę taki byłem? Co się ze mną dzieje? Gdzie zgubiłem swoją duszę? Kreaturę życia? Gdzie zgubiłem siebie? Czuję się niczym pusty miś, którego wnętrza pozbawiły bawiące się dzieci, albo jak pusta laleczka. Co ja takiego zrobiłem, że skarałeś mnie takim nieszczęściem? Powiedz mi.
Gdybym też miał dar prorokowania
I znał wszystkie tajemnice,
I posiadał wszelką wiedzę,
I wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił,
A miłości bym nie miał,
Byłbym niczym.
Czy aby na pewno nie jestem niczym? Czy gdybym miał tą moc prorokowania, byłbym teraz szczęśliwy? Nie jestem w stanie myśleć o tym, a co dopiero odczuwać siłę, jaka z tego płynie. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie tego. Nie potrafię, nie chcę. A może jestem za słaby? Za słaby, by wrócić do wspomnień? Do tych pięknych, przykrych? A może po prostu jestem człowiekiem, tak bardzo podatnym na wszelki ból i cierpienie, że już nie chcę wracać do przeszłości? A w niej zostało wszystko, dzięki czemu mogłem powiedzieć, że jestem szczęśliwy.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
A ciało wystawił na spalenie,
Lecz miłości bym nie miał,
Nic bym nie zyskał.
Czemu nie jestem zwykłym człowiekiem?  Czemu muszę nosić to brzemię? Sława cieszy dopóki nie zaczyna boleć. Mnie i moich bliskich. Bliskich… Czy ja mogę powiedzieć, że jestem dobrym człowiekiem? Czy moja egzystencja nie była pusta? Albo nadal jest? I mogę odpowiadać na tysiące pytań, zadawać ich  jeszcze więcej, ale na najważniejsze odpowiedzi nie uzyskam. Najprawdopodobniej już nigdy.
Miłość cierpliwa jest,
Łaskawa jest.
Tak, zdecydowanie ona była cierpliwa. Aż nazbyt? Nie byłbym tego pewien. [T.I.], nawet wspominanie jej imienia przyprawia mnie o zawroty głowy. Kim była? Już mówię. Była najlepszym co mnie spotkało. Zawsze darzyła mnie niezwykłą cierpliwością, zresztą nie tylko mnie, ale i cały zespół. Rzadko się zdarzało bym widział ją złą, czy zdenerwowaną. Była przy mnie w najważniejszych chwilach mojego życia, cały czas czekała cierpliwie, a to kiedy skończy się wywiad, podpisywanie autografów czy koncert. Nigdy mnie nie opuszczała. Zawsze była blisko, tak żebym mógł czuć jej obecność. To na mnie czekała do późnej nocy, czasami żeby tylko się ze mną przywitać, albo porozmawiać chwilę. Nigdy nie powiedziała złego słowa na nasze fanki, zawsze przyjmowała je ciepło, zdarzało się, że niektóre zapraszała do domu. [T.I.] nie widziała przeszkód, by porozmawiać ze swoją rówieśniczką, czy dawną koleżanką, nawet gdy była bardzo zajęta. Doradzała, pomagała, dla niej zawsze  był odpowiedni czas na zwykłą pomoc.
Miłość nie  zazdrości,
Nigdy nie zazdrościła. Gdy tylko jakaś dziewczyna do mnie podchodziła, całowała w policzek czy przytulała, ona patrzyła na mnie z uśmiechem, w oddali przypatrując się szczęśliwym nastolatkom. Mogła być spokojna, moje serce w pełni należało do niej. I tak już pozostało. Na zawsze…
Nie szuka poklasku,

Nigdy nie wymagała żeby chwalić ją za pomoc. Nie potrzebowała tego. Robiła to bezinteresownie, dla własnej przyjemności. Lubiła to. Lubiła pomagać innym. To było oczywiste, że nie przejdzie obok staruszki trzymającej wielkie siatki i nie pomoże jej. Zazwyczaj podbiegała do owej osoby i z uśmiechem na twarzy, pytała się czy pomóc. Tak było zawsze. Ale mi to nie przeszkadzało, wiedziałem, że to jej natura,  nie zmienię jej. Nawet nie chciałem.
Nie unosi się pychą,
Pomimo iż wiele gazet robiło z niej gwiazdę światowego formatu, ona nigdy się nią nie czuła. Czasem, kiedy podchodziły fanki, mówiły do niej pani [T.I.]. Wtedy zawsze robiła śmieszną minę i podawała im rękę, mówiąc : Mów mi [T.I.]. Ona mimo szumu, jaki roztaczał się wokół nas, nie potrafiła zaakceptować, że ktoś uważa ją za lepszą sama się za taką osobę nie uważała. Często powtarzała mi: Nie ma znaczenia, czy jesteś sławny czy nie. Czy masz pieniądze, czy jesteś biedakiem. Nie to jest najważniejsze w życiu.
Nie dopuszcza się bezwstydu,
Nie lubiła, kiedy z konieczności sytuacji musiała iść ze mną na jakąś galę. Peszyła się, na jej policzki wstępowały rumieńce. Otoczenie tylu gwiazd zawsze dla niej było kłopotem, bała się, że popełni jakąś gafę, co nigdy rzecz jasna jej się nie zdarzyło. Perfekcyjna w każdym calu – taki nagłówek gazety z jej zdjęciem na środku ukazał się w Londynie, jak nie całej Anglii. Kiedy tylko zakupiła tą gazetę, poszła do domu, podarła ją, zadzwoniła do redakcji i kazała wycofać jej sprzedaż. Razem z chłopakami mieliśmy wtedy niezły ubaw, ponieważ  gazeta nie mogła wycofać trefnego artykułu i stanęło na tym, że musiała zakupić wszystkie egzemplarze. Oczywiście zrobiła, a gdy zapytaliśmy dlaczego, odpowiedziała:
- Nie ma ludzi perfekcyjnych, ja też nie jestem idealna.
Nie szuka swego,
Nie potrzebowała drogich ubrań, prezentów Była zawsze sobą. Nie oczekiwała, że  we wszystkim będziemy przyznawać jej rację, nie dbała o to, nie widziała takiej potrzeby, by kłócić się o byle co. Wiadomo jak każdy człowiek starała się udowodnić, że ma rację, ale potrafiła przyznać się do winy czy błędu.
Nie unosi się gniewem,
Czy się denerwowała? Jasne, że tak, jednak potrafiła się opanować. Nie wybuchała. Nawet kiedy o mało co  nie spaliłem domu. Właściwie to dużo nawet nie brakowało, a wszystko poszłoby z dymem. I pewnie się zdziwicie, ale nawet wtedy potrafiła się uspokoić. Co prawda to prawda, że kazała mi potem sprzątać, ale w każdym bądź razie nie gniewała się długo.
Nie pamięta złego,
Tak jak już mówiłem, nie ważne było czy o mało co nie spaliłem domu, czy zepsułem pralkę lub zrobiłem dziurę żelazkiem w jej ulubionej bluzce zawsze mi wybaczała. Nie chodziło o to, że dawałem jej kwiaty. Dążę do tego, że sama z siebie wybaczała. Nie potrafiła się długo na mnie gniewać. Była zbyt dobrą osobą, by pamiętać wyrządzone jej krzywdy.
Nie cieszy się z niesprawiedliwości,
I chociaż może wam się wydawać, że miała wszystko nie było tak. Wiedziała, że los dał jej szczęście i kiedy tylko widziała cierpiącego człowieka od razu do niego podbiegała i nie miało znaczenia czy był to pijany mężczyzna, który bujał się na prawo i lewo, czy biedak z ulicy. Zawsze, ale to zawsze pomagała. Wiedziała, że życie nie jest sprawiedliwe, więc to ona powinna taka być.
Lecz współweseli się z prawdą,
Pamiętam dość śmieszną sytuację, kiedy to byliśmy na spacerze w parku i podbiegła do nas mała dziewczynka. Zapytała się czy może prosić o autograf. Kiedy już podpisałem się na plakacie z wizerunkiem 5 idiotów, dziewczynka zapytała, czy nasz związek jest udawany. Tak podobno słyszała od swojej starszej siostry. [T.I.] odpowiedziała na to, że nie potrafiłaby udawać tak wielkiej miłości, bo nigdy nie była dobrą aktorką. Później zabraliśmy Susan, bo tak miała na imię owa dziewczynka, na lody.
Wszystko znosi,
Ona zdecydowanie znosiła wszystko. Wszystkie obelgi, przykre komentarze, każde brzydkie słowa ze strony naszych fanek. Eleanor, Danielle i Perrie też nie miały łatwo.  Jednak miałem nieodparte wrażenie, że to najbardziej  na nią najeżdżały. Słyszała o sobie wiele słów pogardy, niekiedy nawet wyzywali ją od puszczalskich. Znosiła to dzielnie, do czasu…
Wszystkiemu wierzy,
Bez względu na wszystko zawsze mi wierzyła. Nigdy nie powiedziała o mnie złego słowa. Widziała, że fanki nas przytulają, niekiedy nawet całują w policzki, odważniejsze z nich w usta, choć zdarzało się to naprawdę rzadko. Nie była zazdrosna. Wiedziała, jak bardzo ją kocham.
We wszystkim pokłada nadzieję,
Zawsze liczyła, że ludzie ją zaakceptują. Zawsze miała tą nikłą nadzieję, nadzieję na lepszy czas. I choć nigdy to się nie spełniło, ponieważ nigdy nie polubiły jej na tyle, by nie hejtować jej, lecz ona nie poddawała się. Wierzyła.
Wszystko przetrzyma,
Przetrzymała wiele rzeczy. Pokonała wiele trudności. Dała nam obu dużo radości. Pokazała szczęśliwą stronę życia. Dała nadzieję. Dzięki niej poznaliśmy dobro. Miłość. Tak to o niej mówię.
Miłość nigdy nie ustaję,
Nasza miłość nigdy nie ustała, ona jest wieczna. Czuję ją. Tak jakby była przy mnie. Tak jakby chciała mnie pocieszyć, powiedzieć miłe słowa. Dać wiarę.
Nie jest jak proroctwa, które się skończą,
Albo jak dar języków, który zniknie,
Lub jak wiedza, której zabraknie.
Mogłem mieć wszystko. Ale ja wybrałem miłość. To prawda, że wiedzę mogę zdobyć, ale prędzej czy później zapomnę to, czego się uczyłem. Z miłością tak nie jest. To coś co nigdy nie znika, jej nigdy nie braknie, o niej się nie zapomina.
Po części bowiem tylko poznajemy,
Po części prorokujemy.
Mogę tylko gdybać. Co by się stało gdybyś tu jeszcze była. Gdybym miał cię w swoich ramionach. Gdybym cię przytulał. Gdybym dotykał opuszkami palców twojej delikatnej skóry. Gdybyś po prostu tutaj była. Z pewnością nie potrzebowałbym niczego innego.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
Zniknie to, co jest tylko częściowe.
Ty byłaś dla mnie doskonała. To ty napełniałaś moje serce miłością. Nie potrzebowałem pieniędzy, sławy, rzeszy fanów czy drogich rzeczy. Wystarczyło, że byłaś. Że swoją radością oplatałaś moje serce i dawałaś mu coś na rodzaj ukojenia. Twój śmiech był jak balsam dla mojej duszy. Twój wzrok dawał mi więcej radości niż każdy wyrastający kwiat. Twoje zwykłe „kocham cię” znaczyło więcej niż cały potok słów. Ty, znaczyłaś więcej niż ja sam.
Gdy byłem dzieckiem,
Mówiłem jak dziecko,
Czułem jak dziecko,
Myślałem jak dziecko.
Gdzieś w głębi duszy nadal jestem dzieckiem. Nadal potrzebuję opieki. Twojej opieki. Nadal potrzebuję, by ktoś mnie uspokajał, kiedy zdenerwowany wracałem ze sklepu, bo sprzedawca nie chciał mi czegoś sprzedać. Ja nadal myślę jak dziecko. Nadal kocham jak dziecko. Miłością wielką, niezrozumiałą i niepojętą.
Kiedy zaś stałem się mężem,
Wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Może jestem dorosły, może już myślę jak dorosły. Ale nadal kocham jak dziecko. Ja cię nadal potrzebuję. Zawsze cię potrzebowałem. Przecież to ty rozumiałaś mnie doskonale, to ty wiedziałaś o mnie wszystko. To dlaczego mnie po prostu zostawiłaś? Czemu odeszłaś już bezpowrotnie? Dlaczego?! No powiedz!  Czemu wzięłaś te cholerne tabletki?! Czemu skończyłaś ze sobą w tak okrutny sposób? Poradzilibyśmy sobie. Razem.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
Wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz.
Tak bardzo chciałbym cię ujrzeć, usłyszeć. Ciągle wydaje mi się, że słyszę twój głos. Jak cicho śpiewasz. Twój głos. On pobrzmiewa w mojej głowie, słyszę tą delikatną chrypkę w głosie. A pamiętasz jak razem śpiewaliśmy? Jak grałaś na fortepianie? Jak wielką sprawiało ci to przyjemność? Pamiętasz? Ja pamiętam doskonale.
Teraz poznaję po części,
Wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Dzięki tobie się otworzyłem. Ty miałaś tą okazję zobaczyć mnie prawdziwego, niezmienionego. Takiego niezbliżonego do ideału, zakompleksionego nastolatka. A pomimo tego mnie pokochałaś. Ach! Zapomniałbym. Ty nie patrzyłaś na wygląd. Kochałaś sercem, a nie oczami.  I taką cię zapamiętałem.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość- te trzy,
Z nich zaś największa jest miłość.*
Nie ma cię już tyle dni. A ja czuję jakby minęła wieczność. Czuję jak się zapadam. Jak bardzo staję się pusty. Jak powoli umieram. Nie mam już siły.  A  mojej głowie odbija się echem twój nieskazitelny głos. Czysty jak u anioła, piękny i swobodny, z tą nutką miłości.
Wziął tabletki. Połknął całe opakowanie. Odszedł. Do niej. I nie ważne było, że był gwiazdą, że miał rodzinę, kochających przyjaciół, zespół, fanów na całym świecie. Dla niego nie miało to znaczenia.
A wszystko w imię miłości. Miłości, która nie wybiera. Która kocha nieodwracalnie i bezpowrotnie.
________________________________________
* 1 List do Koryntian. „Hymn o miłości”.
Poniosło mnie, wiem. W wielki skrócie mówiąc cały ten imagine jest moim odbiorem „Hymnu o miłości”.  Nie musicie się z tym zgadzać, ponieważ jest to moja interpretacja i każdy może to odebrać według własnego uznania.

~by Agata.

wtorek, 2 kwietnia 2013

# 225. Niall.

Mówisz, że mam pozostać sobą, więc dlaczego oczekujesz ode mnie rzeczy niemożliwych? Czyżbyś zaliczał mnie do tych ludzi, którzy nie potrafią walczyć o siebie?
Szłam korytarzem, pełnym ludzi. Jeden potrącał drugiego, a ja czułam się jak sardynka. Dosłownie. Kiedy już doszłam do mojej szafki, poczułam się bardziej pewnie. Nie lubiłam tego miejsca, nie lubiłam tej szkoły, tych uczniów, tych nauczycieli, tego tłoku i wszystkiego co jest z nimi związane.  Na pozór uśmiechnięta pełna wigoru. Wzorowa uczennica, najlepsza cheerleaderka (nie wiem jak to się pisze)  w szkole. Ale to tylko maska. Maska powierzchowności i udawanego szczęścia.  Miałam dosyć.
Zaczynała się już kolejna lekcja, gdy zdyszana wbiegłam do klasy.
- Witamy pannę [T.I.]. Nareszcie możemy zacząć lekcje – zdenerwowana usiadłam na krześle, a głos nauczycielki jeszcze długo buczał w moich uszach.
- Przepraszam – szepnęłam cicho i spojrzałam na mojego sąsiada. Okazał się nim blondyn, Niall.
- Hej – powiedział mi na ucho.
- Panie Horan! Umówić się na randkę możecie po lekcjach! – nauczycielka głośno krzyknęła, a po klasie poniósł się stłumiony śmiech.
Hej. Lepiej żebyśmy jednak nie rozmawiali, bo ta zrzęda nas ukarze. :)<3
Podłożyłam chłopakowi kartkę pod nos i się uśmiechnęłam.  Wyciągnęłam podręcznik, który jak dotąd zalegał w mojej torbie  i otworzyłam go na podanej stronie. Gdyby nie to, że jestem wielką niezdarą (co staram się skrzętnie ukrywać)  i już po chwili zbierałam moje rzeczy z podłogi. Książki, piórnik wszystko na niej leżało, a ja bezskutecznie i jak najszybciej się dało, próbowałam je pozbierać. Nade mną pojawiły się nieznajome ręce, które w mgnieniu oka pomogły mi uporządkować. Na ziemi pozostała tylko mała książeczka. Tylko nie to. Ręce nieznajomego zaczęły niebezpiecznie zbliżać się w jej kierunku. W końcu złapały moją zgubę i podniosły ją wyżej. Stałam jak sparaliżowana. Wiedziałam co się za chwile stanie. Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Mój ulubiony tomik poezji spoczął bezpiecznie w moich rękach, a już po chwili ułożony w torbie. Spojrzałam na mojego wybawcę którym okazał się  Niall. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością i usiedliśmy w ławce.
- Na piątek macie przygotować referat o życiu roślin. Podzielę was na grupy według ławek.  Anne z Jenny, Julia z Zayn’em, Ned z Harry’m, Ted z Angeliną, a [T.I.] z Niall’em. Do widzenia! – ostatnie słowa powiedziała z przekąsem i wyszła z klasy, uprzednio zamykając ją kluczem.
- Wychodzi na to, że będziemy musieli się spotkać – z zamyślenia wyrwał mnie zdenerwowany głos Niall’a idącego obok mnie szkolnym korytarzem.
- Chyba tak. Właściwie to nawet musimy, nie mamy wyjścia. To może u mnie w środę, co? – zaproponowałam niepewnie.
- Jasne. Mam nadzieję, że nie sprawię problemu – uśmiechnął się do mnie szczerze., a jego oczy zabłyszczały.
- Pewnie, że nie. Ale teraz wybacz, ale czeka mnie spotkanie drugiego stopnia z ukochaną matematyką.
- Dobra. Leć! – krzyknął mi na odchodne i poszedł w swoją stronę. Nasza rozmowa była normalna. Nie było w niej złośliwości czy pogardy, z którą spotykałam w moim otoczeniu. To była walka szczurów, jeden chciał być lepszy od drugiego, nie patrzył czy może kogoś zranić, liczyło się własne szczęście. Byli apatyczni, irracjonalni, wręcz głupi, czasami wredni, ich życie było pozbawione wartości. Traktowali innych z pogardą, bo myśleli, że jeżeli są elitą, to wszystko im się należy. Wiem, pomyślicie, że jestem nie fair, bo też do nich należę. Może to i racja, ale nigdy nie czułam się  w pełni z nimi związana. W ich życiu brakowało czegoś, czego ja szukałam w swoim. Uważana byłam za przywódczynię elity. Nie wiem jakim cudem. Ale wiem, że w szkole chodzą o mnie różne pogłoski. Jaka to wredna nie jestem, jak się mszczę na innych i takie podobne. I choć wiem, że to tylko  głupie plotki wyssane z palca, to nadal boli. A może rzeczywiście taka jestem? Może inni mają rację?
Do domu wróciłam około godziny 15. Jak na porządną córkę przystało obrałam ziemniaki i poszłam na górę. W moim pokoju jak zawsze panował porządek i jasne promienie słoneczne wpadały przez duże okno. Otworzyłam je na oścież i wdychałam świeże powietrze. Potem je zamknęłam i przebrałam się w dres.  Rodzice byli w pracy, więc miałam cały dom dla siebie. Szybko zrobiłam bieżące lekcje i usiadłam przed komputerem. Sprawdziłam pocztę. Jak zwykle kilkadziesiąt zaproszeń na mocno zakrapiane imprezy i jedna od jakiegoś nieznajomego nadawcy. Już wiedziałam co to za wiadomość. Niedawno zarejestrowałam się na portalu społecznościowym, gdzie można znaleźć fajne osoby. Posługiwałam się tam nickiem : swagger_jagger. Można było występować tam pod pseudonimem i nie trzeba było podawać swoich danych.  Kilka dni temu zaczęłam rozmowę z jednym chłopakiem. Jego Nick był równie zadziwiający co mój: memories_coming. Konwersowaliśmy ze sobą codziennie. Można rzec, że z każdym dniem otwierałam się, pokazywałam kim naprawdę jestem. Niczego nie ukrywałam, byłam po prostu sobą. Chłopak rzekomo mieszkał w naszym mieście, ba! Nawet uczęszczał do naszej szkoły. I był w moim wieku. Powoli w myślach wykluczałam kolejnych kandydatów. Żaden z nich nie pasował mi do opisu wrażliwego, skrytego w sobie, nieśmiałego chłopaka, który uwielbia śpiewać i grać w piłkę. Jedyną wskazówką była piłka nożna, którą chłopak tak bardzo kochał. Jednak nasza szkoła była jedną z tych, w której uprawianie tego sportu przez chłopaków było normą. Niestety. I wszyscy byli dobrzy. Pudło.
Swagger_jagger : Powiedz mi, kim jesteś?
Memories_coming: Ja już wiem, kim ty jesteś.
Swagger_jagger: Jak to możliwe? Przecież nie powiedziałam ci mojego imienia.
Memories_coming: Nie jestem głupi, [T.I.].
Swagger_jagger: Przepraszam muszę kończyć. Pa :c
Memories_coming: Nie chciałem cię urazić…
Tylko tyle zdążyłam przeczytać, przed zamknięciem laptopa. Ten chłopak znał mnie tak dobrze. Wiedział kim jestem.  Znał mnie. Boję się. A co jeśli komuś pokaże nasze rozmowy? To jemu zdradzałam moje największe sekrety, był dla mnie jak najlepszy przyjaciel, jak wsparcie. To przy nim ściągałam maskę zołzy i stawałam się sobą. Jeśli to obróci się przeciwko mnie? Jeśli on mnie zniszczy? Nie jestem pusta, chce się uwolnić od tej chorej grupy, ale nie teraz. Póki co jestem na to za słaba. Nie mogę dopuścić do tego, żebym stała się ich wrogiem numer jeden.  Ich hasło jest zbyt jasne: Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Tak, albo z nimi albo bez.  Albo mam życie, albo nie. Prosty wybór? Otóż nie!
Pobiegłam szybko do łazienki, by się umyć i wskoczyć do mojego ukochanego łóżka. Będąc już pod kołdrą, przymknęłam oczy i o dziwo zasnęłam. Miałam sen, głupi sen. Spadałam w przepaść, ciemną przepaść której nie było dna. Obudziłam się zlana potem. Spojrzałam na zegarek i z ulgą stwierdziłam, że mogę już wstać. Świtało. Szybko się umyłam, ubrałam, spięłam włosy, a  w drodze złapałam jabłko ze stołu i wybiegłam z domu. Marszem ruszyłam do szkoły, w ten piękny środowy poranek. Dzisiaj miałam trening, więc przygotowana i ubrana w strój od razu weszłam do Sali gimnastycznej.  Moje ukochane koleżanki już na mnie czekały. Przywitały mnie ciepłymi uśmiechami, co w ich wykonaniu oznacza nie lada wyczyn. Odwzajemniłam gest i zaczęłyśmy rozgrzewkę. Nie trwała ona długo, ponieważ do Sali wkroczyła drużyna piłkarska. Spojrzałyśmy na nich krzywo i dalej ćwiczyłyśmy. Przypadkowe spotkanie nie zapowiadało się dobrze.
- Teraz my zajmiemy salę drogie panie – odezwał się Ted.
- Niestety jeśli Bozia oczu nie dała, to ja nie dam. My ćwiczymy jakbyś nie zauważył – odszczeknęła się Anne.
- No co ty nie powiesz. Nie wydaje mi się. Pójdziecie z własnej woli czy z drobną pomocą? – zapytał złośliwie. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć bo wyręczyła mnie Jenny:
- Słuchaj. Nie mam zamiaru się z tobą wykłócać – szturchnęła go palcem w klatkę piersiową – więc zabierz ten swój wielki tyłek i idź ćwiczyć na dwór z tą bandą goryli. A jak nie to pogadamy u pani dyrektor. Chyba nie chciałbyś zostać zawieszony za groźby, co? – odszczeknęła się złośliwie dziewczyna. Zmieszany Ted zwołał chłopaków i wyszli z Sali. Spojrzałam na dziewczyny. Przybijały sobie piątkę. One to miały gadane.
Po ciężkim, aczkolwiek miłym treningu poszłyśmy na lekcje. Jak zwykle kiedy szłyśmy korytarzem, młodsze klasy odsuwały się instynktownie, nie chcąc wejść nam w drogę. Bali się nas. To było straszne.  Przecież to były jeszcze dzieci. Jak widać nawet ich nie oszczędziły. Obelgi i cięte riposty jakie zadawała moja „świta”  były naprawdę mocne i bardzo raniące. Pomimo, że nigdy nikogo  nie obraziłam, to i tak byłam ich przywódczynią. Nie rozumiałam ich toku myślenia. Były zbyt zakręcone.
- [T.I.]!Idziesz? – usłyszałam przed sobą głos Anne.
- Tak, już idę. Co mamy teraz? – zapytałam wyrwana z otępienia.
- Matematykę.
- Świetnie – krzywo się uśmiechnęłam i dogoniłam dziewczynę.
Lekcje jak zwykle minęły nudno. Matematyka, angielski, fizyka, chemia, biologia i muzyka. Po tej ostatniej wróciłam do domu, by przygotować się na przyjście Niall’a. W salonie ustawiłam książki dotyczące życia roślin, ich struktury i tych podobnych. Na stole położyłam dwa kartony soku i szklanki, laptopa,  kilka półmisków z żelkami, ciastkami  i innymi łakociami. Kończyłam przygotowanie, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi.
- Cześć. Wejdź – zaprosiłam blondyna do domu i wskazaniem ręki zaprowadziłam do salonu.
- Ładnie tutaj masz.
- Dzięki. To co robimy? – wzrokiem zjechałam po kilku książkach i przewróciłam oczami.
- Wypadałoby coś napisać – uśmiechnął się i zabrał za wertowanie niezliczonej liczby kartek arcyciekawej książki. Po jakichś piętnastu minutach zajmującej lektury ziewnął przeciągle.
- Chcesz kawy? – spojrzałam na pół-przytomnego chłopaka.
- Byłabyś moim wybawcą. Te książki są tak nudne, że to się nie dzieje.
-  Komu ty to mówisz. Prawie usnęłam – odpowiedziałam mu już z kuchni.
Kiedy zaparzałam kawę, na swoich biodrach poczułam czyjeś ręce.
- Yhm Niall? Co ty robisz? – odwróciłam się przodem do blondyna, który długo się nie zastanawiając pocałował mnie. Odwzajemniłam ten odważny jak i zarazem ciepły gest. Kiedy się już od siebie oderwaliśmy, wpatrywałam się w niego oszołomiona.
- Co to miało znaczyć? – zapytałam z wahaniem w głosie.
- Ja jestem Memories_coming.  To ze mną pisałaś przez tyle czasu. To ciebie pokochałem.
- Czekaj, czekaj. Jesteś Memorie_coming. Ale jak to możliwe, że wiedziałeś kim jestem?
- Pamiętasz jak podniosłem tomik poezji? – pokręciłam głową na znak, że pamiętałam – zawsze mówiłaś, że uwielbiasz poezje – uśmiechnął się czarująco, ukazując szereg krzywiutkich i zarazem słodkich ząbków.
Podeszłam do niego bliżej i przytuliłam chłopaka. Później podniosłam głowę i zachłannie wpiłam się w jego usta, pragnąc bliskości chłopaka, który pokazał mi, że kocha mnie taką jaką jestem.

~by Agata.