piątek, 18 stycznia 2013

# 196 . Harry .

Tak, tak wiem imagine fatalny. Nie musicie mówić. Ogólnie w komentarzach do poprzednich zadałyście pytania o cytaty. Niektóre z nich są moje, inne Paulo Coelho, Umberto Eco i innych sławnych pisarzy. Wszystkie zasady, anielską historię nie zostały wymyślone przeze mnie, mówię od razu. Moje są tylko niektóre dopowiedzenia. Większość jednak pochodzi z książki: „Anioł” Cliff McNish. Ale żeby nie było, fabuła moja.
_________________________________________________

Otworzyłam oczy, lekko przetarłam powieki. Delikatnie odwróciłam się w bok. Moim oczom ukazał się piękny widok. Chłopak równomiernie oddychał i cichutko pochrapywał. Burza loków okalała jego twarz, a zielone tęczówki chowały się pod powiekami. Uśmiech gościł na jego twarzy i rozpromieniał jego oblicze. Szczęście, cały mój świat? To za mało powiedziane. Niezrozumiany sens znaczenia słowa „miłość” nadaje temu uczuciu otoczkę magii i tajemniczości.  
„ W życiu nie ma przypadków. Miłość to przeznaczenie, siła wyższa”
Podniosłam się na rękach i z wielką ostrożnością wyszłam z ciepłego łóżka. Spojrzałam na cyfrowy zegarek, ukazywał godzinę 2 w nocy. Harry spał. Dobrze. Ubrałam lekkie, przewiewne spodnie dresowe, jasną bluzę, włosy związałam w koka i puściłam parę kosmyków. Z szafki wzięłam klucze, ruszyłam do drzwi. Otworzyłam zamek, a po chwili stałam już na ganku. Moje włosy rozwiał zimny, grudniowy wiatr. Dziwne?  Tak, osiemnastoletnia dziewczyna, o 2 w nocy wymyka się z domu, w samym dresie i trampkach. Gdzie wychodzę? Spełniam zadanie.
Fantazja, brak wiary czy może niechęć człowieka sprawi, że pewnie mnie teraz wyśmiejecie, zarzucicie chorobę umysłową, polecicie udanie się do psychologa. Nic z tych rzeczy.
„ Tajemnica jest siłą, siła mocą tajemnicy”
Z czym kojarzy wam się anioł? Pierzasty stwór, wysłannik Boga? A może postać spełniająca życzenia, zachcianki, marzenia ludzi? Otóż nie, Wasza wiedza ogranicza się do małego pola. Co wam nakazuje podświadomość?  Uciekać ode mnie? Może. Anioły to coś więcej niż podniebne istoty. Wierzycie w cuda? A potraficie sobie wyobrazić rzeczy niemożliwe? Jeśli tak, to już dobry początek. Początek czego, spytacie? Tej historii.
Co dzień, gdy na niebie pojawiają się miliony gwiazd, a Księżyc oświeca swym blaskiem ulice i zakamarki przeróżnych miast świata. My, ja, każdy z Nas ożywa. Nas? Wybrańców, skazańców? Jak kto woli. Skazańcy, wybrańcy- czyli My, aniołowie. Ożywamy, wszyscy bez wyjątku. Ruszamy w drogę, niektórzy wracają, inni, już nie. Zawsze jest to ryzyko. Że coś się nie uda. Pewnie mało kto z was o nas słyszał. A wiecie, nasza historia jest długa. Każdego dnia, z pierwszego uśmiechu dziecka rodzi się nowy anioł. Dorasta w domu, wśród ludzi, a w pewnym, odpowiednim czasie, przychodzą do niego jego opiekunowie, aniołowie i uświadamiają mu kim jest. Albo wychowują się wśród innych aniołów. Wtedy są pełnymi aniołami. Jeśli jednak tak jak w przypadku pierwszego zdarzenia, gdy dorastają wśród ludzi są pół- człowiekiem, pół-aniołem. Mają ludzkie ciało, głos, umiejętności, żyją na ziemi, a w nocy wyruszają pomagać. Tak właśnie było ze mną.
„Każdy ma prawo marzyć inaczej”
Rozwinęłam skrzydła. Jak to się dzieje, że nie widać ich w środku dnia? Proste, stają się niewidzialne i po prostu znikają.  Anielska historia, jej zasady i zwyczaje, dla zwykłych śmiertelników stanowią nie lada zagadkę. Moje ciało wzbiło się w górę, unoszone, na białych piórach, które powiewały wraz z wiatrem. Leciałam do moich podopiecznych. Tak nazywamy ludzi, którymi dany anioł się opiekuje. Na świecie jest mało aniołów w porównaniu z ilością ludzi. Dlatego nie jest tak jak wy mówicie. Jeden anioł przypada na kilku ludzi, żaden z Was nie ma własnego Anioła Stróża, musi dzielić się nim z innymi. W momencie, gdy unosiłam się w górze, moja poświata rozbłysła i promieniowała wielkim ciepłem. Skrzydła wykonywały coraz szybsze ruchy, a w mojej głowie coraz więcej podopiecznych dawało o sobie znać.
Piękno syci tylko oczy, słodycz usposobienia oczarowuje duszę.
Głosy w mojej głowie zaprowadziły mnie na szczyt Big Bena. Przerażenie ogarnęło moją duszę. Na jego szczycie stał człowiek, z jego oczu płynęły łzy, ocierał, je drżącą ręką, pokonywał barierkę. Przyspieszyłam. Podleciałam do niego, właśnie przekładał drugą nogę… Złapałam go w ramiona, otuliłam skrzydłami, wszystkie jego troski przeszły na mnie, a chwilę potem zniknęły oddalając się na bezpieczną odległość. Mężczyzna nie wiedział, że ja tutaj jestem. Dla niego byłam niewidzialna. Tak to działa. Anioły odciągają ludzi od robienia złych rzeczy, pomagają zapomnieć o problemach, ratują życie, poświęcając własne. Postać oddalała się idąc jeszcze chwiejnym krokiem. Takie widoki spotykałam często, nawet bardzo często. Ludzie myślą, że śmierć to rozwiązanie. Nie mają świadomości, jak się mylą, a gdy już są tam na górze, dopiero wtedy rozumieją jaki błąd popełnili.
Śmierć jest najcięższym ciosem dla naszych bliskich.
Spojrzałam na zegarek, który pokazywał godzinę 5 nad ranem. Z powrotem wzbiłam się w powietrze, skrzydła  trzymały mnie już ostatkami sił. Doleciałam pod drzwi domu, po cichu otworzyłam je i wślizgnęłam się do domu. Nagle zapaliło się światło w salonie. Na kanapie siedział nie kto inny jak Harry. Zmieszałam się.
- Gdzie byłaś?
- W kuchni po wodę-skłamałam.
- 3 godziny? Nie kłam.
- Gdzie byłaś?
- Harry, przepraszam, nie mogę Ci powiedzieć.
- Zdradzasz mnie? – nogi się pode mną ugięły. Jak on mógł tak pomyśleć?
- Odpowiedz. Wymagam tak dużo?
- Harry proszę- z moich oczu popłynęły łzy- Posłuchaj…
- Co mam słuchać?! Mam spokojnie spać, gdy moja dziewczyna zdradza mnie na lewo i prawo?!- przerwał mi w połowie zdania i zaczął krzyczeć. Zabolało, cholernie zabolało.
- Nie krzycz na mnie! Posłuchaj mnie chociaż przez chwilę, potem odejdę. Obiecuję.
- Masz 10 minut.
-  Pamiętasz, jak Twoja mama miała wypadek? Była wtedy z Gemmą? A ty w trasie.
- Czemu mieszasz w to moją rodzinę?!
- Pozwól mi skończyć. Ja wtedy dostałam zadanie. Kiedy siedziałeś nad ich grobem, płakałeś, bolała Cię ich strata. Patrzyłam na to zdarzenie, na Ciebie.
- Co to ma do rzeczy ze zdradą?!
- Możesz mi się nie wcinać?! Ale nie patrzyłam z boku, nie było mnie obok Ciebie. Ja byłam na górze. I dostałam zadanie. Każdy anioł tak ma. Dostaje misję.
- Jesteś aniołem?! Niezła wymówka!
- Harry! Nie wierzysz?! Zaraz ci pokażę. Ubierz się.
- Po co?
- Chcesz znać prawdę? Za wszelką cenę?
- Tak.
-  A ufasz mi? – przełknął gule w gardle. Czułam, że mi nie wierzy, wiedziałam to. Anioły mają niezwykłe dary. Potrafią otworzyć zakamarki każdego serca i umysłu, stąd ta moja pewność.
- Tak, ufam.
- Na ile?
-Sto procent.
- Chodź- pociągnęłam go do drzwi. Wyszliśmy na mroźne powietrze.
- Co ty wyprawiasz?!
- Możesz być ciszej? Odejdę i słowa dotrzymam, ale jeśli chcesz znać tajemnicę, to musisz mi zaufać.
Chwyciłam go za rękę, delikatnie rozłożyłam skrzydła, których siły troszeczkę się zregenerowały przez te kilka minut.
- Przytul mnie i się nie bój.
Objął mnie a ja przytuliłam go z całej siły. Wzbiliśmy się w powietrze. Zabrałam go tam, gdzie mieszkał uratowany przeze mnie człowiek. Byliśmy niewidzialni, jak duchy. Moja poświata rozświetlała nam mrok, umożliwiając nam dobrą widoczność.
Mężczyzna , Tom, bo tak miał na imię wrócił do domu. Przy kuchennym stole siedziała jego żona. Gdy tylko ujrzała postać męża od razu do niego podbiegła i przytuliła.
- Widzisz, gdyby nie to, że dzisiaj mnie nie było, Tom już dawno byłby na górze.
Harry milczał. Po chwili wyszeptał z niedowierzaniem:
- Czyli to prawda?
- Tak, to prawda, jestem aniołem, ale na wpół też człowiekiem.
 Zabrałam go w dalszą podróż. Pokazywałam mu wszystkich ludzi. Wlecieliśmy do tunelu. W nim leżała kobieta, cała zmarznięta. Postawiłam Harry’ego  na ziemi i podeszłam do staruszki. Wzięłam ją w objęcia, nakryłam skrzydłami i przekazywałam jej trochę mojego ciepła i miłości. Potem z powrotem polecieliśmy.
- Gdy Twoja mama i siostra zginęły, ja dostałam zadanie. Miałam Cię uszczęśliwić, sprawić, że znowu będziesz się uśmiechał, że nie zrobisz sobie krzywdy.
- Czyli ty mnie nigdy nie kochałaś? Wypełniałaś tylko swoje zadanie? – w jego zielonych tęczówkach pojawiły się łzy.
- Nie, to nie miało tak być. Miałam pojawić się w Twoim życiu, rozweselić i opuścić. Ale to wymknęło się spod kontroli. Ja Cię pokochałam. Dlatego zostałam. Lecz aniołem nie zostaje się tylko dla zabawy. Musiałam wypełniać moje obowiązki, to część mojego życia.
- Przepraszam, przepraszam, że myślałem, że mnie zdradzasz. Wróćmy do domu.
- Tak, tylko ty wrócisz sam.
- Co?
- Chciałeś poznać tajemnicę, za wszelką cenę. Tą ceną była utrata mojego życia na ziemi.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- A uwierzyłbyś mi? Potrafiłbyś? – nie odpowiedział. Po chwili staliśmy już na ganku. Wypuściłam go z objęć, delikatnie musnęłam jego wargi, przytuliłam ostatni raz.
- Kocham Cię – powiedziałam to ostatni raz.
- [T.I.] nie odchodź, nie zostawiaj mnie. Kocham Cię, bez Ciebie moje życie nie ma sensu.
- Ja Ciebie też. Nie zapomnij.
Czasami tracąc uświadamiamy sobie co mieliśmy. Niestety już za późno, by odwrócić czas i zmienić zdanie.
Odleciała. A wraz z nią cząstka niego. Od tego zdarzenia minęły dwa lata. Cierpi on, cierpi ona. Jaki to miało sens? Dzisiaj Harry kończy 20 lat. Chciał świętować z [T.I.] ,  ale jej już nie ma. Siedzi na barierce mostu i czeka, wspomina, myśli. Wszystkie chwile z nią, z jej wiecznym uśmiechem, promieniejącą twarzą, delikatnymi rysami, długimi włosami, którymi tak kochał się bawić i ustami, które tak kochał całować. Brakuje mu nie tylko osoby fizycznej. Dusza, która zawsze go pocieszała, była w najtrudniejszych chwilach życia zniknęła razem z ciałem.
Ten, który kocha staje się zaślepiony wobec przedmiotu swojej miłości.
Przechylił się przez barierkę, puścił jedną rękę, zawahał się. Nie potrafił, ale życie bez niej nie ma już sensu. Już, już miał puścić się obręczy, gdy poczuł mocny uścisk. Wzbił się w powietrze razem z nieznaną mu istotą. Odstawiła go z powrotem na grunt. Wtedy ją zobaczył.
Tak samo piękna jak przed laty, promieniowała empatią, w jej 0czach widać było rozczulenie, strach, o jego osobę. Otworzyła ramiona, podniosła skrzydła, a on wtulił się w nią, z tak wielkim uczuciem, jakiego jeszcze nigdy nie doznał. Białe skrzydła owinęły jego plecy, ramiona, tym samym dostarczając ciepło i spokój.
- Wróciłaś- szepnął, przepełniony nadzieją, że jej odpowiedź zwiększy jego szczęście.
- Tak, już na zawsze.
Jednak istnieją w życiu sprawy, które,  bez względu z której strony byśmy na nie patrzyli, są zawsze tak samo ważne dla wszystkich. Miłość jest jedną z nich.


~ by Agata.

czwartek, 17 stycznia 2013

# 195 . Larry .



Pamiętasz ich pierwsze spotkanie? Kiedy to za czasów X-Factora stali się dla siebie, jak bracia? Ale między tą dwójką zawsze było coś więcej. Te ukradkowe spojrzenia, chichoty, rzeczy o których wiedzieli tylko oni. Od razu złapali ze sobą świetny kontakt, uznali że mogliby zamieszkać razem, po czym zrobili to. Na dodatek Harry był niepełnoletni, a musiał przeprowadzić się do Londynu. Nie będę Cię przekonywać, że między nimi jest coś więcej niż zwykła przyjaźń czy też nie. Bo nie od tego tu jestem. Nie osądzam Eleanor, mimo wyrobionej już opinii na jej temat. Chcę Ci tylko uświadomić, czytelniku, że już nie jest tak, jak było kiedyś. Skończyło się, odeszło w dal. Chcę Ci tylko opowiedzieć historię, która przecież mogła się zdarzyć. Bo niby czemu nie?



 Domu rodzinnego się nie zapomina.

Louis spakował ostatnie rzeczy, pakując je do wielkiej przepastnej torby podróżnej. Rozglądnął się dookoła swej dawnej sypialni, zastanawiając się czy aby na pewno niczego nie zapomniał. Westchnął, zakładając torbę na ramię. Zostawiał tu mnóstwo wspomnień. Szczególnie tych szczęśliwych, radosnych, ale i pełnych gniewu. Przecież w każdej przyjaźni zdarzały się zgrzyty. Ale pomimo to, to był jego dom. Tak, nie bał się użyć tego słowa. Te dwa krótkie lata, które tu spędził razem z Harry'm mocno wyryły się w jego pamięci i, mimo że właśnie się wprowadzał do nowego mieszkania, gdzie zamieszka ze swoją dziewczyną, to mieszkanie będzie zawsze jego domem. Ciepłym, bezpiecznym, rodzinnym, do którego uwielbiał wracać po męczących podróżach. Nie zwlekał z odejściem. Każda minuta zwłoki oznaczała kolejne minuty cierpienia i wyrzutów sumienia, że zostawia tu Harry'ego samego. W końcu taksówka już czekała na dole, gotowa zawieźć go do jego nowego miejsca, które od dzisiaj będzie jego domem. Przeszedł szybkim krokiem do przedpokoju, chwytając za klamkę, kiedy usłyszał głos dochodzący z głębi mieszkania.

- Klucze zostaw na komodzie. - Drgnął. Był pewien, że jego przyjaciel szwęda się gdzieś po mieście. A może on sam nie zauważył go, zbyt zajęty pakowaniem się? Przymknął drzwi, które zdążył już w połowie otworzyć i położył torbę na podłodze. Zaglądał do reszty pokoi, lecz stały one puste. Dopiero w salonie ujrzał otwarte drzwi od balkonu. Podszedł bliżej, rozsuwając firankę. Harry siedział tam sam, odwrócony do niego tyłem, patrząc w gwiazdy i dzierżąc w dłoniach butelkę z piwem. Przyłożył ją do ust, upijając łyk bursztynowego napoju, który wlał choć trochę ciepła w jego zmarznięte ciało. Poczuł gorzki smak piwa, dzięki czemu choć jedna tysięczna cząstka jego ciała przestała być trzeźwa. Przestała krzyczeć i wyć z bólu, chcąc za wszelką cenę pozostawić Louisa przy swoim boku.

- Tak, nadal tu jestem. Zdziwiony? – Louis zadrżał na dźwięk tych słów. Jego najlepszy przyjaciel nigdy się tak nie zachowywał. A już na pewno nie w stosunku do niego. Harry sam się zdziwił, że wypowiedzenie tych słów przyszło mu z taką łatwością. Ale czy na pewno? Więc co tu robią te łzy skrzące się w kącikach jego oczu? Powinien dać sobie spokój, przestać odgrywać te szopki, ale… Nie potrafił. To bolało. Tak cholernie bolało. Zdziwił się, kiedy kątem oka zauważył swojego przyjaciela nadal stojącego za nim. Był pewny, że już dawno odszedł i odjechał do swojego nowego domu. Zauważył, jak brunet zadrżał z zimna, mimo płaszcza, który miał na sobie. Już chciał wstać i go przytulić, jak to zawsze robił, kiedy uświadomił sobie okropną rzecz. Już nie jest tak, jak kiedyś. Zawsze zamieni się w nigdy. Zamiast tego, chcąc powstrzymać łzy cisnące się od oczu i chcące za wszelką cenę utorować sobie drogę po jego policzkach, wypił kolejny łyk z butelki. Jedna, pojedyncza łza zdążyła popłynąć po jego policzku, ale szybko ją starł, dziękując Bogu, że Louis nie jest w stanie jej zauważyć.

- Też będę za tobą tęsknić – wyszeptał Louis sam do siebie tak cicho, iż był pewien, że młodszy z chłopców nie usłyszał tego. Jak bardzo się mylił.

Kiedy Harry upewnił się, że został już sam, zaczął płakać jak małe dziecko, dając upust wszelkim emocjom, które kłębiły się w nim już decydowanie za długo.



Louis wpakował już ostatnią torbę do taksówki, zatrzaskując bagażnik. Już miał wsiąść do auta, kiedy jakiś skrawek przykuł jego uwagę. Kartka odwrócona wierzchem do dołu, wyglądała jakby ktoś brutalnie ją rozerwał. Obok niej, kilka metrów dalej, zauważył drugi taki sam fragment. Podniósł obie te części, podchodząc bliżej latarni, by jej światło mogło mu oświetlić to co trzymał w rękach. Odwrócił jedną część, na której ujrzał Harry’ego. Chłopak uśmiechał się od ucha do ucha, uwydatniając dołeczki w policzkach. Jego oczy wprost błyszczały radością. Obejmował kogoś, lecz w tym momencie zdjęcie zostało oderwane. Louis znał to zdjęcie i był niemal pewien, co ujrzy na drugim fragmencie. Z bijącym sercem odwrócił je. To był on sam. Tak samo uśmiechnięty, wręcz trykający radością. Przyłożył dwa kawałki do siebie. Pasowały idealnie. Spojrzał do góry, skąd widział ich balkon. Poprawka. J eg o balkon. Nadal tam siedział z butelką piwa w ręku, wpatrując się tępo przed siebie. Jego oczy błyszczały w świetle księżyca, czyżby od łez?

Już chciał schować te dwa fragmenty do wewnętrznej kieszeni płaszcza, kiedy coś przykuło jego uwagę. Data i dwa zdania.

23.07.2011. Przyjaciele na zawsze. I nikt nigdy nas nie rozdzieli.

Nie wytrzymał, rycząc jak małe dziecko. Spojrzał ponownie do góry, niemal krzycząc i błagając w myślach, by Harry spojrzał w dół i go zauważył. Lecz nic takiego się nie wydarzyło. Więc cały zalany łzami wsiadł do taksówki, odjeżdżając na dobre.



Harry pamiętał, jak rozdzierał to zdjęcie. To było tego samego dnia, kiedy Louis oznajmił mu, że się wyprowadza, by zamieszkać z Eleanor i przyjechał, by spakować swoje rzeczy. Loczek w złości otworzył swój album ze zdjęciami, odłączając to zdjęcie od reszty. Poszedł na balkon i rozdarł je na pół, puszczając wolno na wietrze. Kilka minut później Louis przyjechał i zaczął się pakować. Odganiając te wspomnienia, Harry dopił butelkę i wrócił do wnętrza, zamykając uprzednio drzwi od balkonu. Wyrzucił butelkę do kosza pod zlewem w kuchni i poszedł do swojego pokoju. Każde miejsce, kąt w tym mieszkaniu przypominało mu o wspólnych chwilach z Louis’em. Padł na swoje łóżko, mocno wtulając się w kołdrę i zaczął płakać.

 Mijały dzień za dniem. Godzina za godziną, minuta za minutą, sekunda za sekundą. Wracał tam niemal co wieczór, obserwując swojego najlepszego przyjaciela na balkonie. Siedział tam jak wtedy, tępo wpatrując się w jakiś punkt usytuowany gdzieś w przestrzeni naprzeciw niego. Często wydawało mu się, że oprócz butelki alkoholu w dłoniach, widział łzy w jego oczach. Jednak nie mógł tego stwierdzić przez istniejący mrok.

I tym razem tu przyszedł, ledwo udając mu się wymknąć z domu. Eleanor zaczęła coś podejrzewać, kiedy już któryś raz z kolei wychodził z domu, wykręcając się tym, że zapomniał czegoś kupić, albo że właśnie umówił się na spotkanie ze znajomymi.  I tym razem tak było, kiedy powiedział jej tą samą wymówkę. Nie chciała mu na to pozwolić, już się ubierała, aby pójść z nim, ale on szybko chwycił płaszcz i jak wichura wybiegł z domu, trzaskając za sobą drzwiami. 

Stanął pod balkonem, lecz tym razem nikogo tam nie zobaczył. Zamiast tego światło przedzierało się przez okno jego dawnej sypialni. Często kiedy któryś z nich nie potrafił zasnąć lub po prostu potrzebował bliskości, szedł w nocy do tego drugiego, bez słowa kładąc się do łóżka i wtulając w swojego przyjaciela. To było takie normalne.

Louis wziął głęboki oddech i popchnął lekko drzwi furtki, które o dziwo były niedomknięte. Ruszył ścieżką prowadzącą do drzwi frontowych, a jego serce waliło mu jak młotem, jakby zaraz miało wyskoczyć z jego piersi. Już podniósł dłoń zwiniętą w pięść, by zapukać, kiedy zamiast tego po prostu nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły, co było kolejną rzeczą, która go zaskoczyła. Całe mieszkanie było skąpane w ciemnościach, a jedynym źródłem światła była poświata latarni zza okna na ulicy oraz blask żarówki z góry. Stał chwilę w przedpokoju nasłuchując, ale jedyne co słyszał to martwą ciszę.

Nagle poczuł, jak cała krew odpływa mu z twarzy, kiedy do głowy przyszła mu okropna myśl. A co, jeśli Harry coś sobie zrobił i już od kilku godzin leży… martwy? Nie! Nie mógł tak myśleć. Podążając za poświatą światła dochodzącą z góry, przeskakiwał po dwa stopnie schodów, najszybciej jak mógł, nie zważając, że zaraz Harry może go wyprosić, jeśli tylko… Lekko dysząc, uchylił lekko niedomknięte drzwi jego dawnej sypialni i… zamarł.

Loczek spał zwinięty w kłębek, w pozycji embrionalnej na jego dawnym łóżku, ubrany w jego starą koszulkę, którą pewnie musiał pominąć podczas pakowania, a która pewnie leżała na samym dnie szafy. W rękach trzymał maskotkę, której bliźniaczka stała na półce w pokoju Louis’a. Kiedyś kupili sobie dwa takie same pluszaki, z napisami na koszulkach. Louis miał „I love Harry”, a Harry „ I love Louis”. Łzy napłynęły do jego oczu. Zauważył lekko podkrążone i zaczerwienione oczy Styles’a, co wyglądało jakby nie spał, tylko płakał od kilku dni. Serce ścisnęło mu się z rozpaczy, łzy napłynęły do oczu. Zakrył dłonią usta, nie chcąc, by wydobył się z nich głośny, spazmatyczny szloch. Jak najszybciej wydostał się stamtąd, uciekając jak tchórz.



Musiał minąć tydzień, by Louis był w stanie tam wrócić. Tym razem był także gotów, by zapukać do drzwi i skonfrontować się z rzeczywistością. Przeszedł ostatnie kilka metrów dróżką wiodącą do frontowych drzwi i, wziąwszy głęboki wdech, zapukał. Odczekał kilkanaście sekund i zapukał ponownie, gdyż nikt mu nie otworzył. Już miał powtórzyć po raz trzeci tę czynność, gdy drzwi się otwarły. Jego serce galopowało, gdy podniósł wzrok i ujrzał przed sobą wysokiego mężczyznę, który z pewnością nie był Harry’m. Zamarł i zapomniał, czemu w ogóle się tu znalazł.

- Mogę w czymś pomóc? – odezwał się czterdziesto paroletni mężczyzna.

- Um, mogę rozmawiać z Harry’m Stylesem? – spytał, wyraźnie skonfundowany. – Właścicielem mieszkania – dopowiedział, w razie gdyby mężczyzna nie pojął, o co mu chodziło.

- Z tego co mi wiadomo, ja jestem teraz właścicielem mieszkania. Pan Styles sprzedał mi je tydzień temu.

Louis wybąkał jakieś nieskładne przeprosiny i natychmiast zawrócił.

Harry nie pojawił się na próbie następnego dnia. Zamiast tego, management oznajmił im tylko, iż brunet wziął urlop i wyleciał na wakacje. Data jego powrotu była wielką niewiadomą. Mijały już dwa tygodnie, a on nadal nie dawał znaku życia. Louis obawiał się najgorszego. Tego, że Harry’emu coś się stało. Szedł właśnie uliczkami miejskiego parku, gdy całkowicie rozbity emocjonalnie, usiadł na ławce, a łzy mimowolnie popłynęły po jego twarzy. To była jego wina. Tylko i wyłącznie. To on się wyprowadził, on ciągle tchórzył i uciekał przed rozmową. A teraz? Schował twarz w dłonie, uradowany iż park o tej porze świecił pustkami. Na dodatek uświadomił sobie coś bardzo ważnego. Niespodziewanie usłyszał swoje własne imię, lecz w jeszcze większe zdumienie wprawiła go osoba, która to imię wypowiedziała.

- Louis? – przed nim stał Harry. Ten sam osiemnastolatek z brązowymi lokami na głowie, teraz trochę mniej sprężystymi i bardziej matowymi, z tymi samymi dołeczkami w policzkach, które aktualnie nie były ukazane. Jego ubrania były z lekka pomięte, a on sam wyglądał jak duch siebie samego sprzed lat. Ale to był wciąż ten sam Harry. Jego Harry, którego tak bardzo…

- Co ty tu robisz? – spytał starszy z nich, zadzierając do góry głowę i nawet nie ocierając łez, które nadal płynęły z zapuchniętych oczu.

- Właśnie wróciłem z Ameryki, gdzie spędziłem dwa tygodnie. Byłem w studio, ale chłopcy mi powiedzieli, że wyszedłeś się przejść.

- Skąd wiesz, że tu jestem?

- Louis – młodszy przysiadł na ławce, delikatnie się uśmiechając. – Kto cię zna lepiej niż ja sam?

Louis pokręcił głową, jakby chciał temu zaprzeczyć. Ta rzeczywistość za bardzo w niego uderzała, powodując kompletne ogłupienie.

- Byłem tam – wyszeptał, spuszczając wzrok i pozwalając łzom kapać na ziemię. – Po mojej wyprowadzce przychodziłem do naszego wspólnego domu niemal codziennie. Chciałem z tobą porozmawiać, widziałem jak cię to niszczyło, ale… Nie potrafiłem. Jestem tchórzem.  Czemu wyjechałeś? – spytał znienacka.

- Potrzebowałem przemyśleć parę spraw – odparł wymijająco Harry, odrywając wzrok od Louisa, którego obserwował przez ostatnie kilka minut.

- Jakich spraw? – drążył Louis.

- Między innymi musiałem rozgryźć swoje uczucia. Te w stosunku do ciebie.

- Ja swoje już rozgryzłem, tak myślę. – Louis powoli dochodził do sedna sprawy, chcąc wyznać loczkowi to, co sobie oświadomił stosunkowo niedawno. – Harry… - nareszcie odwrócił się w jego stronę, lekko biorąc jego dłoń w swoją. – Nie chcę już się ukrywać z tym co naprawdę czuję. Nie chcę już udawać, że jestem szczęśliwy z Eleanor. Myślę, że ja cię…

Nie dane było mu dokończyć, gdyż Harry poderwał się z miejsca, wyrywając swoją dłoń z uścisku.

- Nie! Nie! – wykrzyknął, zakrywając sobie uszy rękoma. Zdziwiony Louis wstał, gotów uspokoić młodszego, gdyby ten dostał ataku paniki.

- Co się stało? – spytał łagodnie, chcąc podejść do Harry’ego, lecz ten natychmiastowo się odsunął, uniemożliwiając jakikolwiek kontakt.

- Właśnie dlatego wyjechałem. Chciałem się pogodzić z tym, że jest jak jest, i że nigdy nie będzie tak, jak chcemy, żeby było.

- Ale to się może stać. – Louis wyciągnął rękę w jego kierunku, która natychmiast została odepchnięta.

- Nie będzie. Ty jesteś z Eleanor, a ja… - jego oczy zaświeciły się od łez, oddech przyspieszył i wyglądało na to, że zaraz nadejdzie atak. – A ja to ja. Louis, nie chcę cierpieć, słyszysz? Nie chcę. – ostatnie zdanie wyszeptał, a bariera pękła. Zaczął płakać, nie potrafiąc tego zatrzymać. Louis natychmiast znalazł się blisko niego, porywając go w mocny uścisk. Harry schował twarz w zagłębieniu jego szyi, szeptając:

- My nigdy nie będziemy razem, Louis. Nigdy.

Brunet lekko odsunął od siebie Harry’ego.

- A kto tak powiedział? – powoli zmniejszył dzielący ich dystans, aż usta zetknęły się w delikatnym i słodkim pocałunku. Wiedzieli, ze to pierwsza i ostatnia taka chwila. Że potem znów trzeba będzie udawać.

- Ale to w porządku. Bo ja dam radę, jeśli tylko będziesz obok. – dokończył Harry, ponownie wtulając się w Louis’a. Tkwili tam jeszcze przez kilka minut, aż odeszli, wracając do tego, co było wcześniej.

Może z tym wyjątkiem, że coś się miedzy nimi zmieniło. Mimo, iż już mieszkali osobno, a Louis nadal był z Eleanor, oni to zdawali się zaakceptować. Bo mieli siebie.
~by Julia

wtorek, 15 stycznia 2013

# 194 . Niall .

Dziś kolej Natalii, lecz wystąpiły u niej pewne problemy techniczne, dlatego ją zastępuję.
Przepraszam... Miałam napisać coś realistycznego, prawdopodobnego, a wyszło <znów> coś, czego należy się wstydzić. 
Imagin został napisany na podstawie pewnego pomysłu podsuniętego mi przez film pt.: "Listy do M.". 
Odrobine spóźniona tematyka. Przepraszam za 'naiwną miłość', choć ja wierzę w zauroczenia od pierwszego wejrzenia. ; )


Dzwonek wydał z siebie dobrze mi znany dźwięk, kiedy pchnąłem drzwi i wszedłem do ciepłego, przytulnie urządzonego wnętrza kawiarenki. Ludzie tłoczyli się przy ladzie, trudno było też znaleźć wolne miejsce przy stolikach poustawianych w rządkach wzdłuż boazerii. Puściłem klamkę i wolnym krokiem, rozpinając kurtkę, podszedłem do kontuaru i bez większego zainteresowania przyglądałem się wypiekom umieszczonym za szybką. Kolejka przede mną wolno przesuwała się wprzód, więc co chwila musiałem zmieniać obiekt zainteresowań.
Zadzwonił mój telefon. Wyciągnąłem aparat z kieszeni, a kiedy przeczytałem imię osoby, która zakłóciła mój czas wolny, z westchnieniem odebrałem.
- Słucham.
- Zayn zaprasza nas na nockę – rzekł bez większych ogródek Harry, a w słuchawce coś zaszeleściło. – Louis, do jasnej cholery, zostaw te gazety… To jak?
- Kiedy? – zapytałem, czyniąc krok naprzód.
- Z soboty na niedzielę. Będzie Liam, Dan, Perrie, ja i Lou też.
- Okej, wpadnę – potwierdziłem, po czym  pożegnawszy się i zamieniwszy ze Stylesem jeszcze kilka słów, rozłączyłem się.
Gwar i tłok, który panował w kafejce przyprawiał mnie o ból głowy, choć nie wiedziałem, czy to jedyny powód. Od siedmiu godzin nie miałem nic w ustach i przez to stawałem się drażliwy.
- Dzień dobry! W czym mogę służyć? – usłyszałem radosny dziewczęcy głos, więc podniosłem oczy.
Za ladą, w białym fartuszku, spod którego widać było niebieską bluzeczkę stała drobna dziewczyna o delikatnych rysach twarzy, z falowanymi brązowymi włosami okalającymi jej zarumienioną buzię. Zielone oczy błyszczały serdecznością, a malinowe usta, słodko rozchylone, ułożone były w piękny uśmiech, który aż się prosił o odwzajemnienie.
Poczułem ciepło zalewające mnie od środka. Cudowna, mała istotka uśmiechająca się do mnie spowodowała, że nagle w zatłoczonym pomieszczeniu zrobiło się gorąco, wręcz parno, ale i też jasno, jakby z nieba stąpił anioł.
- Cześć – wymamrotałem cicho, oblewając się rumieńcem. – Poproszę… Rurkę z kremem.
- Coś do picia? – spytała dziewczyna, mrugając do mnie jednym okiem i notując moje zamówienie w komputerze.
- Kawa.
- Na wynos? – i znów ten cudowny uśmiech.
- Nie, nie, na miejscu – zapewniłem ochoczo, po czym zapłaciłem, a kiedy jej delikatna dłoń otarła się o moją poczułem jakby prąd przeszywający moje ciało. Ktoś mi powie, co się ze mną dzieje?
- Rusz się człowieku – rozległ się burkliwy głos tuż za mną, a jego właściciel przepchał się przede mną i złożył zamówienie.
Balansowałem pomiędzy stołami szukając wolnego miejsca, kiedy pewna para wstała i zwolniła siedzenia w kącie sali. Zdjąłem kurtkę, przewiesiłem ją przez oparcie fotela i zapadłem się w nagrzane poduszki wpatrując się w cukierniczkę i czekając, aż ktoś przyniesie moje zamówienie. Niełatwo mi się do tego przyznać, ale miałem ogromną nadzieję, że to nieznajoma dziewczyna zza lady będzie dostawcą.
- Oto pańskie zamówienie.
Chłopak, może w moim wieku postawił tackę na stole i już zamierzał odejść, kiedy zagaiłem:
- Przepraszam, że pytam, ale możesz mi zdradzić imię dziewczyny przy ladzie?
Towarzysz spojrzał na mnie podejrzanie.
- To Tina – rzekł cicho, po czym oddalił się do kuchni, a ja popijając kawę i pałaszując rurkę wwiercałem się ciekawskim spojrzeniem we wspomnianą Tinę.
W kawiarence przesiedziałem godzinę, zbywając kelnerów. W końcu, gdy wskazówki mojego zegarka spoczęły na godzinie 6 po południu, wyszedłem z przytulnego pomieszczenia i udałem się w kierunku hotelu, by po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy, móc ruszyć  do mieszkania Zayna.
~*~
- Niall, co ci?
Odwróciłem gwałtownie głowę od okna, za którym wirowały płatki śniegu i wlepiłem niemrawe spojrzenie w Harry’ego. Podczas ruchu poczułem niemiłe ukłucie w okolicach kręgów szyjnych.
- Co?! A nic, nic, głowa mnie boli…
- No taaak… Wiem coś o tym…
Zagryzł wargi, żeby nie parsknąć śmiechem i posłał znaczące spojrzenie Zaynowi, na którego kolanach siedziała Perrie i próbowała ułożyć słowo ze swojej porcji literek, gdyż graliśmy w Scrabble, a ten wiedząc, co ma na myśli przyjaciel uśmiechnął się delikatnie i pomógł swojej dziewczynie.
- Boże, coście się tak na mnie uwzięli?! – jęknąłem i wstałem z dywanu, po czym poszedłem do kuchni, lecz zdążyłem jeszcze usłyszeć uwagę Stylesa.
- No, no… Nasz blondynek się zakochał!
- Odwal się, Harry! – krzyknąłem i zatrzasnąłem za sobą drzwi.
Długo nie mogłem cieszyć się samotnością, gdyż kilka minut później drzwi od jadalni otwarły się z cichym skrzypnięciem, a na panelach usłyszałem kroki.
- Harry, dajże mi święty spokój, głowa mi pęka… - zacząłem, ale cichy głos przyjaciela mi przerwał.
- To nie Harry, to ja.
Brunet usiadł naprzeciwko mnie i, oparłszy brodę na splecionych dłoniach, wlepił we mnie spojrzenie. Nie było ono natarczywe, ciekawskie, tylko przyjacielskie, pełne zaufania i skore do pomocy.
- Nie patrz tak na mnie – mruknąłem.
- Nie chcę cię do niczego namawiać. Możliwe, że kiedy się wygadasz…
- Harry miał rację. Zakochałem się.
Liam wpatrywał się we mnie przez chwilę z delikatnym uśmiechem. Wstał, obszedł stół i położył swoją rękę na moim ramieniu po czym powiedział ściszonym głosem:
- Jesteś Niall James Horan. Pokaż, na co cię stać. Sądząc po twojej minie, nie odwzajemnia twojego uczucia. Zawalcz o nią!
~*~
Usiadłem w tym samym miejscu, co dwa dni wcześniej. Znów tu była. Ty razem balansowała pomiędzy stolikami z okrągłą tacą na rękach, uśmiechając się przelotnie do klientów i roznosząc zamówienia.
Przeszła obok mnie, obdarzyła uroczym uśmiechem i ponownie wróciła do mojego stolika.
- Coś podać? – zapytała, chwytając tacę drugą ręką.
- Nie, nie, dziękuję, czekam na kogoś, ale ten ktoś się spóźnia – wymyśliłem byle pretekst.
- Na pewno nic pan nie chce? – upewniła się.
Skrzywiłem się na te słowa.
- Nie jestem ‘panem’, jestem Niall – przedstawiłem się, po czym ująłem jej dłoń, którą mi podała i wstając, złożyłem na jej wierzchu przelotny buziak. „Liam, bądź ze mnie dumny!” pomyślałem.
- Miło cię poznać – uśmiechnęła się jakby z nieśmiałością i spojrzała wymownie w stronę stolika, przy którym siedział mężczyzna w średnim wieku z denerwującą się córką. – Wybacz, obowiązki wzywają.
- Jasne, nie przeszkadzam – posłałem w jej stronę delikatny uśmiech, sięgnąłem po kurtkę i obwiązując się szalikiem wyszedłem na dwór.
Przez kolejne kilkanaście dni odwiedzałem kawiarenkę na tyle często, jak tylko pozwalały mi próby i nagrania. Zbliżały się święta, śnieg zaczynał coraz częściej zasypywać ulice, a bożonarodzeniowe ozdoby pojawiały się na latarniach, słupach, w wystawach sklepów… Święta były niemalże namacalne.
Jutro miałem udać się do Mullingaru, by pomóc mamie w przygotowaniach. Zależy, co kto rozumie pod ów „przygotowaniami” – jeśli wyjadanie potraw i tłuczenie bombek wiszących na choince, mógłbym uściskać dłoń temu człowiekowi.
Śnieg rozpadał się na dobre. Ogromne płatki wpadały mi za kołnierz, moczyły włosy, spływały roztopione po gorących policzkach. Kichnąłem i wydmuchałem nos w jednorazową chusteczkę, by mijając najbliższy kosz wrzucić ją do niego i, chowając rękę głęboko do kieszeni i naciągając na twarz szalik, móc udać się do ciepłego, przytulnego miejsca na kawę, ciągnąc za sobą walizkę.
Ponownie otworzyłem drzwi kawiarenki i z rozmachem opadłem na moje stałe miejsce, które, dzięki Bogu, nie było zajęte. Pociągając nosem i walcząc ze zdrętwiałymi z zimna rękami, ściągnąłem kurtkę, po czym podszedłem do kasy, przy której znów stała roześmiana brunetka. Raz kozie śmierć.
- Dzisiaj jest najgorszy dzień mojego życia. Jutro wigilia, a ja jestem przeziębiony, mam gorączkę, spóźniłem się na samolot, zakochałem się w tobie i nie mam żadnych prezentów dla rodziny – wymamrotałem, opierając się o blat. – Podwójne expresso proszę.
Dziewczyna spojrzała na mnie ze zdumieniem, po czym odłożyła notesik na biurko i odpowiedziała delikatnie:
- Przykro mi to słyszeć, może jeszcze złapiesz samolot i kupisz upominki dla najbliższych.
- Ale…? – dodałem, bo czułem, że w jej wypowiedzi tai się drugie dno.
- Ale… Stoisz przed moim narzeczonym.
Otworzyłem szeroko oczy i odwróciłem głowę. Rosły osiłek wlepiał we mnie rozjuszone spojrzenie. Nie trwało to długo – chwilę później leżałem na brudnej od roztapiającego się śniegu ziemi z piekącą od uderzenia szczęką, a zimna woda wsiąkała w moją koszulę i spodnie dając ukojenie dla rozgrzanego organizmu.
Usłyszałem śmiech. Perlisty odgłos niósł się delikatnym echem pomiędzy gwarem klientów, a moment później czyjaś dłoń, niespodziewanie łagodna, miękka i ciepła ujęła moją i pociągnęła w górę.
- Zanim usłyszałam twoją opowieść myślałam, ze to ja mam najgorszy dzień mojego życia – zachichotała dziewczyna wykręcając brzeg mojej koszuli i posyłając mi radosny uśmiech. – Zawsze mogło być gorzej.
Odwzajemniłem gest, mimo że żuchwa bolała mnie niesamowicie. Nieznajoma była miła, słodka i taka radosna. Nie sposób było nie nazwać jej chochlikiem.
- Nie żartuj. Co gorszego mogło mnie spotkać? – zakpiłem, dotykając delikatnie obolałego miejsca. – Właśnie dostałem w twarz od narzeczonego dziewczyny, którą kochałem, mam ponad 39 stopni gorączki, a pozostałe loty do mojego domu zostały odwołane przez złe warunki atmosferyczne.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wyjęła z kieszeni płaszczyka dwie chusteczki, namoczyła je w zimnej wodzie w umywalce znajdującej się trzy metry od nas i wróciwszy, przyłożyła je do mojej brody. Spojrzała mi prosto w oczy.
- Są święta. Magia jest wszechobecna, trzeba tylko uwierzyć. – Delikatny uśmiech rozjaśnił jej twarz.
Położyłem swoją dłoń na jej, którą przyciskała delikatnie do mojej twarzy. Nie odsunęła się. Może miała rację? Wpatrywałem się w ledwie widoczne pieprzyki na jej policzkach i piegi, którymi naznaczony był jej kształtny nosek. Pełne wargi, które rozchyliła w nieśmiałym uśmiechu, przygryzła, a duże, niebieskie oczy przykrywała po części grzywka.
Odwróciłem lekko twarz, po czym spojrzałem w okno. Śnieg ledwie prószył,  wystawy jaśniały blaskiem lampek choinkowych, a ludzie mijający się na ulicy pozdrawiali się, z uśmiechem życząc sobie wesołych świąt. Zaczynało się ściemniać, na niebie można było dostrzec ostry kontur księżyca przypominający rogalik i migoczące wokół niego setki gwiazd.
Przeniosłem spojrzenie ponownie na nieznajomą. Wolną dłonią ścisnęła lekko moją rękę.
- Może masz rację. Święta są magiczne.


~ by Klara.

Za tydzień <środa> imagin się nie pojawi, z powodu spraw osobistych.