środa, 9 stycznia 2013

# 190. Zayn . część 4 .

Przepraszam, zawaliłam...
 _______________________________


[T.I.]…
Długo myślałem nad formą wypowiedzenia moich słów, wyjaśnienia Ci pewnych spraw, aż w końcu po kilku godzinach rozmyślań padło na list. Może uznasz to za staromodne, nudne, ale według mnie tu właśnie na papierze mogę najwięcej Ci powiedzieć, nie nachodząc Cię, co na pewno wzięłabyś za przejaw narzucania.
Nie wiem, czy powinienem pisać o wypadku. Nie wiem, czy go pamiętasz. W każdym razie, widząc Ciebie, w kałuży krwi, słabą, kruchą, drobną, w kusej sukience… Coś we mnie pękło. Podbiegłem do Ciebie. Bałem się o Ciebie – całkiem nieznaną mi istotkę. Robiłem wszystko, co powinienem –pomoc, kontrolowanie Twoich płytkich oddechów, znikomego pulsu… Nigdy nie powiedziałbym, że coś takiego w życiu mi się przydarzy. Słowa nie potrafią oddać tego, jak bardzo się bałem, jak paraliżował mnie strach, gdybyś jednak przestała oddychać…
A wtedy nazwałaś mnie Johnem. I coś… Coś jakby po mnie spłynęło, jakieś bliżej nieznane ciepło. I od tego momentu przyrzekłem sobie, że będę się o Ciebie troszczył, pomogę Ci wyzdrowieć, mimo że nie znałem konsekwencji tego jednego kłamstwa, po którym miała potoczyć się lawina ich dziesiątek. Ale wiedziałem, że taka osoba jak Ty zasługuje na pomoc, zasługuje na danie odrobiny z siebie, ciepła, opiekuńczości, troski.
I'm not perfect
But I keep trying
Cause that's what I said
I would do from the start
I'm not alive if I'm lonely
So please don't leave*
Wiesz, może to nie da Ci do myślenia tyle, ile dało mnie, ale to dzięki Tobie zdałem sobie sprawę, jak kruche i ulotne jest życie, w jak krótkim momencie można je stracić. Rodzina, przyjaciele, sukcesy, porażki… Jedno niedopatrzenie i wszystko może lec w gruzach. Miłość, nienawiść, nadzieja, depresja, troska, ból, uśmiech, smutek… To wszystko czułem będąc przy Tobie. Całkiem przeciwstawne do siebie uczucia. Pozytywne kierowałem ku tobie, te złe czułem do siebie samego. I tak jak pisałem:
Nie jestem doskonały,
Ale ciągle próbuję
Ponieważ tak jak powiedziałem
Zacząłbym od początku
Nie żyję, gdy jestem samotny
Więc proszę nie odchodź.*
Rozumiem, że możesz mieć mnie za psychopatę czy jakiegokolwiek innego negatywnego osobnika i ja nigdy nie będę w stanie wyperswadować Ci tej myśli z głowy. Nie znałaś mnie, a ja to wykorzystałem. Może w nie do końca zły sposób, bo nie doznałaś uszczerbku, a choć odrobinę Ci pomogłem, ale proszę – nie skreślaj mnie. Mnie – Zayna, mnie, który opiekował się Tobą, chorą, obolałą…
Nie wiem, co jeszcze powinienem napisać, by nadać sens temu listowi. Wszystko, co do tej pory tutaj nakreśliłem jest idiotyczne. Zastanawiam się, czy w ogóle Ci go dawać. Ale obiecałem, nie tyle co przyjacielowi, ale też samemu sobie. A, jak możesz wywnioskować po tym co już odstawiłem, niełatwo mi wybyć jakieś postanowienie z głowy.
Wróćmy więc do Ciebie. Przepraszam za to, że gdy okłamałem lekarzy, że jestem Twoim bratem… Pozwoliłem sobie… W chamski sposób poznać Twoją tożsamość. Przepraszam. Naruszałem Twoją prywatność, przebywałem w Twoim domu bez pozwolenia… Wiem, że mnie nienawidzisz. Nigdy więcej już się nie spotkamy, wiem to, ale o wiele lepiej by mi się żyło, gdybyś mi przebaczyła.
When you're caught in a lie
And you've got nothing to hide
When you've got nowhere to run
And you've got nothing inside*
Cieszę się, że jesteś na doskonałej drodze do odzyskania pełni zdrowia. Miło było być choć przez chwilę Twoim bratem. Czuć to, jaka jesteś. John to szczęściarz. Ma cudowną siostrę.
Zayn.

Położyłam kartkę na kanapie koło uda, gdyż nie byłabym w stanie przeczytać tekstu jeszcze raz trzymając papier w dłoniach, które od nadmiaru emocji trzęsły mi się z przerażającą siłą. Zayn… Zayn… Zayn… To imię obijało mi się w głowie podczas czytania całej wiadomości. Jaki Zayn u licha? Wzięłam papier, w który opakowany był list jeszcze raz w dłonie i dokładnie przyjrzałam się kopercie. Na odwrocie, w lewym górnym rogu małym druczkiem wypisano imię i nazwisko nadawcy: Zayn Malik.
~*~
- Masz trzy minuty, żeby tu ogarnąć.
Westchnęłam. Głos z kuchni był na tyle srogi, że wolałam nie dyskutować. Rzuciłam książkę na łóżko, zostawiłam telefon i zeszłam po schodach szurając skarpetkami, o mało nie lądując przy tym na kolanach przed mamą.
- Mamo…
- Dwie minuty, czterdzieści jeden sekund – rzekła nieubłaganie i podążyła z odkurzaczem do salonu, podczas gdy ja chwyciłam za ścierkę i zaczęłam wycierać wszystkie szafki i blaty w kuchni. Odsuwałam meble, zamiatałam i wycierałam podłogę za nimi – zwykłe, świąteczne porządki.
Nadszedł grudzień, cudowny, magiczny czas. Siedem miesięcy minęło jak z bicza strzelił, tym bardziej zasługą był w tym wspólny wyjazd z mamą na Kretę. Dwa miesiące leniuchowania, zwiedzania, fotografowania – raj na ziemi!
Jakże ciężko wrócić było z ciepłych krajów wprost do jesiennej Anglii, gdzie temperatury w październiku nie przekraczały 10 stopni… Ale dwa miesiące po naszym powrocie nastał czas śniegu, choinek, bombek, łańcuchów, świeczek, lampionów, lampek, reniferków i Mikołajów, których w całym domu walało się około sto sztuk. Cudowna atmosfera, zapach choinki, żywicy, lasu, który unosił się w całym domu wraz z kolędami puszczanymi z płyty sprawiały, że do takiego domu chciało się wracać.
Ocknęłam się z rozmarzenia, kiedy moja ręka natknęła się na obcy przedmiot. Spanikowana, szybko wyciągnęłam dłoń, by po chwili, przyświecając sobie latarką, móc dostrzec kuchenny notesik z grubą warstwą kurzu na grzbiecie. Wyjęłam go i przetarłam szmatką, po czym dokończyłam porządki.
- Doskonale! Zostaje tylko przygotowanie jedzenia! – powiedziała uradowana mama, wkraczając do kuchni.
- A John? Nie pomoże nam? – spytałam z nadzieją, gdyż nie widziałam brata od ponad trzech miesięcy.
- Przyjedzie dzień przed wigilią.
Odmruknęłam coś niezadowolona i wzięłam znaleziony notesik w ręce. Przekartkowałam go, a gdy dostrzegłam po środku zapisaną stronę, wróciłam do niej.


Kiedyś odzyskasz pamięć, a więc przyda się kilka słów wyjaśnienia. Pewnie i tak  tego nie przeczytasz, ale wiedz, że chciałem dobrze. Jeśli kiedyś zechcesz… Porozmawiać, spotkać się w cztery oczy, dowiedzieć się, dlaczego tak postąpiłem… Wiedz, że drzwi mojego domu znajdujących się o trzy przecznice od Twoich są zawsze dla Ciebie otwarte. Mam nadzieję, że jednak ta karteczka wpadnie w Twoje ręce i całkiem mnie nie skreśliłaś. Zayn.
Na dole znajdował się dokładny adres domostwa, który został podkreślony. Skorzystałam na tym, ze mama stała odwrócona do mnie plecami i wyrwałam karteczkę, po czym schowałam ją do kieszeni spodni.
- Kakao? – padło pytanie.
- Jasne – wymamrotałam ucieszona, po czym pobiegłam na górę, by po umyciu rąk, móc wrócić na dół i usiąść na dywanie przy ubranej i zapalonej choince razem z mamą, trzymając w ręku parujące kakao. Kochałam takie święta.
~*~
Popatrzyłam na brata spod wilka.
- Wciskaj taki kit idiotom, braciszku.
- Ale naprawdę, jakiś brunet pytał się o ciebie, mówił coś o wypadku i o tym, że jestem do niego podobny. Jeśli patrzeć na przystojność – rzeczywiście, choć ja nadal go przewyższam, ale…
- Kretynie, pytam po raz drugi – JAK SIĘ NAZYWAŁ?!
- Jakoś… Zejen… Zejan… Zejin… Przedstawił się, ale…
- Zayn? – spytałam i w głębi duszy zakiełkowała we mnie nadzieja.
- Możliwe. MAMO, GDZIE SĄ POSYPKI DO PIERNIKÓW?!
- Zamknij się, mama wyszła do supermarketu! – Podeszłam do Johna i chwyciłam jego koszulkę od przodu. – Gadaj jeszcze raz, ale powoli i zrozumiale. Byłeś w sklepie…
- Byłem w sklepie na rogu, u pani Smith. Kupiłem paczkę papierosów… - zamilkł raptownie i wytrzeszczył na mnie oczy.
- Mamusia nie będzie zadowolona, ze znów palisz – wypaliłam, ale dodałam już bez chytrego uśmieszku: - Kontynuuj.
-… wyszedłem i wtedy na mnie wpadł. Powiedział, że mu kogoś przypominam, a potem nagle zamilkł i po chwili wyszeptał coś z twoim imieniem, że mu ciebie brakuje, że teraz wie, dlaczego tak go nazywałaś, że rzeczywiście jesteśmy podobni… AŁA!
- Przepraszam! – krzyknęłam, kiedy z miejsc, gdzie wbiłam mu paznokcie zaczęły pojawiać się malutkie kropelki krwi, którymi przesiąkała koszula. – Powiedz mamie, że wrócę przed kolacją.
Założyłam płaszcz, owinęłam się szalikiem, nałożyłam czapkę na zmierzwione włosy i w biegu wciągałam kozaki, kiedy mój brat mamrotał do siebie: „Ona już całkiem zwariowała…”.
Zimno przedostało się przez grube płachty ubrania, kiedy biegłam pomiędzy zaspami śniegu szukając w kieszeniach karteczki z wiadomością od Zayna i z adresem jego mieszkania. O mało co nie wpadłam pod samochód sąsiadki z naprzeciwka i nie rozdepnęłam kota, który wybiegł spod ławki, którą mijałam.
Jedna przecznica, następna, jeszcze kolejna i nareszcie znalazłam się na ulicy, którą opisał. Przypatrywałam się mijanym domom, szukając interesującego mnie numeru i w myślach układając sobie plan mojej wypowiedzi.
Po dwóch minutach marszu nareszcie odnalazłam owe domostwo i przystanęłam przed wejściem, by wziąć oddech. Mroźne powietrze kłuło mnie w gardło, więc postanowiłam dłużej nie czekać. Wcisnęłam dzwonek i kiedy rozbrzmiał melodyjny dźwięk zaczęłam panikować. Co mu powiem? Dlaczego właściwie tutaj przyszłam? Dlaczego tyle zwlekałam?
- Dzień dobry – usłyszałam kobiecy głos, więc się ocknęłam. Przede mną stała średniego wzrostu kobieta o ciemnych włosach i czekoladowych oczach, które znałam dzięki Zaynowi.
- Dzień dobry. Zastałam Zayna?
- Tak, właśnie wrócił. Proszę, wejdź. Jesteś jego przyjaciółką? – spytała, kiedy zamykała za mną drzwi.
- Y… Coś w tym rodzaju. Nie, nie, zaczekam, chcę mu przekazać tylko krótką wiadomość – wyjaśniłam, kiedy kobieta zaczęła kierować mnie ku salonowi.
- No dobrze, zawołam go – mruknęła z niezadowoleniem, kiedy zdała sobie sprawę, że mnie nie przekona.
Chwilę później zeszła po schodach ciągnąc za rękę wyższego od niej chłopaka, dla którego tu przyszłam. Kobieta, czując nerwową atmosferę, udała się do kuchni, a ja wpatrywałam się w swoje stopy odziane w kozaczki, póki chłopak nie mruknął:
- Przejdziemy się?
Kiwnęłam głową. Zayn przyodział kurtkę, szalik i czapkę oraz buty i wyszliśmy na zaśnieżone podwórko. Drobne płatki wirowały wokół nas i osiadały na moich włosach, ale brnęłam dalej, omijając większe zaspy. Westchnęłam.
- Okej, przyszłam tutaj, żeby porozmawiać. Słucham?
- Czego? – zapytał, zdumiały.
- Miałeś mi coś wyjaśnić. Tak przynajmniej zapewniałeś w liście i notatce w notatniku.
- A tak – zmieszał się, po czym dodał ciszej, chowając dłonie w kieszeniach. – Przepraszam. Nie powinienem był kłamać, kręcić, że jesteśmy rodziną, oszukiwać i ciebie, i moich rodziców, przyjaciół… Po prostu… Nie wiem, jak mam to wytłumaczyć. Nie widziałaś siebie, całej we krwi, tuż obok przejeżdżających aut… Błagam, nie każ mi tego opisywać.
- Pamiętam. Właściwie, pamiętam tylko ból i ciemność, nic więcej, ale oszczędzę ci tego – westchnęłam.
Chrząknął.
- Tak więc… Wpadłem na dość głupi pomysł, że zastąpię ci brata, choćby tylko do powrotu twojej mamy albo do pojawienia się twojego prawdziwego rodzeństwa. Z początku myślałem, że to tylko naiwne kłamstwo, ale później zdałem sobie sprawę, że tak nie jest. Z każdym dniem ilość oszustw się pogłębiała, aż w końcu sam zacząłem się gubić. Okłamywałem rodzinę, przyjaciół, a co najważniejsze – ciebie. Miałem nadzieję, że mi przebaczysz.
- Minęło siedem miesięcy – mruknęłam. – Przepraszam.
- Ty? Za co? – zdumiał się i przystanął.
- Za to, że dopiero teraz przyszłam. Wtedy… Może wtedy można by coś z tym zrobić.
- Ale… Co zrobić? Z czym? – nie rozumiał.
- Wiele się zmieniło. Dużo osób i rzeczy z zewnątrz miało na to wpływ. A ja nie potrafię ot tak zdecydować, czy ktoś, kto wykazał się dobrym sercem, ale przy tym kłamał jest wart tego, by wszystko potoczyło się innym torem. Nie podejmę innej decyzji.
- Czyli nic już tutaj nie zmieni to, że przez te kilkanaście dni zdążyłem się w tobie zakochać? – spytał, jakby próbując się upewnić.
Lekko potrząsnęłam głową.
- Przyszłam się pożegnać.
- Ale dlaczego? Powiedz mi, [T.I.], dlaczego nie chcesz spróbować? Nie jestem wart drugiej szansy?
- Zayn, nie chodzi o ciebie. Główną przyczyną jest moja przeszłość i to, jaki miała ona wpływ na moje teraźniejsze życie - wyjaśniłam szeptem.
- Wytłumacz mi - błagał.
- Wybacz.
Odwróciłam się. Chłopak stał pośrodku chodnika, a ja szybkim krokiem oddalałam się od niego, walcząc z napływającymi łzami. Nie potrafiłabym teraz tak bardzo zagmatwać sobie życia. Przyrzekłam sobie, że nigdy nie stracę kontroli nad swoim istnieniem, a dając szansę Zaynowi mogłabym to zaprzepaścić. Tu nie chodzi o to, że nie mogłabym mu zaufać. Potrafiłabym to uczynić. Miałam na myśli to, że mogłabym się zakochać.
Na zakręcie ulicy zerknęłam przez ramię. Odgarnęłam włosy za ucho, po czym wpatrywałam się przez chwilę w majaczącą postać, by po chwili szepnąć: „Wybacz, Zayn” z nadzieją, że moje słowa zaniesie ku chłopakowi wiatr.


*Słowa i tłumaczenie piosenki Hedley – „Perfect”

-------------------------------

Adnotacja: Bohaterka nie chciała być z Zaynem, gdyż wcześniej została skrzywdzona i potraktowana w brutalny sposób przez byłego chłopaka i to pozostawiło ślad na jej psychice, czego skutkiem jest to, że boi się zawierać nowe związki.

~ by Klara.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

# 188 . Niall .


Dwoje roześmianych ludzi, trzymających się za ręce. Ona - delikatna brunetka o głębokich, czekoladowych oczach, ubrana, w obcisłe rurki granatowego koloru, z wciągniętą w środek granatową koszulą w kratkę i narzuconym na siebie żółtym, rozpinanym swetrem, sięgającym trochę poniżej uda. On - blondyn z niebieskimi oczami głębokimi jak ocean, ubrany w czarne rurki, białe buty, białą koszulkę i marynarkę z podwiniętymi rękawami. Uśmiechnięci, wpatrują się w swoje oczy, zatapiają się w nich, a w myślach krąży im tylko miłość do drugiej osoby. Zachowują się jak delikatne duszki, które swoim szczęściem rozświetlają szary i ponury świat.
Miłość jest niepojęta dla tych, co jej nie dzielą.
Rozsiewają swoją radość wokoło siebie, cieszą się z każdej chwili życia. Życia razem, z ukochaną osobą, dającą to niezwykłe uczucie spełnienia i bycia we właściwym miejscu, o właściwej porze i z właściwym człowiekiem. Chłopak bierze dziewczynę na ręce, w tle majaczy zachodzące słońce, całuje ją delikatnie, a do ucha szepcze jej kilka słów:
- Jesteś moim całym światem, kocham Cię.
- Ja Ciebie też, Niall.
- Obiecaj mi, [T.I.],  że mnie nigdy nie zostawisz, że nigdy nie pozwolisz na to, abym cierpiał, abym cierpiał bez Ciebie.
- Obiecuję.
Gdybyś kiedyś we śnie poczuła, że oczy moje już nie patrzą na Ciebie z miłością, wiedz, żem żyć przestał.
Postawił dziewczynę na ziemi, a ona wtuliła się w jego tors. Kochali się, nie widzieli świata poza sobą, nic się dla nich nie liczyło. [T.I.] wyglądała jak anioł, jej długie włosy opadały lekko  na drobne plecy. Niall patrzył na nią jak na obrazek. Filigranowa postać dziewczyny tańczyła razem z ostatnimi promieniami słońca. On był dla niej jak rycerz, bronił dziewczyny, kochał całym swoim sercem, był w stanie zrobić dla niej wszystko, jak również ona dla niego. Zakochani wracali do domu, opowiadając sobie żarty i przywołując wspomnienia.
Miłość jest męką, brak miłości śmiercią.
Kolejne wspomnienie, kolejny uśmiech na twarzy.
Krucha dziewczyna siedząca na podłodze, owinięta kocem, trzymająca kubek z gorącą herbatą. Od tyłu podchodzi do niej ten sam chłopak. Czule ją całuje, siada obok niej, rozpala ogień w kominku. Przytula ją i razem wpatrują się w migające iskierki. Po długiej ciszy, zaczynają rozmowę. Zwykła, niezbyt kolorowa. Główny temat: praca. A dla nich to tak wiele. Możliwość rozmowy ze swoją połówką daje im tyle radości. Dla nich nigdy cisza nie była powodem do zakłopotania czy przymusem do wymyślania bezsensownych tematów. Mogli popatrzeć sobie w oczy, nacieszyć się sobą, własnym towarzystwem.
Człowiek bez miłości, jak świeca bez knota.
Kolejne ułamki sekund, kolejne myśli.
Grupka przyjaciół siedzących przy ognisku. Obydwoje grali na gitarach. Czterech pozostałych wariatów śpiewało, a dwójka patrzyła sobie w oczy, wymieniając się ukradkowymi uśmiechami, wybijali następne akordy. Oczy wszystkich tam siedzących iskrzyły się najprawdopodobniej od ogniska, choć może był to ogień miłości. Jej melodyjny głos otulał powietrze, a on dopełniał go. Pasowali do siebie jak dwa puzzle. Idealnie złączone, razem tworzyły obrazek szczęścia. Oddzielne, albo gdzieś porozrzucane traciły swoją magię i stawały się jednym wielkim bałaganem.
Łatwo powiedzieć koniec, ale nie łatwo przestać kochać.
Jak każda para mieli swoje wzloty i upadki. Zresztą komu się to nie zdarza? Potrafili nie odzywać się do siebie przez cały dzień, ale w końcu tęsknota  przeważała. Zawsze tak było. Za bardzo się kochali. Ich uczucie było za silne, żeby ktoś lub coś mogło je zniszczyć. Fanki, chociaż nie akceptowały [T.I.] zrozumiały, że Niall nigdy jej nie zostawi. Była dla niego zbyt ważna. On dla niej też, żeby dziewczyna opuściła go od tak sobie.
Miłość to nie tylko związek dwóch osób - to związek dwóch dusz.


Skoro tak się kochali, a ich uczucie nie wygasło, to dlaczego on siedzi tutaj sam, dlaczego nie ma jej przy nim? Przecież obiecała, a ona zawsze dotrzymywała słowa. Dlaczego pisze to w czasie przeszłym? No właśnie.
Nieszczęśliwy wypadek, celowe zamierzenie zniszczenia szczęścia bliźniego? Jestem aniołem, a nie wiem tego. Bo to nie takie proste.
Dziewczyna zginęła, gdy on był w trasie. Wpadła pod samochód, gdy z nim rozmawiała. Kierowca uciekł z miejsca zdarzenia. Nie pomógł jej. A ona leżała na jezdni, powoli tracąc siły.  Niall krzyczał do niej, wołał ją, żeby go nie zostawiała, przypominał jej wszystko, jej obietnicę, jej słowa, wspomnienia, ich szczęście, a ona słuchała. Słuchała i umierała. Powoli, przy głosie ukochanego który nie mógł nic zrobić. Na koniec jego słów powiedziała ciche:
- Niall, kocham Cię. Zawsze tak było, jest i będzie. Pamiętaj.
W tym momencie puściła komórkę. Umarła. On nadal krzyczał, wołał ją, słyszał ryk karetki. Nagle ktoś odezwał się do telefonu. Przekazał mu tą wiadomość, napomknął, że gdyby udzielono jej wcześniej pomocy, może by żyła. Może. W tym momencie cały świat mu się zawalił. Stracił wszystko. Od miłości, po chęć do życia. Rzucił wszystko, pojechał do Londynu. Jej rodzina szykowała pogrzeb. Odbył się na drugi dzień. Niall nie spał przez całą noc. Wmawiał sobie, że to jego wina, że to on zawinił, że gdyby nie wyjechał ona by żyła. Zadręczał się, nie mógł sobie poradzić z tym, że odeszła. Za dużo kosztowała go jej strata.
Na świecie istnieje jedyna rzecz warta życia: bezgranicznie kochać istotę, która kocha nas bezgranicznie.
Na pogrzeb  zamiast Nialla przyszedł wrak człowieka z bukietem stu białych róż, jej ulubionych kwiatów, przypominających mu śniadą cerę dziewczyny. Msza się skończyła, biała trumna z jej delikatnym ciałem, została włożona do grobu. On stał tam jeszcze długo, aż do zmroku. Rozmawiał z nią, mówił jak bardzo ją kocha, pytał się dlaczego mu to zrobiła. Nie potrafił zrozumieć, że nie chciała tego, że to był zwykły wypadek.
Miłość jest to jakieś nie wiadomo co, przychodzące nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak i sprawiające ból nie wiadomo dlaczego.
Codziennie przychodzi tutaj, na cmentarz, z białą różą w ręku, siada na pobliskiej ławce lub na ziemi i rozmawia z nią. Długo, wręcz bardzo długo. Przesiaduje i ciągle zadaje jedno pytania: "Dlaczego akurat ona?" "Dlaczego akurat ten anioł?" "Dlaczego Boże zabrałeś mi ją, mój jedyny powód życia i jedyną miłość?" "Co ona takiego zrobiła?" "Miała całe życie przed sobą" "Dlaczego to nie byłem ja?"
A dziewczyna, [T.I.]? Ona jest tutaj ze mną na górze. Cierpi. Tak jak Niall. Jego cierpienie jest jej cierpieniem.  Kiedy on przychodzi i siada przy grobie, ona schodzi do niego jako duch i kładzie rękę na jego ramieniu. Przytula się do niego, dotyka jego włosów. On tego nie czuje, ale wie, że ona jest z nim. Że zawsze będzie.
Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odejdą.
Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód.


---------------------------

 Pisane z punktu widzenia obserwatora, w tym przypadku anioła. Mój pierwszy imagine z Niallem :)
~ by Agata.

niedziela, 6 stycznia 2013

# 187. Harry.

Imagin jest prezentem urodzinowym od Pati dla Rudej. :)

Wszystkiego, co najlepsze - spełnienia marzeń, zdrowia, radości, zadowolenia z życia, samorealizacji, mnóstwo humoru i biletu na koncert 1D. :D
________________________________________

Jak wiadomo, żadne życie nie jest kolorowe. Nawet jeśli wszystko się układa, potem chociażby jedno małe lub większe zdarzenie, jedno słowo, jeden dotyk lub spojrzenie może sprawić, że zadominuje czerń. Światełko w tunelu zgaśnie, a nawet jeśli będzie świeciło to przysłoni je ktoś fałszywy. Ktoś, kto za wszelką cenę pragnie twojego nieszczęścia, płaczu i załamania. Ktoś, z kim kiedyś byłaś bardzo blisko, ale cię zostawił.
Wiadomo do czego może doprowadzić załamanie siedemnastolatki. Kiedy siedzi w wielkim, ciemnym tunelu zwanym czasami problemami. Nie wie, w którą stronę iść żeby się wydostać. Nawet nie jest całkowicie pewna, czy tego chce, skoro nawet nie ma gdzie wrócić. Powoli traci rozsądek. Wraz z jednym wypowiedzianym przez nią zdaniem-„Jestem w ciąży”-spada na jej barki cała odpowiedzialność za życie, nie tylko swoje ale i tej małej istotki, która pojawi się za niecałe 9 miesięcy. Boi się, najzwyczajniej boi się tego co będzie dalej. Kiedy wróci do internatu, za kilka miesięcy wszyscy się dowiedzą i będzie musiała wrócić do domu. Jak wtedy spojrzy rodzicom w oczy? Czy wyprą jej się tak samo jak on? Od początku nie popierali tego związku i mieli rację, ale ja jak zwykle byłam uparta i twierdziłam, że go kocham. Tak, to moje życie opisuję.
Tamtego dnia byłam w kompletnej rozsypce, dowiedziałam się o -jak wtedy myślałam- najgorszych zdarzeniach w moim życiu. Jak pewnie się domyślasz, chodziło o ciążę i odejście chłopaka. Siedziałam po północy w deszczu przed wejściem do internatu, zastanawiając się czy powrót ma w ogóle sens. Drzwi wejściowe dla bezpieczeństwa zamykano o wpół do jedenastej i tego dnia nikt nawet nie zauważył, że mnie nie ma. Byłam tam kompletnie obojętna. Tym bardziej po tym co się stało, nie będą chcieli mieć kłopotów i prędzej czy później mnie wyrzucą - myślałam. Rozważałam nawet, że ucieknę. Najważniejsze rzeczy - portfel, telefon i dokumenty - miałam przy sobie. Jednak nie byłam w stanie tego zrobić, wciąż siedziałam rozpłakana, w przesiąkniętych deszczem i łzami ubraniach, na ziemi przy ścianie bursy. Kiedy podnosiłam głowę widziałam uciekających przed deszczem ludzi i rozchlapujące kałuże samochody. Była sobota, albo już raczej niedziela - mogłam się upewnić spoglądając na zegarek, choć nie miałam na to ochoty - i pomału robiło się pusto. Kilku ludzi przechodziło tuż obok mnie, ale czułam się jakbym była niewidzialna. ‘’Najciemniej pod latarnią’’, gdzie akurat siedziałam. Może to nawet dobrze, bo nie potrzebowałam litości i współczucia ze strony zupełnie obcych ludzi. Jednak bolało mnie kiedy ktoś patrzył na mnie i szedł dalej. Pewnie - to tylko nastolatka, niech sobie radzi sama - niemal czytałam im w myślach. Za grosz człowieczeństwa!
Dochodziła druga w nocy, a ja nadal tam siedziałam. Ciągle padał deszcz. Na ulicy było już kompletnie pusto. Nawet już nie płakałam, bo wiedziałam, że to mi nie pomoże. Byłam zmęczona, zmarznięta, przemoknięta i głodna, ale moje zmysły działały bez szwanku. Usłyszałam jakiś męski głos.
-Znowu dostanę opieprz! Ja, imprezy i te moje „Wrócę po północy”. Spóźnię się, zresztą jak zwykle!
Podniosłam głowę i zobaczyłam jakiegoś chłopaka w czarnym płaszczu. Był przemoknięty do suchej nitki, ale niezbyt się spieszył. Mimo tego, że spóźniał się do domu i nie miał nawet parasola, szedł wolno i grzebał coś w telefonie. Nagle przeniósł wzrok na mnie i stanął.
-O mój Boże!-powiedział cicho i ruszył w moją stronę biegiem. Ja zapięłam bluzę pod szyję i założyłam kaptur. Ukucnął koło mnie, a ja się odsunęłam i spuściłam głowę. 
-Nie bój się, nic ci nie zrobię. Coś się stało? Dlaczego taka dziewczyna jak ty siedzi w deszczu o drugiej w nocy przed internatem?
-Zostaw mnie. Siedzę tu bo mam ochotę, gdybym chciała to bym sobie poszła -odpowiedziałam chłodno nawet na niego nie patrząc. Oczywiście nie mówiłam prawdy.-A zresztą ja tu mieszkam - dodałam pokazując palcem na budynek, o który się opierałam.
-Siedzisz tu bo masz problemy - powiedział. Nie mogłam temu zaprzeczyć, ale też nie potwierdziłam. Chłopak podszedł do drzwi i szarpnął nimi kilka razy.
-Odpuść sobie, są zamknięte od ponad trzech godzin. Wszyscy śpią i otworzą dopiero o siódmej. - Naciągnęłam rękawy bluzy na zmarznięte dłonie. - Więc jestem zmuszona do siedzenia tutaj. - Westchnęłam.
-Nie możesz być tutaj do rana, a już na pewno nie sama. Nie mogę cię zostawić -powiedział wracając w moją stronę.
-Wszyscy mnie zostawili. Jedna osoba w tę czy we w tę… - spojrzałam na niego i przeszły mnie dreszcze. Stał nade mną i wyciągał rękę w moją stronę.
-Pozwól sobie pomóc.
-Nie znam ciebie, a ty nie wiesz nic o mnie. Jakim cudem chcesz mi pomóc?
-Zobaczę co da się zrobić. Proszę, nie bądź głupia.
Nie byłam pewna czy będę głupia jeśli to zrobię, czy jeśli nie. Jednak po chwili wahania stwierdziłam, że gorzej już chyba być nie może i podałam mu rękę. Poszliśmy razem do jego domu, a po drodze opowiedziałam mu swoją historię. Nie był taki jak wszyscy, on naprawdę chciał mi pomóc niezależnie od tego jak wiele kłopotów mógłby mieć przeze mnie. Kiedy weszliśmy do domu Harry'ego, bo tak właśnie miał na imię, w progu stała już jego mama, gotowa wyzwać go za dwugodzinne spóźnienie.
-Harry, co ty znowu…
-Mamo, to jest [T.I.]. Ma trochę kłopotów i nie miała gdzie się podziać - powiedział, a jego matka od razu wiedziała co zrobić. Dała mi ręcznik, czyste i suche ubrania, a potem zaprowadziła do łazienki. Kiedy wyszłam z niej dość ogarnięta, Harry podał mi gorącą herbatę. Kiedy jego włosy wyschły, zrobiła mu się na głowie burza loków.
-[T.I], będziesz spała u mnie w pokoju, a ja na kanapie w salonie - powiedział delikatnie się uśmiechając.
-Dziękuję wam, naprawdę nie trzeba - odpowiedziałam nieśmiało.
-Trzeba pomagać ludziom - uśmiechnęła się jego mama. - A co z twoimi rodzicami? Gdzie oni są?
-Nie mieszkają w Holmes Chapel, wysłali mnie tu do szkoły z internatem, a sami jeżdżą po całej Anglii. W wakacje miałam wrócić do domu, ale kiedy dowiedzą się o dziecku… czarno to widzę. Kiedyś mówili, że takie nastolatki powinno się wyrzucać z domu.
-Nie zrobią tego, każdy tak mówi, ale kiedy zdarza się to naprawdę, myśli się inaczej. Gdyby Gemma była w ciąży, nigdy nie wyrzuciłabym jej z domu. Jutro zadzwonimy do twoich rodziców i wszystko wyjaśnimy, ale na razie widzę, że jesteś śpiąca. Harry, pokaż jej pokój.
Chłopak zaprowadził mnie do swojej sypialni. Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, ale w końcu Harry uznał, że powinnam się wyspać.
-Zaczekaj - powiedziałam, kiedy już naciskał klamkę. - Dziękuję, że mi pomogłeś. Nie wiem co by było gdyby nie ty. - odwrócił się do mnie i uśmiechnął. - Wiem, że to może będzie głupie pytanie, ale mogę się przytulić?
Nic nie odpowiedział tylko rozłożył ramiona i mocno mnie objął. Przytuliłam się do niego, a on szepnął mi do ucha:
-Będzie dobrze. Dobranoc [T.I.]. I dobranoc mała istotko.
-Jeszcze cię nie słyszy, ale dzięki. - uśmiechnęłam się powoli odlepiając się od chłopaka. - Dobranoc Harry.
  Następnego dnia zadzwoniłam do rodziców, którzy nie byli zachwyceni, lecz nie gniewali się na mnie tak bardzo, jak sobie to wyobrażałam. Całą winę zrzucili na byłego i powiedzieli, że mam spakować rzeczy z internatu, bo teraz będę mieszkała z nimi - z czego się ucieszyłam - w Holmes Chapel, blisko Harry'ego.
Staliśmy się dla siebie bardzo ważni, pomagał mi zawsze, kiedy miałam humorki i nigdy nie był na mnie zły za to, że często wściekałam się na cały świat bez powodu. Zapomniałam dzięki niemu o wszystkich problemach. Potem urodziłaś się ty.

Skończyłaś opowiadać i spojrzałaś na swoją jedenastoletnią córkę wyraźnie zaczarowaną tą opowieścią.
-Czyli tata nie jest moim tatą? - spytała niepewnie Darcy. W końcu musiała się o tym dowiedzieć.
-Praktycznie nie, ale to on zawsze kochał cię tak samo jak ja, on pomógł mi wybrać dla ciebie imię. Chciałam, żeby to on był twoim tatą, dlatego nosisz jego nazwisko, tak jak teraz my wszyscy. Chciałam żebyś w końcu poznała prawdę, jesteś już wystarczająco duża.
-Nie chcę mieć innego taty. Kocham tylko tego - uśmiechnęła się i przytuliła do Harry'ego, który właśnie zszedł z góry z waszym synkiem na rękach.
-Obudził się. Coś mnie ominęło? - spytał, a ty wzięłaś małego na ręce.
-Mamo, a tata jest tatą Jay’a? - na to pytanie ty i Harry się zaśmialiście. Pogłaskałaś synka po jego małej główce i uśmiechnęłaś się.
-Tak, Darcy, z pewnością.
-Darcy, ty i twój brat będziecie zawsze moimi dziećmi. Bez względu na wszystko kocham cię od samego początku, tak samo jak twoją mamę - powiedział Harry  i pocałował ją w czoło.
-Też cię kocham tato. - Było naprawdę miło patrzeć na ich uśmiechy. - Mogę się pobawić z małym? - spytała, gdy ty właśnie położyłaś go do łóżeczka. Harry stanął przy tobie, objął cię od tyłu i spytał:
-Może w końcu jej powiemy? - ty skinęłaś głową, niepewna, jednak w końcu uśmiechnęłaś się.
-Darcy, teraz będziemy potrzebowali twojej pomocy, bo będziesz miała jeszcze siostrę. - Twarz dziewczynki wyrażała niesamowitą radość. Tak bardzo chciała mieć siostrę i jej marzenie się spełniło. Widząc jej uśmiech, ty i Harry uśmiechnęliście się do siebie także i pocałowaliście się. Kiedyś ciąża wydawała się koszmarem, ale teraz, dzięki Harry'emu, który „naprawił” twoje światełko w tunelu, macierzyństwo dawało tyle szczęścia, bo miałaś się tym z kim dzielić.
 
~ by Pati.