czwartek, 6 grudnia 2012

# 180. Liam .

Nie podoba mi się to, co napisałam. Ogólnie ostatnimi czasy nie podoba mi się nic, co piszę. Wybaczcie, ale potrzebuję napisać coś MEGA smutnego. Za tydzień oczekujcie czegoś lepszego.
Przerywam także jakąś dziwną passę imaginów z Zayn’em z tego tygodnia.
----------
Poprawiłam pasek od torby, gdyż wszystkie książki do szkoły zaczęły mi ciążyć. Zmieniłam ramię z prawego na lewe, co i tak mało pomogło, gdyż tym razem było mi po prostu niewygodnie. Nagle usłyszałam koło siebie ciche szczeknięcie. Spojrzałam w dół i ujrzałam prześlicznego biszkoptowego labradora. Zamerdał ogonkiem, ukazując różowy język.
- Hej, kochanie. - Natychmiast kucnęłam, głaskając go za uchem. Rozglądałam się w pobliżu, szukając wzrokiem jego właściciela, jednak nikogo nie ujrzałam. Nie miał też obroży, ale jednocześnie nie wyglądał na bezdomnego. - Zgubiłeś się? - Spytałam, nie przerywając go drapać za uchem. Chwilę go pogłaskałam, po czym wstałam, zamierzając odejść, jednak on poszedł tuż za mną. Towarzyszył mi przez ostatnich kilka minut do domu, aż stanęłam przed drzwiami wejściowymi, szukając w kieszeniach kluczy. Spojrzałam na pieska, który stał tuż koło mnie, merdając ogonkiem, wyraźnie zadowolony. Ponownie rozejrzałam się w poszukiwaniu kogokolwiek kto by go wołał, ale nie widząc ani nie słysząc nic takiego, głośno westchnęłam.
-No wchodź.
*
- Już jestem ! - Usłyszałam z dołu krzyk mamy i brzęk kluczy. Zbiegłam na dół, uprzednio każąc labradorowi zostać w moim pokoju. Nie wiedziałam czy mnie posłucha, gdyż był jeszcze szczeniakiem, lecz miałam taką nadzieję, przynajmniej dopóki nie porozmawiam z rodzicami. Jednak wiedziałam, że najbardziej trzeba przekonać mamę, gdyż tata już od dawna poruszał temat psa, jednak to mama zawsze odkładała tą sprawę na później.
- Cześć, jak było w pracy? - Spytałam, ruszając za nią do kuchni.
- Tak jak zawsze. Duży ruch - westchnęła głośno, nalewając sobie do szklanki wody. Mama pracowała w banku i często wracała zmęczona. - A jak w szkole? - Spytała, upijając łyk napoju. Wzruszyłam ramionami.
- Jak zawsze - odparłam krótko, chcąc od razu przejść do rzeczy bez owijania w bawełnę.
- Mamo... - Zaczęłam delikatnie, a ona odmruknęła, dając znak, że słucha. – Możemy wrócić do tematu psa?
- Znowu? Rozmawialiśmy o tym w zeszłym tygodniu. Obiecaliście z tatą, że choć na jakiś czas przestaniecie mnie męczyć.
- Tak, tylko problem jest taki, że...
O moją nogę otarło się coś miękkiego, głośno szczekając. Widocznie nie posłuchała. Mama zrobiła wielkie oczy, widocznie zamurowana.
- Spokojnie, wytłumaczę ci to. Znalazłam ją dzisiaj, jak wracałam ze szkoły i szła ze mną prawie przez całą drogę. Nie było nikogo, kto by wyglądał na jej właściciela, a obroży też nie ma. Przyszła ze mną aż do drzwi frontowych. No i jak miałam ją wyrzucić? No, spójrz na nią. - Podniosłam psiaka, pokazując mamie. Wyglądała na nie do końca przekonaną, jednak nie tak bardzo sceptycznie nastawioną.
- A jak ktoś jej szuka? - Spytała z powątpiewaniem.
- Jeżeli ktoś będzie jej szukać, to na pewno da ogłoszenie do gazety. Wtedy zadzwonię i oddam ją. Więc jak, zgadzasz się? - Spojrzałam błagalnie, aż mama przytaknęła.
- Niech będzie. - Uśmiechnęła się, a ja mocno ją wyścisnęłam.
*
Minęły dwa tygodnie, ale po Łapę nikt się nie zgłosił. Łapa - tak ją właśnie nazwałam. Jednak wracając do tematu, nikt nie zamieścił o niej ogłoszenia, nikt nie przychodził wypytywać w okolicy. Było to smutne, ale z drugiej strony dzięki temu ja się nią cieszyłam. I tak było do dziś.
Wzięłam poranną gazetę ze stołu, którą zostawił tato razem z do połowy wypitą kawą w kubku. Od razu przeszłam do strony z ogłoszeniami. Nadchodziły wakacje, a co za tym idzie, poszukiwałam pracy dorywczej. Jednak zamiast tego natknęłam się na inne ogłoszenie.
"Zaginął pies. Suczka rasy labrador, około 3 miesięcy."
Łapa akurat przyszła do kuchni napić się wody z miski, dzięki czemu mogłam ją porównać do zdjęcia zamieszczonego poniżej. Wydawała się identyczna, ale w końcu wszystkie labradory są podobne. Nie, ona jest wyjątkowa. Już chciałam zadzwonić, gdy dopadły mnie wątpliwości. A jeśli ten ktoś znów ją porzuci? Choć gdyby chciał to zrobić, pewnie ucieszyłby się, że się jej pozbył i nie chciał jej odzyskać. Nie chciałam dzwonić. Przywiązałam się do tego szczeniaka w te czternaście dni. Jednak jaki był warunek mamy, który sama orzekłam? Jeśli pojawi się ogłoszenie, zadzwonię. I tak właśnie zrobiłam, mimo że z ciężkim sercem.
*           
Przyszłam z piętnaście minut przed czasem, chcąc jeszcze kilka chwil pobyć z Łapą. Umówiliśmy się w parku, gdzie miałam mu oddać psa. Jednak w głębi serca liczyłam, ze okaże się to zwykłą pomyłką. Usiadłam na pobliskiej ławce. Widok Łapy hasającej po trawie za motylami był przeuroczy. Rozglądałam się wokoło, gdy po prawej stronie usłyszałam męski głos:
- Brit! – Odwróciłam głowę w tamtą stronę. Młody chłopak, niewiele starszy ode mnie, może o rok albo dwa lata, kucał na trawie, a pies lizał go po twarzy. Łapa. To ona lizała go po twarzy. Wstałam z ławki, podchodząc do nich. Gdy Łapa mnie zauważyła, natychmiast do mnie podbiegła. Pogłaskałam ją i spojrzałam na chłopaka. Już chciałam coś powiedzieć, gdy pierwszy się odezwał:
- Naprawdę dziękuję, że zadzwoniłaś. Bardzo by mi jej brakowało, gdyby się zgubiła. Tak? Pan by bardzo tęsknił, moja ty psino. - Zwrócił się do Łapy, ponownie kucając i pozwalając jej znów lizać go po twarzy. - To co Brit, idziemy do domu?
Brit. Ładnie. Odchrząknęłam, chcąc mu przypomnieć o swojej obecności. Podniósł się z kucek lekko zdezorientowany.
- Tak, tylko wiesz... - Ponownie chrząknęłam. - Ja nie wiem czy mogę ci ją oddać. - Wiem, to było głupie posunięcie. W końcu widać było, że to jego pies, jednak... Muszę mieć pewność, że następnym razem przejmie się trochę szybciej losem swojej suczki.
- Jak to? - Zmarszczył brwi. Dokładnie przyjrzałam się jego twarzy. Był przystojny. Brunet o czekoladowych oczach, z uroczymi pieprzykami. Sam przypominał takiego dużego szczeniaka. - Chodzi o to, że się nie przywitałem? Masz rację, przepraszam. Liam Payne. - Podał mi rękę, którą dopiero po chwili uścisnęłam.
- Nie o to chodzi. Nie wiem czy mogę ci ją oddać, bo... Widzisz, ona zniknęła dobre dwa tygodnie temu, a ty dopiero teraz to zauważyłeś? Przypomniałeś sobie, że masz psa? - Wiem, to było wredne. Ale o Łapę, a raczej o Brit, byłam gotowa zawalczyć. Jednak on nie wyglądał na urażonego, tylko wręcz zaszokowanego.
- Dwa tygodnie? - Wydukał, patrząc na Brit a potem przenosząc wzrok na mnie. Sama nic z tego już nie rozumiałam.
- Usiądźmy - zaproponował. Brit hasała w trawie przed nami, tak że mieliśmy ją na oku, a z drugiej strony mogliśmy spokojnie pogadać.
- Opowiedz mi od początku, jak ją znalazłaś - poprosił. Tak więc opowiedziałam mu, jak Brit/Łapa znalazła się u mnie, a potem on opowiedział mi resztę historii.
- Przez ostatni miesiąc nie było mnie w domu. Byłem w trasie, podróżuję ze swoim zespołem. Brit zostawiłem u mojej starszej siostry, Ruth. Dopiero wczoraj wróciłem i wtedy powiedziała mi, że Brit zaginęła. Ale nie wiedziałem, ze to trwa dwa tygodnie, przysięgam. Jak tylko się dowiedziałem, natychmiast dałem ogłoszenie. Wydaje mi się, że Ruth nie chciała mnie martwić. Sama pewnie szukała Brit, ale jak się nie odnalazła, powiedziała mi o tym i to wszystko. Musisz mi uwierzyć. Nie porzuciłem jej, ani nic w tym stylu.
- Dlaczego nie ma obroży? - Spytałam.
- Ostatnia jej się zepsuła. Miałem iść kupić jej nową, jak wrócę ze Stanów. Wierzysz mi?
Spojrzałam ostatni raz na Brit, przywołując ją do siebie. Wzięłam ją na kolana, głaszcząc ją w zamyśleniu i pozwalając jej na lekkie gryzienie moich dłoni. Po czym wstałam, kładąc Brit na ziemi.
- Do zobaczenia, Łapo - uśmiechnęłam się do niej smutno, po czym spojrzałam na chłopaka.
- Wraca do właściciela.
Szybko stamtąd odeszłam, bojąc się, że zaraz naprawdę sie rozpłaczę.
*
Następnego dnia było strasznie cicho. Rodziców nie było, gdyż w weekendy pracowali, a ja nie wiedziałam co z sobą począć. Zaczęłam robić sobie śniadanie, gdy usłyszałam ciche skrobanie w drzwi. Z bijącym sercem poszłam do przedpokoju. Nacisnęłam klamkę i gwałtownie szarpnęłam. Najpierw zobaczyłam biszkoptowe łapki, a później i cały tułów psiaka, który najwidoczniej nie spodziewał się takiego gwałtownego szarpnięcia.
- Brit! - Zaśmiałam się, mocno go przytulając. Pomerdała ogonkiem, szczekając.
- A gdzie Liam? - Spytałam, mimo że i tak wiedziałam, że nie uzyskam od niej odpowiedzi. Wyjrzałam na podwórze, ale nikogo tam nie zobaczyłam. Zamknęłam drzwi, obawiając się jednego.
- Uciekłaś - oznajmiłam jej, lecz ona nadal merdała ogonkiem, jakby wcale nie zdawała sobie z tego sprawy albo nie widziała w tym nic złego.
*
- Dzięki, że zadzwoniłaś.
- Nie ma sprawy. W końcu to twój pies - nieśmiało się uśmiechnęłam. Liam także nie odzywał się, więc trwaliśmy w z lekka niezręcznej ciszy.
- Musiała przekopać się przed bramą, pewnie tamtędy uciekła. Tęskni za tobą.
Nie odezwałam się, nie wiedząc co mogłabym mu odpowiedzieć. W końcu zawołał Brit i już miał się pożegnać i wyjść, kiedy odezwałam się:
- Jeśli nie miałbyś nic przeciwko temu, to czy mogłabym od czasu do czasu się z nią widywać? No, wiesz. Jakiś godzinny spacer, pobyt w parku.
- Jasne - uśmiechnął się szeroko - Sam chciałem ci to zaproponować, jednak nie wiedziałem jak. Nie chciałem cię stawiać w niezręcznej sytuacji.
- Nie stawiasz. Przywiązałam się do niej.
Wziął ją na smycz, a ja otwarłam drzwi.
- Wiesz, może miałabyś czasem ochotę spotkać się gdzieś, ale bez Brit?
- Na randkę? - Spytałam kokieteryjnie, a on pokiwał głową.
- Zadzwonię - szepnęłam, podczas gdy oni już kroczyli podjazdem. Jego lewy kącik ust uniósł się do góry. Zasalutował mi, a ja z uśmiechem na twarzy zamknęłam za nimi drzwi.
~by Julia

środa, 5 grudnia 2012

# 179 . Zayn . część 1 .

Witam w środowe popołudnie razem z pierwszym partem emocjonującej opowieści o Zaynie. Czy taki się okaże... Ocenicie sami, pod sam koniec. :) Zaczyna się niewinnie, nudno, ale obiecuję, że dreszczyk pojawi się w dwójce. ^^ Przewiduję trzy - cztery części, w zależności od tego, czy z każdym pisanym słowem wpadnie mi do głowy rozwinięcie akcji. :D Mam nadzieję, że ocenicie. ; *
Song: < klik. >
_______________________________________________________

[I. i N. T. M.] – imię i nazwisko Twojej mamy
[I. i N. T. T.] – imię i nazwisko Twojego taty

- Jedzenie jest w lodówce, pies jest nakarmiony, kwiaty podlane…
- Mamo, ile razy zostawałam sama w domu, kiedy ty byłaś w delegacji? – zapytałam rodzicielkę, przewracając oczami, rada, że nie może tego zobaczyć.
- Wiem, że to nie pierwszy raz, ale chcę wiedzieć, że dasz sobie radę.
Odwróciłam się, odłożywszy wcześniej umyte talerze do suszarki. Rzuciłam ręcznik na blat i oparłam się o niego, przodem do mamy.
- Mamo, czy kiedyś zawiodłam? Zawsze staram się być rozważna, więc teraz to się nie zmieni – uspokoiłam ją. Za każdym razem, kiedy zostawiała mnie samą obawiała się o moje bezpieczeństwo, mimo że ukończyłam już 19 lat.
- Nie zrozum mnie źle, po prostu… Jest mi źle z tym, że zostawiam cię tu samą, na pastwę losu, na kilka miesięcy…
- Mamo… - jęknęłam, kiedy w jej oczach błysnęły łzy. – Ile mam lat? Od ilu lat wiem, czego wymaga twoja praca? Musisz płakać za każdym razem, kiedy oznajmiasz mi, że dostałaś nowe zlecenie?
- Martwię się o ciebie, to wszystko – przyrzekła, przytulając mnie.
- Okazujesz to w dziwny sposób – spostrzegłam.
- Dlaczego?
- Miażdżąc mi płuca chcesz pokazać, jak bardzo mnie kochasz? – wydyszałam.
Zaśmiała się i mnie puściła. Zarzuciła na ramiona płaszczyk, chwyciła rączkę walizki i posłała mi buziaka.
- Niech się tylko dowiem, że jadałaś niezdrowo, a wiedz, że mnie zapamiętasz – zagroziła, po czym wychodząc dodała: - Wracam za trzy tygodnie. Trzymaj się skarbie!
- Pa, mamo – pożegnałam się i zakluczyłam za nią drzwi, kiedy zniknęła za nimi jej twarz.
- Czas zacząć życie – mruknęłam do siebie, po czym wyjęłam z szafki chipsy, napełniłam szklankę colą i odłożyłam produkty na ławę w salonie. Przykryłam się kocem, sięgnęłam po książkę i zatraciłam się w lekturze. Cudowne życie!
~*~
Dźwięk telefonu rozbrzmiał już trzeci raz, więc zlitowałam się nad urządzeniem i podniosłam go do ucha.
- Wychodzimy.
- Nie mogę, jestem zajęta. Czytam.
- Mamy piękną pogodę, do tego jest weekend, dzień wolny od szkoły i nauki, a ty siedzisz w domu i czytasz książkę? Błagam, powiedz, że to żart.
- Annabeth, nie wszyscy są stworzeni do wiecznego imprezowania, flirtowania i zabawy. Są też ludzie spokojni, zdystansowani, którzy mają czasem chęć usiąść i w spokoju zadowolić się własnym towarzystwem.
- Czyli jednym słowem są dziwni – stwierdziła moja przyjaciółka, po czym westchnęła do słuchawki. – Nie wykręcisz się. Mój braciszek obchodzi dziś dwadzieścia lat i kazał mi cię sprowadzić.
- A jeśli jestem chora? Jeśli cierpię na bardzo zakaźną grypę lub inne choróbsko?
- Cytuję: „Sprowadź ją na imprezę. Nie interesuje mnie, czy przyjdzie z własnej woli, czy też ją uprowadzisz, ale nie wyobrażam sobie świętowania bez mojej drugiej siostrzyczki” koniec cytatu. A więc sama widzisz, że mój braciszek nie odpuści. Mogłabyś wziąć też Johna.
- Ann, nie mam dziś nastroju – próbowałam ją przekonać, by dała mi święty spokój, a drugą ręką zaś przewróciłam stronę książki, gdy doszłam do jej końca. – Poza tym John wyjechał do dziewczyny, wiesz, mój braciszek jest już w wieku, w którym myśli o założeniu rodziny.
- Daj spokój, [T.I.], zrób to dla Chrisa! Przyjdź! Nie codziennie kończy się dwadzieścia lat! Proooooooooooooooooooooooszę!
- Wisisz mi Happy Meal w McDonaldzie – westchnęłam i zatrzasnęłam książkę, po czym zeszłam z kanapy przypadkiem nie rozdeptując Lucky’ego, który warknął ostrzegawczo i uciekł do sypialni mamy.
- Kupię ci trzy takie zestawy! CHRIS, JESTEM WIELKA! PADAJ MI DO STÓP, BRACIE, NAMÓWIŁAM DRUGĄ TWOJĄ SIOSTRĘ, BY PRZYSZŁA NA TWOJE PRZYJĘCIE!
Zaśmiałam się.
- Puszczaj tą słuchawkę…! Ale…! Muszę jej…! TO MOJA PRZYJACIÓŁKA, IDIOTO! I co z tego, to ja mam… - w słuchawce toczyła się zażarta dyskusja, a przez odgłosy mogłam się domyślić, ze rodzeństwo właśnie wyrywa sobie telefon.
- Halo? Opanujcie się tam – zachichotałam i wyjęłam z szafy kremową sukienkę, którą kupiła mi mama z okazji ukończenia 19 lat, biały sweterek, a z komódki wyciągnęłam koturny.
- Wybacz, padaczka u mojego brata objawia się w coraz większym stopniu – wydyszała Annabeth, po czym dodała: - Impreza zaczyna się o 20, w restauracji „Azure” przy Allied Way.
- Dlaczego tak daleko? – marudziłam.
- Masz trzy kroki przez park – przypomniała mi przyjaciółka.
- I przez ruchliwą ulicę, gdzie przy pasach będę musiała czekać piętnaście minut licząc na zmianę światła z czerwonego na zielone.
- Nie przesadzaj, masz się zjawić punktualnie albo nie dostaniesz przystawki – rzekła, co podziałało na mnie jak płachta na byka.
- Jedzenie… - wymruczałam z zadowoleniem, na co się zaśmiała, a w słuchawce oprócz jej śmiechu rozległ się głos Chrisa, który krzyknął ‘dziękuję, [T.I]!’.
Rozłączyłam się i zerknęłam na cyfrowy zegarek tuż przy moim łóżku, na którym wyświetlała się godzina 18:39. Udałam się do łazienki, by umyć i ujarzmić włosy oraz  lekko poprawić swoją twarz. Pół godziny później wychodziłam z pomieszczenia z lokami okalającymi moją twarz, na której pojawiły się teraz rumieńce z podekscytowania. Założyłam sukienkę, narzuciłam na nią bolerko i przez następne dziesięć minut walczyłam z zapięciami przy koturnach. Gdy wreszcie prezentowałam się przyzwoicie zeszłam do salonu, włączyłam telewizję i przygotowałam kolację dla pupila, który zadowolony przyczłapał do kuchni. Postawiłam miseczkę na podłodze i kolejne dwadzieścia minut spędziłam na przeglądaniu kanałów muzycznych, gdy wreszcie zegar wybił za kwadrans dwudziestą. Zgasiłam światło, wyłączyłam telewizor, zgarnęłam torebkę z blatu stołu i wyszłam na dwór, zamykając za sobą drzwi.
Maj raczył nas w tym roku wyjątkowo sprzyjającą pogodą. Mimo wieczoru i wietrzyku, który otulał każdy kąt było przyjemnie ciepło.
Nacisnęłam przycisk na sygnalizacji świetlnej przy przejściu. Rozejrzałam się w około, czekając aż będę mogła przejść na drugą stronę. Kilka sekund później samochody zaczęły przystawać, działał jedynie przejazd po przekątnej. Światło naprzeciwko mnie zapaliło się, wiec mogłam przejść, lecz czyniłam to wolno, w obawie przed upadkiem, gdyż nigdy nie byłam miłośniczką butów na obcasach.
Trzy kroki przed chodnikiem upadła mi torebka, więc machinalnie po nią sięgnęłam. W tym samym momencie światło zgasło, a samochody ruszyły… Wprost na mnie. Stałam jak sparaliżowana na brzegu pasów, nie mogąc się ruszyć. Nie stała tam żadna latarnia, jedyne światło dawały reflektory przejeżdżających aut. Pojazd przede mną był ich pozbawiony, więc nie sposób było kierowcy mnie dostrzec. Uderzył we mnie bokiem auta, a ja upadłam, uderzając głową o krawężnik, tracąc przy tym przytomność…

~*~

Upadła, uderzając głową w kraniec chodnika. Na płytkach pojawiły się znikąd krwawe kałuże. Auto zjechało na pobocze, a kierowca nie mogąc zapanować nad pojazdem kręcił kierownicą w różne strony, aż wreszcie samochód zatrzymał się na drzewie. Umknąłem przed sznurem aut i pobiegłem na drugą stronę jezdni, nie ważąc na trąbiące samochody. Wyciągnąłem telefon, drżącymi z paniki palcami wystukałem numer alarmowy i połączyłem się z pogotowiem. Określiłem miejsce wypadku, po czym odrzuciłem telefon i zająłem się poszkodowaną. Biały sweterek i beżowa sukienka pod spodem przesiąkały już niemalże całe krwią, a włosy dziewczyny ułożone w słodkie loki kleiły się do jej policzka i czoła. Przyłożyłem zimną ze strachu dłoń do jej krtani i próbowałem wyłapać puls. Odetchnąłem z ulgą. Miarowy, ale i tak bardzo słaby, oddech również.
- Szybko, szybko, pośpieszcie się – mruczałem do siebie, odgarniając włosy z bladej twarzy dziewczyny. Oddychała z trudem, rozchyliła wargi, lecz była pozbawiona świadomości.
Dla mnie panowała cisza. Byliśmy pośrodku lasu, cichego, spokojnego zagajnika, ja, skupiony na jej pulsie, ona nieprzytomna.
Prawda jednak była inna. Auta przejeżdżały blisko nas, trąbiły, hamowały niemalże pół metra obok, a ja bałem się ją przesunąć, bałem się choćby podnieść jej rękę, byleby tylko bardziej jej nie zaszkodzić, nie spowodować dotkliwszego urazu.
Minuty ciągnęły się w wieczność. Kolejny oksymoron czasu – raz ciągnie się w nieskończoność, niemiłosiernie się dłużąc, to znów rwie przed siebie, nie bacząc na otoczenie. Co rusz zerkałem na wyświetlacz telefonu, kontrolując czas,  puls  oddechy dziewczyny.
- Cholera, za co… - mruknąłem sam do siebie, nie mogąc znieść widoku kruchej nastolatki tuż przy moim boku.
Kilka sekund później usłyszałem w oddali zbliżający się odgłos syreny. Auta rozjeżdżały się na boki robiąc miejsce oznakowanemu pojazdowi, który z piskiem opon zatrzymał się tuż przy chodniku, a z jego środka wybiegło kilku ratowników w czerwonych uniformach.
- Jak długo jest nieprzytomna?
- Trzynaście i pół minuty – odpowiedziałem hardo, nie puszczając dłoni poszkodowanej nawet wtedy, kiedy lekarz przystąpił do badania jej obrażeń. Mamrotał do kolegi nieznane mi nazwy lekarstw i wymieniał stłuczenia, zmiażdżenia i inne mrożące krew w żyłach stwierdzenia, kiedy nastolatka zamrugała i otwarła szeroko oczy. Patrzyła nie na ratownika, lecz… Wprost na mnie.
- John, jak dobrze, że jesteś… - wyszeptała cichutko, po czym ponownie odpłynęła…


~by Klara.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

# 177. Zayn. część 2.

Wróciłam do domu i usiadłam na łóżku. Zastanawiałam się co mogłabym zabrać na tą wycieczkę. Znając Zayna wymyślił coś i na pewno będzie ciekawie, ale miałam pewne obawy. Po kilku minutach namysłu postanowiłam zrobić kanapki, które później spakowałam, wpakowałam również herbatę i wodę. Na wszelki wypadek wzięłam jeszcze ciepłą bluzę, kurtkę i dodatkowe spodnie. Wszystko włożyłam do dużego plecaka, który przewiesiłam przez ramię i udałam się do stajni. Osiodłałam Karego i czekałam na bruneta. W końcu przyszedł wraz z Eyer. Wsiedliśmy na konie i udaliśmy się do pobliskiego lasu. Wczesna jesień, piękne drzewa, których liście stały się już lekko brązowe nadawały uroku temu miejscu. Uwielbiałam takie przejażdżki. Pozwalały mi się odprężyć, nabrać sił. Jechaliśmy w ciszy, gdy Zayn nagle się odezwał:
- Gdzie jedziemy?
- Nie mam pojęcia. Prosto i przed siebie. Na pewno gdzieś dojedziemy - powiedziałam z lekko wyczuwaną ironią w głosie, gdyż obydwoje znaliśmy ten las jak własną kieszeń.
- Dobra, a tak na serio? - mruknął Zayn.
- Polana? – zapytałam, gdyż tam właśnie najczęściej jeździliśmy.
- Kto ostatni ten osioł! - krzyknął i zaczął galopować.
- Jeszcze się przekonamy!- odkrzyknęłam i pogalopowałam za nim.
Już po chwili byłam na polanie. Dróżka, która do niej prowadziła była wąska, ale skrywała w sobie wiele tajemnic. Okalały ją wielkie drzewa, a na jej końcu znajdowała się owa polana. Bujna trawa, liście, które pod wpływem jesiennego wiatru spadały na ziemię, tworzyły nieziemski widok. Byłam już tutaj setki razy, ale za każdym razem coraz bardziej mnie zadziwiała.
Po chwili usłyszałam stukot kopyt. „Zayn”- przeszło mi przez głowę.
- I co? Kto tutaj jest gorszy lalusiu? - śmiałam się z niego.
- Ej, bo się obrażę. Pamiętaj załatwiasz mi jeszcze wizytę u fryzjera!
- Ja? Nie przypominam sobie - droczyłam się z nim.
- A kto polał mnie wodą?
- A tak, faktycznie,  miałeś iść na nawijanie włosów na wałki. Chciałeś mieć jeszcze trwałą. Nie pominęłam czegoś?
- Zapomniałaś, że ja potrafię się zemścić. Oj, oj będzie zemsta doskonała.
- Tsa, uważaj bo Ci uwierzę. – prychnęłam i zeskoczyłam z konia.
Wyjęłam przekąski, koc i picie z plecaka. Rozłożyłam  wszystko i usiadłam na miękkim kocu, rozkoszując się widokiem przyrody. Rozmyślania przerwał mi Zayn:
- Słuchaj [T.I.] jest taka sprawa…
- Wiedziałam! Bez powodu byś mnie tu nie ściągnął! Ale mów - przerwałam mu.
- Mój wuja jedzie za tydzień do Francji na zawody jeździeckie i nasz jeździec zachorował. Podsunąłem mu pomysł, żebyś ty go zastąpiła, ale z tego względu, że wyjechał nie mógł Cię poprosić o to osobiście i ja miałem to zrobić.
Nic nie odpowiedziałam. Zamurowało mnie. Zawody jeździeckie we Francji i ja? Jak to sen to ja nie chce się budzić. Przecież to spełnienie moich marzeń!
- Zayn, ja nie wiem co powiedzieć. Jestem naprawdę zdziwiona.
- Zgadzasz się?
- Tak! Dziękuje, dziękuje, jeszcze raz dziękuje!- teraz już krzyczałam. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Energia mnie rozpierała. W tym momencie chciałam robić wszystko! Byłam taka szczęśliwa.
- Nie ma sprawy. Wiem ile to dla Ciebie znaczy. – odpowiedział śmiejąc się z mojego zachowania.
- A  kiedy są te zawody?- nagle wyrwałam sięga  z transu i zaczęłam racjonalnie myśleć.
- Za 3 dni- odpowiedział Zayn, na co ja wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Co? Jak to za 3 dni?! Ja się nie zdarzę przygotować!
- Spokojnie dasz radę. Przecież od wielu lat nie robisz nic innego, tylko cały czas jeździsz. Nie panikuj. – uspokajał mnie.

Coś w tym jednak było. Od zawsze ćwiczyłam jazdę, z myślą o tym, że w końcu kiedyś będę mogła zaprezentować moje możliwości. A teraz  zdarzyła się taka okazja!
Chwilę jeszcze rozmawialiśmy o stroju, sprzęcie i przygotowaniu do zawodów, a potem przekomarzaliśmy się jak przyjaciele. Godzinę później, kiedy zaczęło się ściemniać, wróciliśmy do domu. Zayn poszedł odprowadzić konie, a ja zmęczona rzuciłam się na łóżko. Zasnęłam od razu.
  - [T.I.], [T.I.] wstawaj!- darł się Zayn. - Nie zdążysz się przygotować! Wstawaj śpiochu!
- Już, już. Jeszcze minutka.
- Nie! Albo zaraz mi się tutaj stawisz, albo porozmawiamy inaczej! Wstawaj!- krzyczał Zayn.
Nagle głosy ucichły, a ja ze spokojem powoli ponownie zasypiałam. Jednak nie było mi dane. Po chwili poczułam jak Zayn wylewa mi na głowę wiadro wody.
- Zayn, idioto! Już nie żyjesz!- wyskoczyłam z łóżka cała mokra i zaczęłam gonić śmiejącego się chłopaka. Po krótkiej chwili dogoniłam go i rzuciłam się na niego. Łaskotałam go i łaskotałam aż nie przeprosił.
- Przeproś, albo zginiesz marnie czarny włochaczu. - groziłam mu.
- Nie! Blond tapeto!- rzucił.
- Osz ty! Jak mnie nazwałeś?! Pożałujesz ! Przeproś albo nigdy nie przestanę!
- Dobra, już. Przepraszam- wydukał, bo  śmiech nie pozwalał mu dobrze wymówić wszystkich głosek.
- Nie dosłyszałam. Mówiłeś coś?- spojrzałam na niego ze słodką minką, chociaż doskonale słyszałam każde słowo.
- Przepraszam!- wydarł mi się do ucha. - A teraz złaź ze mnie. - zrzucił mnie ze swoich pleców. - Masz 15 minut na ogarnięcie się. Czekam w stajni! – rzucił, idąc osiodłać konie.
Wstałam z ziemi i udałam się do domu. Tam wysuszyłam włosy i związałam je w małego kucyka, umyłam twarz i zęby, ubrałam się w strój jeździecki i poszłam zjeść śniadanie. Zrobiłam sobie skibkę chleba i ruszyłam wolnym krokiem do stajni. Tam stał już Karo. Cmoknęłam na niego, a ten ruszył się z miejsca. Podbiegłam do niego i dałam świeże jabłko.   Zjadł je i w tym samym momencie przyszedł Zayn.
- Możemy zaczynać trening.
- Dobrze panie władzo.- uśmiechnęłam się do niego ciepło. Po chwili na jego twarzy zajaśniał promienny uśmiech.
Udaliśmy się do ujeżdżalni i wsiedliśmy na konie. 3 godziny intensywnej jazdy i ćwiczeń zmęczyły mnie tak bardzo, że postanowiłam pójść się zdrzemnąć. Potem znów wyszłam do ujeżdżalni i chwilę przyglądałam się ćwiczącemu Zaynowi. To on mógł jchać na te zawody. Miał większe predyspozycje, a jednak postanowił, że poprosi mnie. Byłam mu naprawdę wdzięczna. Takich przyjaciół na świecie jest niewielu. Odwiązałam Karego, wskoczyłam w siodło i graliśmy z Zaynem w polo. Tak czas minął nam do 19. Zadowoleni i bardzo zmęczeni wróciliśmy do domu. Po drodze wyczyściliśmy jeszcze konie. Bez kolacji poszłam spać.
Następne 2 dni zaczynały się i kończyły tak samo. Wstawanie, trening, odpoczynek, obiad, trening, czyszczenie koni, spanie.
*Dzień zawodów*
Dzisiaj czekało mnie największe wyzwanie w życiu. Byłam bardzo podekscytowana, a zarazem zdenerwowana. Nie wiedziałam co mnie czeka. Pierwszy raz brałam udział w takim konkursie. Ba! Pierwszy raz brałam udział w jakimkolwiek konkursie.
Stałam na wjeździe i czekałam aż wywołają moje nazwisko. Przy boksie stali Zayn i jego wujek. O! Moje nazwisko. Zaczynam. Najpierw  była do przeskoczenia koperta, potem stacjonata, w końcu oxer, jako czwarty mur i na końcu najgorsze- trippelbarr. Wysoka przeszkoda z podbiegiem, która budziła we mnie tyle strachu. Na każdym treningu zwalałam chociaż jeden drążek. Przejechałam wszystko z dość dobrym czasem i bez żadnego strącenia. Udało się! Odetchnęłam głęboko z ulgą. Wjechałam do boksu, zdjęłam toczek i przytuliłam się do Zayna.
- Byłaś wspaniała - szepnął mi cicho na ucho.
- To dzięki tobie, panie trenerze - odpowiedziałam lekko zawstydzona.
Chwilę potem siedzieliśmy  przed wielkim ekranem, oglądając innych zawodników i rozpatrując ich możliwości, rozmawiając o koniach i wyposażeniu. Nawet się nie spostrzegłam, gdy nadszedł czas ogłaszania wyników. Wsiadłam na Karo, bo to na nim jechałam i czekałam na werdykt.
- Trzecie miejsce w kategorii Juniorów w V Międzynarodowych Zawodach Jeździeckich zajmuje Roselia Hannover na koniu Birmighery.
- Drugie miejsce otrzymał Jung Jang Jui na koniu Harres.
- Wielką zwyciężczynią jest…- przerwał w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
- Wielką zwyciężczynią jest … [T.I.] [T.N.], która dosiadała konia czystej krwi angielskiej Karo!!- nie wiedziałam co robić. Gdy usłyszałam swoje nazwisko myślałam, że spadnę z Karo. Na szczęście jakoś się utrzymałam, ale i tak byłam bardzo zaskoczona.
Moje myśli biegały na okrągło. Raz niedowierzanie, innym razem szczęście, a jeszcze innym chęć zeskoczenia z konia  i biegania po parkurze ze szczęścia.
Po chwili stałam już na podium, odbierając puchar. Wtedy chyba byłam najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Ten dzień mogłam wpisać do jednego z najlepszych w moim życiu. Po całej ceremonii wręczenia nagród zerwałam się jak szalona i pobiegłam do Zayna.
- [T.I.] gratulacje! Nie wiem co powiedzieć, naprawdę spisałaś się świetnie!
- Dziękuje.- nagle stanęłam na palcach i wpiłam się w usta Zayna. Nie kontrolowałam się, nie wiedziałam co robię, ale to było coś naprawdę wyjątkowego.  O dziwo Zayn oddał pocałunek. Po dłuższej chwili odsunęłam się od niego i wyjąkałam:
- Przepraszam nie powinnam. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Nic się nie stało. Podobało mi się. – powiedział Zayn i uśmiechnął się. Spojrzałam prosto w te jego niesamowite tęczówki. Zatopiłam się w nich. Dopiero teraz zauważyłam jakie były ładne. Majaczyły w nich radosne iskierki. Wtuliłam się w Zayna i po raz kolejny już dzisiaj poczułam smak jego nieziemskich, malinowych ust.
- Dziękuje - wyszeptałam mu do ucha.
- Za co?
- Za to, że jesteś przy mnie, że mnie wspierasz i za to wszystko. Ze mogę być tu dzisiaj razem z tobą i że właśnie spełnia się moje największe marzenie.
- Kocham Cię.
- Ja ciebie też Zayn.
                     

~by Agata