wtorek, 12 lutego 2013

# 207. Wszyscy.


One Direction nie istnieje. Akcja rozgrywa się w XVIII wieku. 
Imagin pisany na podstawie filmu "Les Miserables. Nędznicy".



*1769 rok*
Dwudziestoletni młodzieniec pędził wąskimi uliczkami, nie oglądając się za siebie. Pod pazuchą ukrył bochenek razowego chleba i mały worek mąki pszennej. Lewą dłonią przytrzymywał zrabowane produkty, by nie wypadły na mokry piach. Zarzucił kaptur na głowę, by przechodzący obok niego ludzie nie mogli ujrzeć jego twarzy. Skręcił raptownie, kryjąc się za rogiem, w tym samym momencie, gdy strażnicy więzienni weszli do karczmy. Odetchnął z ulgą, odgarniając mokrą grzywkę opadającą mu na oczy. Wcisnął łup do pustej beczki, po czym oddalił się wolnym krokiem. Wiedział, że siostra zaniesie umierającej matce chleb, który zabrał piekarzowi. Wcisnął dłonie w kieszenie znoszonej, połatanej kurtki, idąc w bliżej nieokreślonym kierunku. Nagle ktoś złapał go za ramię i szarpnął do tyłu.
-Widzę, że znów się spotykamy, Louis- usłyszał aż za dobrze znany mu groźny głos.- Skujcie go i dopilnujcie, by tym razem dostał porządną karę- warknął Zayn, popychając chłopaka.
„Boże, jeśli istniejesz, pozwól przeżyć mej matce”- pomyślał Lou, czując jak łańcuchy spoczywają na jego wątłych, ale silnych rękach.

*1777 rok*
Mężczyzna wszedł do pracowni krawieckiej, gdzie kobiety robiły najróżniejsze suknie, fraki i inne części garderoby. Przywitał się skinięciem głowy, od razu kierując się na schody.
-Dzień dobry, panie burmistrzu- przywitał się zarządca krawcowych.
-Witam, Hugo- uśmiechnął się Louis, kładąc dłoń na poręczy.- Jak idzie praca?
Zanim brunet zdążył odpowiedzieć, szwaczki stanęły koło siebie, wypychając na przód najmłodszą z nich. Krzyczały i groziły jej, wypowiadając przy tym bardzo obraźliwe słowa. Hugo wysłuchawszy jednej z nich, podniósł z ziemi brązowowłosą, otworzył drzwi i wyrzucił ją na zewnątrz, dając jej tylko kilka drobnych monet.
-Panie burmistrzu, błagam! Mam małą córkę!- załkała, podnosząc poły wyświechtanej sukni z kałuży.
Louis nic nie odrzekł, bo strażnik więzienny- Zayn- zawołał go do siebie. Stanął koło dużego okna, opierając się o drewniane krzesło. Obojętnym wzrokiem wodził po pomieszczeniu, starając się, by jego mimika nie wyrażała żadnych uczuć. Odbył kilkunastominutową rozmowę z Zaynem, dowiadując się o nowych zwolnieniach, bijatykach w karczmach i tym podobnych. Pożegnał się zwykłym uściśnięciem dłoni i wyszedł na ulicę. Odetchnął z ulgą, poprawiając kapelusz. „Jeden niewłaściwy ruch i jestem na straconej pozycji”- pomyślał. Nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu się spotkać z jego oprawcą w miejscu innym niż więzienie. Uciekł z niego przed laty i przez tyle czasu pozostawał niezauważony. Ludzie, u których się zatrzymał, dali mu czystą kartę, nadzieję na lepsze jutro, nowe nazwisko i szansę na w miarę normalne życie. Postanowił, że będzie bronił praw ludzi, troszczył się o nich i dbał, by niczego im nie zabrakło. Szedł uliczką w stronę domu, kiedy usłyszał rozpaczliwy krzyk młodego chłopca:
-Na pomoc! Ratunku!
Niewiele myśląc pobiegł w stronę, z której dochodziły owe błagania. Kiedy dotarł na miejsce ujrzał starszego mężczyznę przygniecionego wozem. Zjawił się tam także Zayn ze swymi podwładnymi.
-Dobić go!- rozkazał.- Zwykły zjadacz chleba, nic nam po nim- mruknął pod nosem.
-Nie!- zaprotestował burmistrz, ściągając płaszcz i kapelusz.
Wręczył swoje ubranie małemu chłopcu. Złapał za wystającą część wozu, odpowiednio układając na niej dłonie. W tamtej chwili nie zaprzątał sobie głowy tym, że zdradzi swoją prawdziwą tożsamość, liczyło się tylko życie biednego chłopa. Ułożył belkę na prawym ramieniu, powoli wstając z klęczek. Od dawna nie wykonywał tak wielkiego wysiłku fizycznego, ale nadal miał silne mięśnie. Zacisnął usta, czując jak każdy nerw w jego ciele, każda tkanka i ścięgna budzą się do życia. Po chwili odrzucił kawał drewna w bok, aby móc wyciągnąć poszkodowanego. Ujął go pod pachy i delikatnie, acz stanowczo, odciągnął kawałek dalej.
-Dziękuję, tak bardzo panu dziękuję- szeptał ze łzami w oczach młody chłopiec, podając swemu ojcu wodę.
Louis uśmiechnął się lekko, ciesząc się, że komuś pomógł. Odebrał swoje rzeczy, a kiedy przechylił głowę w prawo dostrzegł iskierki w oczach Malika. Brunet popatrzył mu w oczy, zaraz znikając za rogiem. „Zdradziłem się”- westchnął w duchu Lou.
~*~
-Pardon monsieur Zayn *- podwładny wręczył mu kopertę.-  Przyszło pismo z centrali.
-Merci, Nathan. **
Gdy strażnik został sam, rozerwał papier i rozsiadł się wygodnie w fotelu, czytając treść listu. Z każdym słowem jego mina robiła się coraz bardziej pochmurna, a twarz blada. Zmiął papier w dłoni, stukając pięścią w blat stołu. Zaklął pod nosem, wstał i szybkim krokiem udał się do burmistrza. Zapukał cicho, a gdy usłyszał „Ouvert. S'il vous plaît ***, uchylił drzwi i przekroczył próg. Stanął przed biurkiem mężczyzny, wyjął swoją broń i rzekł:
-Nie jestem godzien służyć ci, monsieur. Zhańbiłem. Dopuściłem się grzechu. Nie oczekuję wybaczenia- zwiesił głowę, czekając na reakcję burmistrza.
Louis odłożył pióro, uważnie przyglądając się Malikowi. Wstał, okrążając mebel. Odsunął broń, pytając:
-Co zrobiłeś, Zayn?
-Wysłałem list do centrali. Chciałem się upewnić, czy nie jesteś zbiegłym więźniem. Louisem Tomlinsonem. Wysnułem błędne wnioski, bo okazało się, że uciekinier został już złapany i jutro stanie przed sądem.
-Jutro?- Lou wyjrzał przez okno- Przyznaje się?
-Oczywiście, że nie. Jak każdy zbieg. Ale nikt nie może wiecznie uciekać, nawet on.
-Nie zrobiłeś nic złego, Zayn. Wykonywałeś tylko swoje obowiązki. Wracaj do nich. Nie mam ci niczego za złe.- odparł burmistrz, wracając na swoje poprzednie miejsce.
Malik stał chwilę zdezorientowany, jakby nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Opamiętał się jednak i wyszedł, rad z tego, że nie poniósł większych konsekwencji swojej podejrzliwości. Kiedy stukot butów Malika na schodach ucichł, Louis złapał się za głowę, gorączkowo myśląc nad tym, co począć.
-Boże, tak daleko zaszedłem. Pozwoliłeś, bym mógł wieść spokojne życie- stanął przy szybie, patrząc na żebraków- Oni mnie potrzebują, tylko ja im pomagam. Jeśli się przyznam, będę stracony. Zginie tylko jeden człowiek, a nie mnóstwo tych siedzących pod ścianami. Czymże jest jedna dusza w porównaniu z tyloma innymi?- mężczyzna oparł się o laskę.- Gdy umrze choćby ta jedna osoba, będę przeklęty na zawsze- wyszeptał. Nałożył kapelusz, płaszcz, zamknął drzwi na klucz i wyszedł na ulicę. Postanowił już, co zrobi. Nie mógł pozwolić, by zginął ktoś za niego. Słońce schowało się za horyzontem, nieliczne lampy ledwo rozświetlały mrok. Zaszedł  do  najbiedniejszych dzielnic, coś ciągnęło go w tamtym kierunku. Ujrzał kobietę, obok której stał Zayn ze swoimi ludźmi. Przedarł się przez nich, klękając przy dziewczynie.
-Panie burmistrzu, zajmiemy się nią. To…
-Wiem- przerwał ostro Louis. – Kochanie, nic ci nie jest?- jego głos złagodniał.
-Zostaw mnie- warknęła, chowając się w kąt.- Nie dotykaj.
-Nic ci nie zrobię- dodał.- Czego los cię tak pokarał?
-Nie wystarczy ci, że straciłam godność? Pracę?- załkała, wyciągając poobijane dłonie, zaciśnięte w pięści.- Pozwoliłeś, bym została wyrzucona na bruk.
-Przepraszam- rzekł skruszony.- Zayn, ona potrzebuje lekarza!
-Monsieur, to…- zaczął Malik, ale urwał, kiedy ujrzał nie znoszące sprzeciwu spojrzenie burmistrza. Kiwnął na swych podwładnych, by się rozstąpili, robiąc przejście. Wdzięczny Louis wziął na ręce dziewczynę i zaniósł do szpitala.
-Mam córeczkę… Córeczkę…- mamrotała.
-Zaopiekuję się nią- zapewnił.- Jak ma na imię?
-Clarie- wyszeptała, zanim straciła przytomność.
~*~
Zostawił Agathe pod opieką sióstr, sam natomiast udał się do sądu. Wbiegł na salę, ściągając kapelusz.
-Wysoki sądzie!- krzyknął, stając koło domniemanego zbiega sprzed laty.- Zaszła pomyłka! Ten   mężczyzna nie jest tym, za kogo go uważacie! Kim ja jestem?- spytał, rozglądając się po sali.
-Panie burmistrzu, chyba się pan przeziębił- podszedł do niego zastępca sędziego.
-Nie! Jestem Louis Tomlinson! Zapytajcie Zayna. Będę w szpitalu- to powiedziawszy wyszedł, zostawiając za sobą zaskoczonych ludzi.
~*~
-Maleństwo, choć do mnie. Już późno, czas byś się położyła- szeptała ze łzami w oczach Agathe, wyciągając przed siebie dłoń.
-Spokojnie- Lou pogłaskał ją po głowie.- Clarie jeszcze tu nie ma.
-Powiedz jej, że ją kocham. Że spotkamy się… - urwała.- Gdy obudzę się ponownie.
Uśmiech zamarł na jej ustach, oczy znieruchomiały. Louis zamknął jej powieki, po czym pocałował ją w policzek.
-Obiecuję, będzie żyła pod moją opieką.
-No proszę, kolejne spotkanie.- w drzwiach stanął Zayn trzymający w dłoni szablę.- Tym razem raz na zawsze się ciebie pozbędę.
-Daj mi trzy dni. Przyrzekłem, że zaopiekuję się jej dzieckiem.
-Masz mnie za szaleńca?
-Tylko trzy dni, to wszystko czego potrzebuję.
-I znów uciekniesz. Nie ze mną takie gierki, Tomlinson.- warknął Malik, podchodząc do niego.
Zamachnął się, ale ostrze nie dotknęło Louisa- obronił się drewnianym wieszakiem. Walczyli przez dłuższą chwilę. Zayn, taki pewny siebie, władczy i stanowczy. Nic się nie zmienił przez ostatnie lata, ciągle tylko tropił i szukał zbiega, nie zamierzał przestać. To było jego obsesją. Nagle Louis wyskoczył przez okno, wprost do rzeki. Malik odrzucił szpadę, klnąc w niebogłosy.

*1789 rok*
-Tato, gdzie jedziemy ?- spytała Clarie, wychylając się za okno bryczki.
-W bezpieczne miejsce- uśmiechnął się Louis, gładząc dorosłą już córkę po włosach.
Minęło dwanaście lat odkąd uciekli i zamieszkali w drugiej części kraju. Oczywiście Loueh nie podzielił się z przybranym dzieckiem swoją przeszłością i przyczyną ich ciągłych przeprowadzek. Stwierdził, że niektóre słowa po prostu nigdy nie powinny paść. Wysiedli w centrum miasta, by kupić coś do jedzenia. Clarie podziwiała ptaki w klatkach, co chwilę podchodziła do biedaków i dawała im jakieś drobne monety albo dzieliła się z nimi bułką czy chlebem. „Agathe byłaby z ciebie dumna”- pomyślał Louis.
-To ty!- usłyszał za sobą męski głos.
Odwrócił się, stając twarzą w twarz z jakimś starszym mężczyzną, który zaczął ściągać z siebie przebranie.
-Karczmarz?- zdziwił się Lou.
-Nie zapłaciłeś nam tego, co się należało! Nasza droga Clareis...
-Clarie- wtrąciła jego żona, upuszczając atrapę dziecka.
-Właśnie. Była dużo droższa w utrzymaniu!
W tym samym czasie Clarie ujrzała po drugiej stronie ulicy młodego chłopaka, który ciągle jej się przyglądał. Miał niebieskie oczy i jasne włosy, a uśmiech malujący się na jego twarzy, dodawał mu uroku. Chciała z nim porozmawiać, ale usłyszała nawoływanie ojca. Pobiegła do niego i spytała :
-Tato, co się dzieje?
-Zayn- wyszeptał drżącym głosem.
Złapał córkę za rękę, ciągnąc ją do bryczki. Zniknęli w innej uliczce, w tym samym momencie,  w którym Malik ze swoimi podwładnymi wkroczyli do centrum.
~*~
Julie z zaciekawieniem przyglądała się całej tej sytuacji. Wychowała się z Clarie, więc znała ją całkiem dobrze. Podszedł do niej Niall i zapytał, ciągle rozglądając się na boki:
-Znasz ją?
Pokiwała głową, ciesząc się, że chłopak w końcu ją zauważył.
-Proszę cię, Julie. Znajdź jej dom, musze ją spotkać. Dam ci co tylko zechcesz.
-Wszystko?- spytała z nadzieją.
Niall wyciągnął z kieszeni garść monet, na co dziewczyna posmutniała. Zagryzła wargę, idąc samotnie wzdłuż ulicy. Przeszła pół miasta, pogrążona w swoich rozmyślaniach. Nawet nie zauważyła, gdy zaczęło padać, a jasne do tej pory niebo przykryły czarne chmury. Szła dalej przed siebie, krocząc po wielkich kałużach. Mokre włosy przylepiły się do jej ciała, a suknia zrobiła się ciut przyciasna. W deszczu chodnik wyglądał jakby był pokryty srebrem, światła w strugach wody były zamglone. Skuliła się i zaczęła płakać. Kochała Nialla od najmłodszych lat, ale wiedziała, że jego serce zostało już zajęte przez kogoś innego.
~*~
-Znalazłaś ją? Naprawdę? Julie, błagam, zaprowadź mnie tam!- Niall nie krył podekscytowania, złapał koleżankę w pasie i okręcił ją dookoła własnej osi. „Chciałabym, żeby na wiadomość o spotkaniu ze mną był taki szczęśliwy”- pomyślała.
-Za tą bramą- rzekła, krzyżując ręce na piersi.
-Jesteś kochana. Julie, nie wiem, co bym bez ciebie zrobił- ucałował ją szybko w policzek i podbiegł do furtki.
Clarie postanowiła, że odetchnie świeżym powietrzem i przemyśli kilka spraw. Snuła się alejkami wokół domku, wsłuchując się w śpiew ptaków. Usłyszała ciche nawoływanie.
-Clarie- powiedział cicho Niall, zaciskając palce na prętach bramy.
-Moje serce jest pełne ciebie, pełne miłości- wyszeptała dziewczyna, uśmiechając się.- To takie dziwne, nie znam nawet twojego imienia.
-Niall.
-Niall- powtórzyła z lubością.
-Nie wiem, co powiedzieć- westchnął, wciąż patrząc jej w oczy.
-Więc nie mów nic- położyła mu palec na ustach.
-Zgubiłem się. A zarazem odnalazłem- wyznał, splatając ich palce.
-Clarie !- usłyszeli krzyk jej ojca.
-Muszę iść. Obiecaj mi, że się jeszcze spotkamy- poprosiła.
Chłopak podniósł z ziemi białą chusteczkę, którą mu rzuciła. Powąchał ją i zatopił się w pięknym, jaśminowym zapachu.
~*~
-Niall, no nareszcie ! Ile można czekać ?- oburzył się Harry, wstając od stołu.- Jutro pogrzeb Lumieree. Na jego trumnie powstaną barykady. Pójdzie za nami cały lud.
-Początek rewolucji ?- uśmiechnął się blondyn.
Wszyscy zebrani w pokoju głośno przytaknęli.
-Coś ty taki rozkojarzony ?- zagadnął po chwili Liam- Czyżbyś się wreszcie zakochał ?
-To aż tak widać ?- jęknął Niall.
-Proszę, skup się. Masz wybór- walka za kraj albo dziewczyna.
W pomieszczeniu zapadło milczenie. Wszyscy wyczekująco patrzyli to na Harry’ego, to na Nialla.
-Nie zostawia się przyjaciół- rzekł blondyn.
-Przyszykujcie się, jutro wielki dzień- oznajmił Harold.
~*~
-Czy słyszysz jak śpiewa lud ? Śpiewa pieśń gniewnych ludzi. To jest muzyka ludzi, którzy nie poddadzą się znów niewoli... ****- zaczął Liam, a wraz z nim każdy, kto stał obok. Wkrótce pieśń niosła się echem po całym mieście, każdy kto tylko mógł dumnie kroczył naprzód z melodią na ustach.
-Barykady ! Niech powstaną barykady !- krzyczał Harry.
Przyjaciele skręcili w odpowiednią uliczkę. Ludzie wyrzucali przez okna najróżniejsze meble- krzesła, stoły, taborety, wersalki. Do wieczora utworzyli wielką stertę, za którą mogli się skryć i walczyć. Mieli przyszykowaną broń, amunicję, a także zapas jedzenia.
-Trzeba iść ich policzyć, sprawdzić jaką przeciwnik ma przewagę- stwierdził Hazza.
-Ja pójdę- odezwał się nieznajomy- Gdy byłem młody służyłem u nich, znam ich taktyki.
-Dobrze, niech Bóg ci sprzyja- powiedział do niego na pożegnanie Niall.
Zapadła noc, gdy ów mężczyzna wrócił z powrotem. Wdrapał się na barykadę, prosząc o coś do picia.
-Planują was najpierw przegłodzić dzień czy dwa. Potem zaatakują, gdy najmniej się będziecie tego spodziewać. Jest ich mnóstwo.
-Kłamca!- wrzasnął Liam, podnosząc się z ziemi.- Witaj monsieur Zayn.
-Słucham?- spytał zdezorientowany Harry.
-To ich przywódca, strażnik więzienny. Tamci przyjdą tutaj jeszcze dziś.
-Brawo, Li- pochwalił go Niall.
-Co z nim zrobimy?- odezwał się ktoś z tyłu.
-Zwiążcie go i zaprowadźcie do gospody. Lud zadecyduje o jego losie.
-Lepiej mnie zabij. Teraz. Albo do końca życia będę was prześladować- wyrwał się, ale daleko nie uciekł, bo wściekły Liam uderzył go pałką w głowę.
-Nie lubię przemądrzałych ludzi- rzekł na swoje usprawiedliwienie.
~*~
Jedną z pierwszych ofiar była Julie, przebrana za chłopaka. Umarła w rękach Nialla. Kolejnym zabitym był młody Liam, który wyszedł przed barykadę, by pozbierać amunicję poległych żołnierzy francuskich.
-Nie poddamy się!- krzyknął Niall!- Odejdźcie albo wysadzę barykadę!- wyciągnął beczkę z prochem i płonącą pochodnię.
-Sam zginiesz!- krzyknął któryś z przeciwników.
-Śmierć idzie za mną od dnia narodzin! Wolę umrzeć za kraj, za ludzi!
Już miał przyłożyć ogień do lontu, gdy dowodzący armią zawołał:
-Wycofać się!
~*~
-Słucham?- Lou otworzył drzwi.
-To od Nialla dla pana córki- powiedział mały chłopiec, po czym wybiegł na ulicę.
Mężczyzna otworzył kopertę i wyjął pismo. „Droga Clarie. Wiem, że nie dane nam było żyć w spokojnych czasach- ciągłe bijatyki, wojny, głód, bieda. Przepraszam, iż nie zaznałaś smaku miłości. Przynajmniej nie tej, która płynęła prosto z mojego serca. Wybrałem walkę za Francję, za ludzi w niej żyjących. Pamiętaj, że moje słowa wypowiedziane przy naszym ostatnim spotkaniu były prawdą. Czy zapłaczesz po mnie, gdy zginę na barykadzie? Niall”. Tomlinson odłożył kartkę koło śpiącej córki, ucałował ją w czoło i wyszedł. „Obiecałem Agathe, że jej córce niczego nie zabraknie. Miłości też nie”- pomyślał, udając się w stronę, gdzie walczyli młodzi chłopcy.
~*~
Louis walczył razem z młodymi. Prosił Boga, by miał ich w swojej opiece. „Przeżyłem już wiele, a oni mają jeszcze całe życie”- rozmawiał sam ze sobą.
-Kto jest w tej gospodzie?- zapytał Harry’ego.
-Zayn Malik- mruknął, naładowując broń.
-Mogę się nim zająć? Mam z nim porachunki do wyrównania- poprosił Lou.
-Oczywiście, monsieur.- odparł Harold, podając mu broń.
Louis rozwiązał Zayna i zaprowadził go na tyły uliczki. Podszedł do niego z nożem i rozciął liny.
-Zabij mnie- rzekł oschłym tonem Malik.
-Nie. Nie jestem taki jak ty- odparł Lou.
-Tchórz i nieudacznik. I tak cię dorwę- warknął.
-Mylisz się. Zawsze się myliłeś- westchnął Louis. – A teraz uciekaj.
Malik odszedł kawałek, a Tomlinson strzelił. Mężczyzna obrócił się do niego i pobiegł wzdłuż drogi. Nie wiedział co ze sobą począć, sens jego życia legł w gruzach. Pojawiły się wyrzuty sumienia, jakieś dziwne uczucie, które zawładnęło jego sercem. Szedł mostem, rozmyślając nad tym, co się właściwie stało przed kilkunastoma minutami.
-Nie mogę żyć ze świadomością, że on…- urwał, spoglądając w dół rzeki.
Stanął na krawędzi i skoczył w dół. Nie przeżył. Wolał popełnić samobójstwo, niż dalej uganiać się za kimś, kto po raz kolejny darował mu życie.
~*~
Wielkie zwycięstwa wymagały wielkiego ryzyka. A le rewolucja upadła, lud nie powstał, młodzi zginęli. Ich krew płynęła ulicami, ich śpiew nadal brzmiał wszystkim w uszach. Przeżyła tylko jedna osoba- Niall. Uratowany przez Louisa, który za punkt honoru postawił sobie ocalenie młodzieńca. Gdy chłopak mógł stanąć o własnych siłach, poszedł na miejsce wybuchu rewolucji.
-Istnieje żal, którego nie da się wysłowić. Istnieje ból, który nie odchodzi. Puste krzesła przy pustych stołach. Moi przyjaciele odeszli- mówił Niall rozglądając się po pomieszczeniu.- Tu mówili o rewolucji. Rozniecali w sercach żal. Tu śpiewali o jutrze, a jutro nigdy nie nadeszło. *****
-Kochanie, chodź- szepnęła Clarie, biorą pod rękę narzeczonego.
~*~
Na ślubie młodych pojawiło się wiele osób, zabrakło tylko Louisa. Mężczyzna wiedział, ze jego koniec jest już blisko, chciał oszczędzić tego widoku córce. Clarie udawała szczęśliwą, ale w głębi serca bardzo tęskniła za ojcem.
-Zaraz wrócę- powiedział jej na ucho Niall.
Odszedł kawałek, przywitać nowych gości. Ku jego zdumieniu byli to karczmarze- naciągacze. Wypchnął ich na zewnątrz.
-Poczekaj, wiemy coś o starym Louisie.
-Słucham- rzekł lekko poirytowany chłopak.
-On mówi, ty płacisz- wtrąciła żona karczmarza.
-Mów wreszcie, bo wezwę straż!- warknął Niall, nie kryjąc już rozdrażnienia.
-Monsieur Louis ciągnął po rewolucji jakieś ciało przez kanały. Widziałem go. Zabił i chciał uciec od kary. Mam nawet dowód- pierścień zabitego- wyciągnął prawą dłoń, na której połyskiwał złoty sygnet.
-Na Boga!- wrzasnął blondyn- To mój! Czyli ojciec Clarie mnie uratował! Gdzie on teraz jest?
-Płać, a się dowiesz.
Pan młody zamachnął się i uderzył karczmarza. Złapał go za poły marynarki i syknął:
-Gdzie on jest?
-W klasztorze.
Chłopak wstał, ujął dłoń dziewczyny i wybiegł z nią na dwór. Wsiedli do bryczki i pojechali w danym kierunku. Zdezorientowana blondynka wypytywała męża o powód ich nagłego wyjazdu.
-Twój ojciec.
~*~
-Papa!- Clarie uklękła przed ojcem, biorąc jego pomarszczone dłonie w swoje.
-Och, moje dziecko- w oczach Louisa zamajaczyły łzy.
-Wybacz mi, jestem niewdzięczny- rzekł Niall- Skarbie, żyję dzięki twojemu tacie. Wyniósł mnie z pola bitwy jak dziecko, opiekował się mną i czuwał, by nie stała mi się krzywda.
-Kochanie, to jest moja ostatnia spowiedź, opisałem w niej życie kogoś, kogo nie znałaś- Tomlinson wręczył dziewczynie kopertę.
-Tato, nie, proszę! Nie żegnaj się!
Lou zakasłał i opuścił głowę. Clarie zaczęła szlochać i ciągać ojca za płaszcz. Niall trzymał ją w ramionach, próbując uspokoić. Sam miał w oczach łzy. Louis patrzył na nich z boku, szedł trzymając za dłoń Agathę, która prowadziła go do lepszego świata, gdzie nie było głodu, biedy,   smutku, czy łez. Ujrzał wszystkich tych, którzy polegli broniąc ojczyzny. Teraz stali na barykadzie, wymachiwali flagami i śpiewali „Czy słyszysz jak śpiewa lud? Śpiewa pieśń gniewnych ludzi…”.



 ~by Natalia
____________
*- Przepraszam, panie Zayn.
**-Dziękuję, Nathan.
***- Otwarte. Proszę!
****- Przetłumaczony fragment piosenki „Do you hear the people sing?”, która była w filmie pt. „Nędznicy”.
*****- „Empty chairs at empty tables”

20 komentarzy:

  1. Oglądałam ten film- był rewelacyjny. Tak samo jak Twój imagin *_*
    Jak dla mnie piękny ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny *-* cudowny <33 no brak mi słów

    OdpowiedzUsuń
  3. Nieziemski ;) Wspaniale opisany. I ta melodia *-* Miałam ciary ^^. Jak dla mnie genialne xD
    K.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ogladalam film "Les Miserables. Nędznicy", byl swietny, wrecz cudowny, ale twoj imagin mnie oczarowal. Z posrud wszystkich ten wlasnie jest wart poswiecenia. Jednakze trzeba sie zastanowic, czy ludzie sa warci jego przyczytania. Kocham twoje imaginy i szalencze czekam na nastepne. Mam nadzieje, ze zrobisz jakis dluzszy z Louis'em.
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałam to 2 razy i nie rozumiem o co w tym chodzi nadal...

    OdpowiedzUsuń
  6. Bomba ^^ Film boski, imagin jeszcze lepszy ;D

    OdpowiedzUsuń
  7. Nawet fajny ale wolę jak piszecie coś innego

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie oglądałam filmu, ale sądzę - po przeczytaniu Twojego imagina- że jest równie wspaniały i wzruszający, jak Twoje dzieło <3. Przepiękne <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Przepiękne, aż brak mi słów.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak zawsze wspaniale piszesz! Jestem dumna, że mam taką utalentowaną Córę! Nawet na miarę Wiktora Hugo!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Brak człowiekowi słów, bo żadne nie oddadzą tego, jak bardzo dobrze piszesz ;) Cudne <2.

    OdpowiedzUsuń
  12. Uwielbiam Nędzników. Nie wpadłabym na pomysł aby napisać imagina na jego podstawie. ;D

    OdpowiedzUsuń
  13. Jak ja uwielbiam nędzników. Oglądałam w kinie i w teatrze. A twój imagin jest cudowny. Ale myślę że trzeba wiedzieć o co chodzi w Nędznikach żeby go zrozumieć

    OdpowiedzUsuń
  14. Nigdy tego nie czytałam, oglądałam, nawet o tym nie słyszałam. Nie jestem w temacie, nie wiem o co chodzi, ale i tak ten imagin poruszył mnie do łez.
    Love xoxo
    Niall's wife :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nic nie mogę powiedzieć...brak mi słów..;'))

    OdpowiedzUsuń
  16. Nie oglądałam filmu i trochę się pogubiłam w tym imaginie, ale pod koniec zaczęłam ogarniać :D
    I wiesz co? Dzięki tobie w końcu zbiorę się aby obejrzeć ten film :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Trochę ciężko się czytało, zważywszy a moją przekletą fobię przed językiem francuskim, ale dałam radę :)
    Świetny imagin. :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Wow! Brak mi słów... To było genialne ;) Mimo,że nie zrozumiałam paru rzeczy :D Teraz muszę obejrzeć ten film. Gdyby nie ty, to pewnie w ogóle bym o tym nie pomyślała :]

    OdpowiedzUsuń
  19. Imaigin jest cudowny tak samo jak film i książka *_____________*

    OdpowiedzUsuń