wtorek, 8 stycznia 2013

# 189. Louis.

I'm so sorry.



Siedziałem przy biurku, bezwiednie opierając dłonie na blacie. Stukałem w niego palcami, chcąc choć na chwilę przestać myśleć. Mrok rozświetlała mała lampka stojąca w drugim końcu pokoju i dwie świeczki w brązowej i niebieskiej oprawie postawione na marmurowym parapecie tuż obok różnych figurek i pieska z ruchomą główką. Gdzieś spod sterty ubrań wydobywała się z mojego telefonu cicha, lekko przytłumiona, smutna piosenka. Tępym wzrokiem wpatrywałem się w deszcz uderzający w szybę. Pojedyncze kropelki powoli spływały po oknie, niekiedy zlewając się i łącząc w jedność. Ciemne chmury bezczelnie zakryły pełnię księżyca, odbierając mi jedyne pocieszenie jakie pozostało na tym świecie. Niebo płakało razem ze mną, z moją duszą i sercem. Czułem się taki mały i bezbronny, przytłaczała mnie rzeczywistość. Ból zawładnął każdą komórką mojego ciała, uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie. „Zayn nie żyje.”- zdanie niczym echo krążyło w mojej głowie. Było jak kołek w serce wampira. Jak rzucone belki pod nogi kulawego. Jak utrata słuchu dla muzyka. Bolesne. Śmiertelne. Dołujące.  Miałem ochotę krzyczeć, ale nieużywane od dłuższego czasu struny głosowe odmawiały posłuszeństwa. Chciałem płakać, lecz w moich wyschniętych na wiór, zaczerwienionych oczach nie było ani krztyny łzy. Pozostawało mi tylko bezmyślnie siedzieć i pozwalać, by poczucie winy rosło w siłę. Nie poruszyłem się nawet wtedy, gdy Niall wszedł do mojej sypialni i postawił obok mnie talerz z kanapkami i fioletowy kubek z parującą kawą. „Ulubiona Zayn’a”- pomyślałem, czując nieprzyjemne ukłucie po lewej stronie klatki piersiowej.
-Louis.- usłyszałem błagalny szept Irlandczyka.
Wyraz mojej twarzy pozostawał niezmienny. Zmrużyłem tylko oczy, wpatrując się uparcie w wirujący płomień.
-Wiem, że przeżywasz odejście Malika i obwiniasz się za to. Ale zrozum! To nie przywróci mu życia!- zdenerwowany Horan zrzucił z półki leżące na niej książki i gazety.
-Twój krzyk też nic nie da.- odchrząknąłem- A ja powinienem gnić w więzieniu.
Blondyn złapał mnie za ramiona, odkręcając na obrotowym krześle tak, abym był twarzą do niego. Wbił palce w moje przedramiona, zmuszając mnie do tego, bym spojrzał w jego oczy. Uczyniłem to niechętnie, przybierając jedną z najbardziej obojętnych min, na jakie mnie było stać.
-Powiedz coś.- poprosił drżącym głosem.
Przeniosłem wzrok na swoje nadgarstki. Skarciłem się w myślach za to błędne posunięcie. Chłopak od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Gwałtownym ruchem podciągnął rękaw starej bluzki. Z szeroko otwartymi oczyma wpatrywał się w świeże rany na mojej lewej ręce. Na przemian otwierał i zamykał usta, niczym ryba wyciągnięta z wody i rzucona na brzeg. Przekręciłem głowę, skupiając się na martwym punkcie gdzieś w oddali.
-Coś ty zrobił?- spytał Niall, pociągając nosem.
Kiedy nie doczekał się mojej odpowiedzi, wymierzył mi siarczysty cios w policzek. Przymknąłem powieki, delektując się przyjemnym fizycznym bólem, który promieniował w obolałym miejscu. Horan zorientował się, że nie przejmuję się jego zachowaniem, a już tym bardziej nie zaczerwienionym policzkiem. Westchnął, opierając się na moich kolanach.
-Nikt nie pyta się mnie, czy wszystko jest w porządku.- zacząłem ochrypłym głosem, mówiąc bardziej do siebie niż do przyjaciela.- Bo oni przyjmują, że tak jest. Tyle czasu minęło od…- przerwałem na moment, by nie zdradzić uczuć, które mną targały. Wziąłem głęboki haust powietrza i kontynuowałem, siląc się na wypruty z emocji ton- Od odejścia Zayn’a, a mimo to nic, ani nikt nie może wypełnić pustki. Wyglądam na szczęśliwego, prawda? Skaczę z radości!- prychnąłem- Ale cholera, ja w środku umieram!- trzasnąłem ręką w oparcie krzesła.
Niall bacznie mi się przyglądał, jakby starannie analizował każde usłyszane słowo. Chciał coś dodać, ale położyłem mu palec na ustach i mówiłem dalej:
-I nagle…- urwałem, zamykając oczy- Coś czuję. To ogarnia moje zmysły, paraliżuje moje ciało. Przejmuje nade mną kontrolę. Wiesz, co to jest?
-Samotność.- dokończył Horan, jak gdyby czytał mi w myślach.
Po chwil usłyszałem cichy szloch przyjaciela. Zagryzłem dolną wargę tak mocno, że poczułem w ustach metaliczny smak krwi. Wzdrygnąłem się, uświadamiając sobie, że dodatkowe ranienie jednak dawało chwilową ulgę. Powoli podniosłem powieki, spoglądając na skulonego przede mną Irlandczyka. Podniosłem go, pomagając mu usiąść na mych nogach. „Jedyną osobą, która powinna cierpieć, jestem ja.”- stwierdziłem w duchu. Pogłaskałem blondyna po plecach, czując bijące od niego ciepło. Coś, czego tak dawno nie doświadczałem. Nialler popatrzył na mnie załzawionymi, niebieskimi tęczówkami, a potem ufnie wtulił się w moją koszulkę, nie przestając mnie przepraszać.
-Schudłeś.- zauważył cicho, sunąc palcami po moich wystających żebrach.- Nic nie jesz.
-Nic mi nie będzie.- wysiliłem się na niemrawy uśmiech, chcąc podnieść na duchu kumpla. A może siebie? Nie miałem pojęcia. Poczułem, że nie dam rady dalej udawać i prowadzić w miarę przyzwoitej i normalnej rozmowy. Przetarłem oczy i ziewnąłem przeciągle. Kiedy Horan zszedł z moich kolan, wróciłem do wpatrywania się w nasilający się deszcz. Znów zamknąłem się w swoim świecie. Blondyn coś do mnie mówił, machał dłonią przed moim nosem, ale zupełnie nie zwracałem na to uwagi. Miałem wrażenie jakbym był w dwóch miejscach jednocześnie. Zwiedzając zakamarki swej umierającej duszy, a także przebywając w znienawidzonym do granic możliwości świecie. Jedyne czego pragnąłem, to tego, by zostawił mnie w spokoju. Dłuższe obcowanie sam na sam z człowiekiem przyprawiało mnie o dreszcze, nie lubiłem tego i wystrzegałem się jak ognia. Nie potrzebowałem niczyjej troski, opieki, litości czy współczucia. Gdy w końcu chłopak raczył opuścić mój pokój, zatrzasnąłem drzwi i zamknąłem je na klucz, aby nikt mi nie przeszkadzał. Wszedłem na biurko i otworzyłem okno, gdyż w pomieszczeniu zrobiło się duszno. Schodząc, przewróciłem niechcący kubek z jeszcze gorącą kawą. Brązowa ciecz rozlała się po blacie, spływając z niego prosto na moje bose stopy. Zasyczałem, gdy lepki roztwór lekko poparzył mi palce. Mimo to na moje usta wypłynął nikły uśmieszek, a do głowy przyszła wspaniała myśl. Jak opętany rzuciłem się w kierunku komody, wyciągając wszystkie szuflady i przeglądając ich zawartość. Z każdą upływającą minutą moje podenerwowanie rosło, a wargi drżały z podekscytowania. Odetchnąłem z ulgą, kiedy pod opuszkami palców wyczułem zimną, metalową powierzchnię. Niemal z czułością dotknąłem ostry przedmiot. Stałem tak pośrodku bałaganu i z umiłowaniem przyglądałem się rzeczy, w myślach analizując coś, co miałem zamiar poczynić. Jakiś głos w mojej głowie odradzał mi głupich zachowań, ale nie przejmowałem się nim. Za każdym razem, kiedy przykładałem żyletkę do skóry, przychodził moment zawahania. Strachu. „A co jeśli tym razem przesadzę?”. Prychnąłem, odgarniając grzywkę, która opadła mi na czoło.
-Raz… Dwa… Trzy…- policzyłem na głos, przy ostatnim słowie ciągnąc ostrym końcem po ręce.
Zasyczałem, mocno zagryzając wewnętrzne części policzków. Ból był nie do opisania, obezwładniający, ale w pewnym stopniu dający mi coś, czego usilnie potrzebowałem. Oderwanie od rzeczywistości i nurtujących mnie myśli. W tym momencie nie obwiniałem się o śmierć Malika, liczyło się tylko cierpienie fizyczne. Patrzyłem jak krew płynęła wzdłuż mojego nadgarstka i powoli skapywała na czystą pościel. Nie robiłem nic, aby zatamować coraz szybciej sączącą się z żyły rdzawo-czerwoną ciecz. Czułem jak z każdą kroplą odznaczoną plamą na kołdrze, wypływa ze mnie smutek, złość, przygnębienie. Opuszczały mnie siły, ale jednocześnie cieszyłem się, że inne uczucia ustępują obezwładniającemu mnie bólowi.
-Bo jeśli potrafisz cierpieć, umiesz też kochać.- usłyszałem gdzieś w oddali przytłumiony głos Zayn’a.
-Umiem…- wyszeptałem, kładąc głowę na poduszce.

~*~

Kim byłem? Kim jestem? Kim będę? Dlaczego się zmieniłem? Dlaczego nie jest tak jak dawniej? Dlaczego pozwoliłem mu odejść?
Pytania niczym pociski z karabinów maszynowych bombardowały moją obolałą głowę. Uniosłem lewą powiekę, przyzwyczajając się do ostrego światła. Zauważyłem siedzącego przy mnie Liama, obok niego stał Harry, a o krzesło opierał się Niall. Widać było, że wszyscy od dłuższego czasu nie zmrużyli oka.
-Obudził się.- rzekł słabym głosem Horan, wyczułem w nim nutkę ulgi.
-Nareszcie.- odetchnął Hazza, klękając przy łóżku- Coś ty chciał najlepszego zrobić?
-Odejść- wymruczałem, unosząc głowę, by móc spojrzeć na swoje zabandażowane nadgarstki.
-Słucham?- tym razem odezwał się Payne.
-Odejść.- powtórzyłem dobitnie, akcentując każdą sylabę.
-Ale czemu?- w oczach Niallera znów pojawiły się łzy.
-Bo zabiłem Zayn’a.- odrzekłem, patrząc w sufit. Znów zalała mnie fala bolesnych wspomnień, a ból pulsujący w mojej ręce i sercu był nie do wytrzymania. Najchętniej wyrwałbym sobie ten kawałek bijącego mięśnia. Och, gdybym tylko mógł!
-Nie mów tak.- Lokers pogłaskał mnie po policzku, chcąc dodać mi otuchy.- To nie była niczyja wina.
-A jednak jego tu nie ma.- warknąłem.
Podniosłem się do pozycji siedzącej i spojrzałem prosto w oczy każdemu z kumpli, uważnie przyglądając się rysom ich buzi. Powoli zacząłem odwijać bandaż, nie zważając na protesty Liama. Wyprostowałem się, wyciągając przed siebie nadgarstek.
-Wiecie, co znaczą te blizny?
Prychnąłem, widząc zakłopotanie malujące się na ich twarzach.
-One przypominają mi, że to dla waszego dobra. Wedle waszego życzenia.
-O czym ty mówisz?- zdziwił się Niall, zajmując wolne miejsce obok moich nóg.
-Blizny pokazują mi, że powinienem odejść z tego świata…
Urwałem. Moje słowa zawisły w powietrzu. W pokoju powstała wyczuwalna przez każdego z nas napięta atmosfera, którą można by siekać nożem. Irlandczyk pobladł, chwytając się kołdry, Styles z niedowierzaniem wpatrywał się w moje rany, a Liam… Liam po prostu opuścił głowę i płakał. Było mi głupio z myślą, że doprowadziłem przyjaciół do takiego stanu, ale wiedziałem, że musiałem. Oszalałem z rozpaczy. Zabijała mnie od środka, wręcz zjadała po kawałku moją postrzępioną duszę, chcąc wyniszczyć każdą żywą komórkę w moim ciele. Chciałem ubiec obsesję, zanim ona na dobre dopadłaby mnie. Wziąłem głęboki oddech, wiedząc, że swoim jednym słowem dogłębnie zranię osoby, które się o mnie troszczyły. Jednakże już postanowiłem. Otworzyłem usta i powoli dokończyłem wcześniejsze zdanie:
-Bezpowrotnie.

~*~
Myliłem się, myśląc, że wszystko jest dobrze, że udało mi się wyjść na prostą. Nie miałem racji, mówiąc, że byłem wolnym i niezależnym człowiekiem. Kłamałem, twierdząc, iż polubiłem własne ciało i życie. Udawałem, by nie martwić przyjaciół. Za bardzo mi na nich zależało. Panicznie bałem się świata i otaczających mnie miłych i pomocnych ludzi. Wszystko napawało mnie strachem, rozgoryczeniem i nienawiścią do samego siebie. W mojej pamięci na stałe zostały wyryte najgorsze wspomnienia, których za nic nie mogłem zepchnąć do najodleglejszych czeluści umysłu. Pamiętałem każde słowo, które niegdyś padło z ust Zayn’a. Teraz wszystkie raniły mój mózg i miałem wrażenie, jakbym go poharatał siekierą. Powinienem udać się do psychologa czy innego specjalisty, który pomógłby mi uporządkować wiele spraw i przywrócić mnie do normalnego życia. Owszem, mógłbym. Ale tego nie zrobiłem. Czemu? Bo miałem lepszy plan, który szybko chciałem wprowadzić w życie.
Wyrwałem się z rozmyślań, starając się skupić wzrok na jednym punkcie. Przez chwilę przed moimi oczami wirowały białe i czarne kropeczki, które zamazywały mi ostrość widzenia. Po chwili wszystko wróciło do normy. Nie chcąc wzbudzać podejrzeń, udałem się do kuchni, wziąłem paczkę herbatników i sok pomarańczowy. Liam bacznie mi się przyglądał, jednak zaraz jego rysy twarzy złagodniały. Posłał mi nieśmiały uśmiech, który, o dziwo, odwzajemniłem. Chłopak wyszedł z pomieszczenia, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Odetchnąłem z ulgą i zanim Payne zdążył wrócić, niosąc w dłoni listy i jakąś ulotkę, zdążyłem schować pod bluzą spory, dopiero co naostrzony nóż. Wymijając go w progu, odwróciłem wzrok. Pobiegłem na górę, po drodze spotykając Harry’ego.
-Cześć.- powiedziałem.
-Hej.- Harold uniósł kąciki ust ku górze.- Idę z Niall’em do parku. Wybierzesz się z nami?- zaproponował, opierając się o barierkę.
Pokiwałem w milczeniu głową i zniknąłem w swoim pokoju. Nie mogłem dopuścić do tego, aby Styles zauważył łzy, które pojawiły się w moich oczach. Wiedziałem, że postępuję słusznie, a Loczek zapewne starałby się odwieść mnie od czynu, który zaważył na losach i moich, jak i ich. Oparłem się o zamknięte drzwi i osunąłem się na podłogę, dzierżąc w dłoni ostry przedmiot. Żałowałem, że w taki, a nie inny sposób musiałem zakończyć swój żywot, ale zniewalające mnie poczucie winy, nie dawało mi wyboru.
-Jesteś głupi.- rzekłem do siebie na głos, pukając się kilka razy w czoło.
Rzuciłem paczkę z jedzeniem na biurko, a sam stanąłem obok niego, po raz ostatni spoglądając na zdjęcie przedstawiające piątkę radosnych przyjaciół. Byłych przyjaciół. Odetchnąłem głęboko i wygłosiłem mowę pożegnalną skierowaną ku swemu odbiciu w lustrze.
-Chciałbym być rzeczą. Bez smutku, łez i bólu. Pozbawioną uczuć. Zwykłym przedmiotem stojącym na półce. Ludzie nienawidziliby mnie lub podziwiali. Moje martwe serce byłoby puste. Byłbym samotny…- zamilkłem, patrząc jak pojedyncze łzy płynął po moich policzkach i skapują na białą podkoszulkę. Ująłem nóż w obie dłonie, zaciskając mocno palce na rękojeści. Strach wtargnął w moje myśli, zasiewając ziarno niepewności. „A może lęk ma mnie uchronić przed złym krokiem? Nie, Louis, opanuj się.”-pomyślałem.
-Byłbym samotny. Tak jak teraz.- przy ostatnich słowach już bez wahania wbiłem nóż w brzuch.

~*~
-Zawołajcie lekarza! Wybudza się! Dzwońcie po Zayn’a.
-Louis? LOUIS!!!- usłyszałem nawoływanie przyjaciół. Dobiegało one jakby z oddali, ale z każdą sekundą nasilało się i dudniło w moich uszach. Nic z tego nie rozumiałem. Przecież miałem nie żyć! Czyżbym został uwięziony pomiędzy życiem a śmiercią, w otchłani?
-Otwórz oczy, proszę.- miękki głos zmusił mnie do spełnienia prośby.
Jasne, szpitalne światło oślepiło mnie. Chciałem unieść dłoń, ale była strasznie ciężka, tak jakby nie należała do mnie. Byłem wycieńczony, drapało mnie w gardle. Czułem mrowienie w stopach i chłód przeszywający moje ciało. Ktoś podał mi szklankę z wodą. Poprzez słomkę wypiłem kilka takich plastikowych kubeczków.
-Jak się czujesz?- spytał Niall, opierający się o ramię Lokersa.
-Jak ktoś, kto właśnie popełnił samobójstwo, ale jakimś cudem przywołano go z zaświatów.- prychnąłem.
Na sali zapała niezręczna cisza, żaden z chłopaków nie wiedział, co powiedzieć. Drzwi uchyliły się i stanął w nich doktor. Wyprosił na moment moich przyjaciół, aby mógł spokojnie przeprowadzić szereg badań. Dziwiłem się, dlaczego to zrobił. Czemu uratował mi życie? Nie umknęło mi jednak jego zadowolenie i radość malująca się na twarzy.
-Cieszę się.- odezwał się, gdy skończył swoją pracę.- Myśleliśmy, że już się pan nie wzbudzi.
-Słucham?- zmarszczyłem czoło w geście frustracji.
-Nic pan nie pamięta, prawda?- lekarz popatrzył na mnie znad swoich notatek.- Przez pół roku był pan w śpiączce, a stan wcale się nie polepszał. Aż do dziś.
-W śpiączce?- poderwałem się, od razu tego żałując. Moje mięście nie były tyle czasu używane, nawet najmniejszy ruch kosztował mnie sporo wysiłku.- Czyli ja się nie zabiłem?
-Skądże znowu.- doktor zachichotał, jakbym opowiedział najlepszy żart na świecie.- Zostawię pana z przyjaciółmi. Tęsknili za panem.
Opadłem na poduszki, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszałem. Nie targnąłem na własne życie? Ale jak to? Po chwili w pomieszczeniu zaroiło się od kilku chłopców i ich radosnych śmiechów. Rzucili się na mnie, chcąc mnie przytulić.
-Wolniej, wolniej. Bo go zgnieciecie.- Malik przekrzywił głowę w bok, przyglądając mi się uważnie.
-Ty żyjesz?- wrzasnąłem.
-Dużo się wydarzyło przez te sześć miesięcy, Lou. Ale żyję. W końcu mnie uratowałeś.- usiadł na skraju łóżka, po czym odgarnął włosy, które opadły na moje oczy.- Mamy czas, wszystko ci opowiem.
Kilka godzin rozmawialiśmy, najczęściej to ja zadawałem pytania, a Zayn odpowiadał. Co chwilę Niall czy Harry wtrącali swoje kąśliwe uwagi lub komentowali zaistniałe sytuacje. Uśmiechałem się promiennie, ciesząc się, że moje samobójstwo było tylko wymysłem podświadomości. Dowiedziałem się, że byliśmy z chłopakami pewnego lipcowego dnia na kajakach.

Płynąłem z Malikiem w jednej łodzi. Chłopaki wielokrotnie wpychali nas w trzcinę. Ciągle rywalizowaliśmy o dominację, aby jak najszybciej i najsprawniej dotrzeć do punktu, w którym mieliśmy zjeść obiad. Urywki wspomnień składały się w jedność, ukazując mi jak było naprawdę. W jednej chwili odwracałem się do kumpla, a w drugiej już nasz kajak leżał przewrócony, a my w wodzie. Z tą różnica, że ja miałem kamizelkę napełnioną powietrzem, a brunet nie. W dodatku on nie potrafił dobrze pływać. Ściągnąłem swoją i zanurkowałem. W rzece roiło się od różnego rodzaju liści, wodorostów, rzęsek i ryb. Wyciągnąłem Pakistańczyka, pomagając mu złapać się wiosła podanego przez Nialla. Sam poczułem, że coś okręciło się wokół mojej kostki. Zanurzyłem się, by odczepić kawałek zielonego badyla. Przepłynął nade mną kajak, dlatego zszedłem prawie na samo dno, tak aby nie dostać w głowę wiosłem. Jednak nie wypłynąłem na powierzchnię. Film mi się urwał…

-Co się ze mną wtedy stało?- zapytałem, bawiąc się palcami.
-Uderzyłeś potylicą w kamień. Ledwo cię wyciągnęliśmy.-wtrącił milczący dotąd Liam.- Mało brakowało i odszedłbyś na zawsze z tego świata.- dodał cicho, spoglądając za okno.
-Lekarze nie dawali ci szans.- dopowiedział Niall, kładąc się przy mnie.
-To jakim cudem tu jestem?- uniosłem pytająco brwi, wodząc wzrokiem po szczęśliwych twarzach kumpli.
-Zawdzięczam ci życie, Lou.- rzekł Malik, nie puszczając mojej dłoni.- Gdyby nie ty, utonąłbym tam w tej brudnej wodzie- chłopak odwzajemnił mój uśmiech- Sprowadziłem najbardziej wykwalifikowaną pomoc medyczną z drugiego końca świata. Kazałem przewieźć cię do najlepszej kliniki. A oni powiedzieli mi, że nie ma dla ciebie żadnych szans.- zamilkł.
Pogłaskałem go po policzku i kciukiem otarłem łzę, która niespodziewanie wypłynęła spod jego powieki. Dopiero po chwili zorientowałem się, że zostałem na sali sam na sam z Zaynem.
-A teraz powiedz mi, Tomlinson.- jego głos stał się wrogi, a w oczach zatańczyły iskierki.- Dlaczego chciałeś się zabić?
-Słucham?- zacząłem wiercić się na poduszkach, delikatnie marszcząc czoło.
-Dobrze wiesz, co słyszałeś. Rozmawiałeś o tym z lekarzem, Lou. Nie rób ze mnie głupka.- złapał mnie za kark, wbijając w skórę swoje paznokcie, dopóki na niego nie spojrzałem.
-Nie mogłem bez ciebie żyć, Zayn.- wyszeptałem bliski płaczu- Każdy dzień był męczarnią. Dłużył się w nieskończoność, minuty były jak godziny. Tygodnie niczym wieczność. Bolało to, że mieliśmy wspólne przeszłości, a przyszłości już nie. Przeze mnie. Nasze drogi ot tak się rozeszły. Ty odszedłeś, a ja tkwiłem w miejscu.
-Loueh…- wyszeptał- To tylko twoja podświadomość.
-Podświadomość, czy nie, ale dała mi jednoznacznie do zrozumienia, że cię zawiodłem.- prychnąłem.
-Nie roztrząsajmy już tego, co? Postaraj się zapomnień, proszę. Jestem tu, Lou- uniósł mój podbródek.- Jestem.
-Tęskniłem.- wymruczałem, tuląc się do niego.
Nareszcie poczułem, że ostatni puzzel układanki wskoczył na swoje miejsce. Że zepsuty trybik w jakimś urządzeniu naprawił się i zaczął sprawnie działać. Miałem wrażenie jakby ktoś wziął mocny klej i posklejał moją rozerwaną duszę i serce, jakby domalował niezmywalnym mazakiem uśmiech na mojej twarzy. Cieszyłem się, że moje samobójstwo było przestrogą, czymś wymyślonym. Mimo że zwątpienie zajęło moje serce, ktoś mnie uratował. Ocalił mnie w dwóch światach. Ktoś, kto sprawił, że wróciłem do żywych. Ktoś, kto był przyczyną mojego uśmiechu. Ktoś, kto jako jedyny miał moc, by mi pomóc. Zayn, mój najlepszy przyjaciel, który żył dzięki mnie, a ja dzięki niemu. 

_____
Dla wyjaśnienia: W początkowej części imagina jest przedstawione życie z perspektywy Lou, które miałoby miejsce naprawdę, gdyby Zayn zginął. Louis był w śpiączce, ale trwając w takim stanie żył nadal, w swojej "podświadomości".

~by Natalia

18 komentarzy:

  1. Boski!!!! Dziewczyno pisz dalej, jesteś genialna!~Mr. Styles

    OdpowiedzUsuń
  2. Niezły, niezły :) ale mogę się dowiedziec o co chodziło? Wszystko jest tu takie chaotyczne...tak to moim zdaniem dobre określenie. Styl dobry choć kilka razy słowa użyte po sobie się gryzły. Na przykład wyrażenie"Lokers" kiedy byli w szpitalu...jak dla mnie nie pasuje do sytuacji. Poza tym tu były jakieś dwa światy, bo tego też nie ogarnęłam. Niby był w śpiączce przez 6 miesięcy, ale próbował się zabic. Nie wiem, może jestem tępa, ale na prawdę kompletnie nic nie rozumiem. Dobra. Na koniec, chcę powiedzieć, że podobał mi się, choć jestem zagubiona. Był na prawdę ciekawy. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękny *o*

    OdpowiedzUsuń
  4. O mój boże... Świetny. Rewelacyjny wręcz. To co piszecie, czyta się z taką łatwością. Uwielbiam ten stan, kiedy z każdym słowem moja dusza odpływa do innego świata. W którym jest mi wiele lepiej i łatwiej. Kocham was! :3x

    OdpowiedzUsuń
  5. A już myślałam, że Loueh się zabił O.o Byłam w szoku. Ale w takim pozytywnym, no :) Cieszę się, że mimo wszystko jest happy-end, chociaż cały imagin jest w tonacji raczej smutnej ;c
    Niemniej jednak niesamowita praca :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mmm.. cudny imagin <3.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niesamowity talent! I ile uczuć. Bez problemu wczułam się w głównego bohatera, miałam wrażenie jakbym to ja straciła najlepszego przyjaciela... ;(
    +Mnóstwo zdań, które mogłabym potem gdzieś cytować...
    Po prostu genialne <3.

    OdpowiedzUsuń
  8. Genialny!
    Zapraszam do sb http://walk-away-and-stay.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Wzruszylam sie...

    OdpowiedzUsuń
  10. kiedyś w ogóle nie płakałam przy imaginach, później zaczynałam się wzruszać, ale Wy coraz bardziej działacie na moje uczucia, ryczałam jak głupia przez dosłownie cały imagin...
    uwielbiam Was <3
    od czasu do czasu takie imaginy są potrzebne, ale wolałabym żeby większość z nich była wesoła od początku :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetne !!
    masz talent kochanie ! Pisz dalej bo na prawdę masz talent i musisz go rozwijać <3 !!
    czekam na nastepny ! <3
    Ewelina . ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. To było cudne mało co a bym się popłakała naprawdę masz talent wiedz że cię wielbię !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!<3;-)

    OdpowiedzUsuń
  13. bardzo ciekawy pomysł:)

    OdpowiedzUsuń
  14. to jest CHORE !! dziewczyno , ja tu se rycze , bo smutne i ... patrze , obaj żyją i ... znowu rycze , bo oczywiście musze , a cemu ?? bo jetem szczęśliwa , że zyją <3 kocham twoje imaginy i wgl. kocham te cały bliog , chyba najlepszy jaki kiedy kol wiek widziałam :D Larry

    OdpowiedzUsuń